piątek, 30 grudnia 2011

Subiektywne podsumowanie roku

Koniec roku, a zatem czas podsumowań. Mól Książkowy postanowił również coś wysmażyć, w przerwie między sprzątaniem mieszkania, a przepisywaniem kalendarza.

Książki. Niekoniecznie w tym roku wydane, ale w tym roku przez Mola przeczytane:
  • "Marzenie Celta" Mario Vargasa Llosy - czyli noblista w swojej najlepszej formie. 
  • "Spiski" Wojciecha Kuczoka - Mól Książkowy płakał przy nich ze śmiechu. Zwłaszcza przy opisie misiołaka i bitwy na krowie placki.
  • Sagi - tutaj dwie się wyróżniają. Wydana przez Znak druga część powieści o księdzu Rafale i wydana przez Prószyńskiego trzytomowa "Cukiernia pod Amorem". Wciągająco i zarazem lekko.
  • "Gottland" Mariusza Szczygła - czyli jak w krótkich reporterskich obrazach oddać całą złożoność czeskiej (i ludzkiej) natury.
  • Albumy Andrzeja Waszczuka, czyli warmińska przyroda w malarskich ujęciach.
Miejsca książkowe:
  • Księgarnia Warszawa - bo jest tanio, a do tego najnowszy punkt odbioru książek znajduje się w pobliżu pracy Mola Książkowego. 
  • Spółdzielnia Literacka w Sopocie - ma klimat :)
  • Rozczarował natomiast Empik Outlet w Tesco. Nie powala, o czym świadczy wątek komentarzy pod odpowiednim postem. 
 Media o książkach:
  • "Z najwyższej półki" - audycja trójkowa, na szczęście dla Mola przełożona z 19.30 na 21.00 w niedziele.
  • Książki - kwartalnik wydawany przez Agorę. Ani za bardzo literacko-naukowe, ani za bardzo rynkowe, a po prostu ciekawe.
Inne:
  • Akcja pomocy bibliotece w Kobułtach - zobaczcie, ile to już osób włączyło się do akcji. Próżność Mola Książkowego też została mile połechtana ;-)
  • Duży minus dla władz Warszawy za obcięcie budżetów bibliotecznych na zakup nowych książek. Przez to biblioteka mola książkowego nie ma już tylu ciekawych nowości :(
Noworoczne postanowienia Mól Książkowy ma dwa. Sprawić sobie regały na książki. Sam zakup nie jest trudny, ale wiąże się ze wcześniejszym remontem, a Mól Książkowy baaaardzo remontów nie lubi. Drugie zaś to pisać częściej i więcej - ale to, ze względu na obecne zobowiązania, dokona się raczej w dziedzinie literatury branżowej, niż na blogu ;-) W tym roku i tak nie było źle. Liczba postów okazuje się taka sama.

Mól Książkowy jeszcze raz życzy Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku i teraz zabiera się za swój nowy kalendarz. Z kotem Simona, oczywiście.

piątek, 23 grudnia 2011

Boże Narodzenie 2011

Życzę Wam spokojnych, zdrowych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Dużo książek znalezionych pod choinką, i wielu świetnych lektur w nadchodzącym Nowym Roku ;-)

P.S.1. Dziękuję tym wszystkim z Was, którzy zaangażowali się w pomoc Kobułtom. Udało się zebrać 7 tys. książek, dokładnie tyle, ile biblioteka straciła w pożarze. Bardzo się z tego cieszę!
P.S.2. Nadal pracuję nad moją książką branżową, co widać po częstotliwości moich wpisów tutaj. Bo prawdę mówiąc, nie czytam też nic innego poza książkami branżowymi... Ale w przyszłym miesiącu mam nadzieję, że to się już zmieni.

środa, 23 listopada 2011

Pomóż bibliotece w Kobułtach - przekaż książki

Drogie Mole Książkowe! Jest sprawa. W małej miejscowości niedaleko Biskupca Reszelskiego, spłonęła biblioteka. Całkowicie. 7000 książek, do tego sprzęt komputerowy i zabawki dla dzieci. Ocalało jedynie 300 książek, które akurat były w domach czytelników. Biblioteka to na wsi jest bardzo ważne miejsce. Dzieci, które nie mają dobrych warunków we własnych domach, przychodzą odrabiać lekcje czy się wspólnie bawić. Młodzież zagląda w internet. Dorośli, których normalnie nie stać na kupowanie książek, mają na bieżąco kontakt ze słowem pisanym. Dokładnie tak działa biblioteka w moim rodzinnym Ramsowie, które leży zaledwie kilkanaście kilometrów dalej. Aby biblioteka w Kobułtach mogła nadal działać, potrzebne są książki. Z pewnością macie w domach dużo książek, które przeczytaliście raz, odłożyliście na półkę i do tej pory tam sobie leżą. Proszę, przekażcie je bibliotece! Książki można dostarczać do: 1) Miejskiej Biblioteki Publicznej w Biskupcu, Aleja Niepodległości 3, 11-300 Biskupiec, tel. 89 715 21 11, 89 715 25 72, 2) Biblioteki Szkolnej SP Bisztynek, ul. Kolejowa 7, 11-230 Bisztynek. Link do strony biblioteki w Kobułtach z informacją o pożarze.

niedziela, 20 listopada 2011

Spółdzielnia Literacka w Sopocie

Podczas zajęć w SWPS Oddział Sopot polecono mi, abym obiadu nie jadła w uczelnianej stołówce, a wybrała się zaledwie kawałeczek dalej, do Spółdzielni Literackiej, bo tam dobrze karmią. Posłuchałam miejscowych i po zakończeniu zajęć wyruszyłam na spacer urokliwymi uliczkami Sopotu Wyścigi. Stare poniemieckie wille, kamienice z lat 50., gdzieniegdzie budynek przemysłowy, nad tym wszystkim góruje betonowa wieża kościoła Św. Michała Archanioła. I jeśli ktoś z Was chciałby do Spółdzielni Literackiej trafić, to na tę wieżę musi właśnie się orientować. Spółdzielnia znajduje się bowiem dokładnie naprzeciw wejścia do świątyni, w przyklejonym do nowoczesnego budynku parterowym lokalu. Z zewnątrz Spółdzielnia wygląda dość niepozornie, ale wnętrze jest ciepłe i przytulne, co zawdzięcza przewadze ciepłych i jasnych barw, starym meblom i pomysłowym dekoracjom. Po uważniejszym rozejrzeniu się można dostrzec rzędy starych książek na ścianach jako element wystroju, książki na stolikach i parapetach, które można tak po prostu brać i czytać. Mól książkowy w tym momencie poczuł się dokładnie jak u siebie w domu ;) Kolejnym niebanalnym elementem wnętrza są malowane temperami (jajowymi) na desce obrazy Piotra Sosińskiego, nieżyjącego już artysty malarza, utrzymane w jasnej tonacji złamanej kilkoma nasyconymi barwami. Już po tym można się zorientować, że trafiliśmy do miejsca, które nie tylko jest restauracją. Spółdzielnia Literacka pełni też rolę miejsca spotkań dla osób zainteresowanych szeroko rozumianą kulturą - odbywają się tutaj spotkania z filozofami, literatami, giełdy płyt winylowych, pokazy filmów dokumentalnych czy imprezy klubowe prowadzone przez DJ-ów. Do tego dobrze rzeczywiście dobrze karmią. Smakowała mi i pomidorowa z prawdziwym domowym makaronem, i Bułka Krytyka, i pizza na dobrym domowym cieście. Desery też zapowiadały się apetycznie, ale tym razem postanowiłam zadbać o swoją linię ;)
Jednak to nie jest cała działalność Spółdzielni. W lokalu można nabyć wydawany przez spółdzielców kwartalnik literacki "Korespondencja z ojcem", który zawiera m.in. wywiady, eseje i miniatury literackie, zarówno polskich jak i zagranicznych, autorów, a do tego porcję dobrej grafiki i malarstwa. W najnowszym numerze, 20/2011, takie nazwiska, jak Mariusz Sieniewicz, Daniel Odija czy Małgorzata Rejmer. Ale tekstem, który najbardziej mnie urzekł, jest wywiad z Piotrem Sosińskim - bardzo głęboka i mądra opowieść o byciu artystą, codzienności, ojcostwie i przemijaniu. Można go czytać wręcz jako testament, bo artysty nie ma od kilku miesięcy wśród żywych. Coś, co jednak najbardziej mnie poruszyło, to jego wypowiedź o wpatrywaniu się we chmury. Też mogę przyglądać się im godzinami, a na komputerze mam mnóstwo zdjęć z chmurami w roli głównej... Mole książkowe z Trójmiasta (lub często w Trójmieście bywające) gorąco zachęcam do odwiedzin w Spółdzielni :)
Tutaj dowiesz się więcej: 1. Spółdzielnia Literacka: www.spoldzielnialiteracka.pl (stąd pochodzą zdjęcia w tekście, wykorzystane za zgodą p. Grzegorza Pawelaka - za którą dziękuję) 2. Kwartalnik "Korespondencja z ojcem": www.korespondencjazojcem.pl 3. Piotr Sosiński: www.piotrsosinski.art.pl

niedziela, 23 października 2011

Marzenie Celta - Mario Vargas Llosa

Nie dałam rady wybrać się na spotkanie z Mario Vargasem Llosą w Warszawie, ale po bardzo wyczerpującym tygodniu miałam marzenie, aby zaszyć się w jakimś spokojnym kącie, bez ludzkiego towarzystwa. Sala wypełniona dużą liczbą ludzi - nawet jeśli występuje mój ulubiony pisarz - takich warunków zdecydowanie nie spełnia. Choć wiem, że warto jest pójść. Że z całej publicznej rozmowy da się wyłowić jakąś istotną, inspirującą myśl. Że warto zobaczyć na własne oczy człowieka, którego zna się tylko przez pryzmat napisanych przez niego książek. Nie martw się, na pewno ta rozmowa będzie na jakimś portalu, powiedział Michał, i były to prorocze słowa, bo nawet Trójka przeprowadziła wywiad z noblistą. Ale przejdźmy do rzeczy. Jestem po lekturze najnowszej książki Mario Vargasa Llosy, "Marzenie Celta". To opowieść o Rogerze Casemencie, brytyjskim dyplomacie i irlandzkim patriocie. Casement zaczynał jako handlowiec, zafascynowany Czarnym Lądem i ideologią kolonializmu. Jednak wyprawa do Konga otworzyła mu oczy na ciemne strony cywilizacji białego człowieka: wyzysku mieszkańców Afryki, rabunkowej gospodarki oraz brutalnej przemocy. Z naiwnego młodzieńca Casement staje się obrońcą praw człowieka i autorem krytycznych raportów o kolonializmie. Najpierw opracowuje raport dotyczący Konga, później wyruszy do Amazonii. Równocześnie, podczas pobytów w rodzinnych stronach w Irlandii (która jest wówczas częścią Korony Brytyjskiej - my, Polacy, coś o tym wiemy, w książce pojawi się zresztą polski wątek - znajomość Casementa z Josephem Conradem), Casement staje się zagorzałym irlandzkim patriotą (znajomi przezywają go Celtem), wspierającym kultywowanie rodzimych tradycji, kultury, zwyczajów. Jego największym marzeniem jest niepodległość jego kraju i to zwiedzie go na polityczne manowce - nawiąże kontakt z Niemcami, aby u ich boku stworzyć oddział Irlandczyków walczący o wyzwolenie Irlandii. Niezrozumiany przez rodaków Celt poniesie klęskę - oddział nie powstanie, on sam dostanie się w ręce Brytyjczyków. Akcja książki dzieje się w momencie, w którym uwięziony Casement czeka na decyzję rządu brytyjskiego w sprawie jego ułaskawienia. Dodatkowe komplikacje w tej sprawie powoduje fakt ujawnienia zapisków Casementa, świadczących o tym, że jest on aktywnym homoseksualistą (ponad sto lat temu ujawienie takiej informacji było poważną skazą na publicznym wizerunku). Razem z bohaterem przyglądamy się jego dotychczasowemu życiu, jesteśmy świadkami jego nawrócenia i razem z nim zadajemy sobie pytanie - czy to, że w którymś momencie pobłądzimy, przekreśla nasze dobre czyny?
Byłam głęboko tą książką poruszona, czytałam ją, zatrzymywałam się, przeżuwałam w myślach, wracałam do lektury. Jest świetnie napisana. Do tego Llosa, który do tej pory nie miał oporów przed opisywaniem najbardziej drastycznych scen, tutaj jest wyjątkowo dyskretny i raczej sygnalizuje niż dokładnie rejestruje. Do końca nie wiemy, na ile jego bohater przeżył to wszystko, co opisał w swoich intymnych zapiskach, a na ile fantazjował (Llosa w posłowiu wyjaśnia, że przyjął, że w wielu przypadkach była to jednak fantazja). Świetnie zostały też pokazane rozterki i wątpliwości Casementa związane z jego orientacją seksualną - homoseksualizm nie był częścią publicznej debaty, a represyjna kultura nie sprzyjała samoświadomości w tym zakresie - a także jego dojmujące poczucie samotności i tęsknota za bliską relacją, gdy patrzył na udane małżeństwa swoich przyjaciół. Równocześnie z "Marzeniem Celta" kupiłam malutką książeczkę "Fonsito i księżyc". Jest adresowana do dzieci, ale dorośli czytelnicy znajdą tutaj dobrze znanego im Fonsita z "Pochwały macochy" oraz "Zeszytów don Rigoberta". Książeczka jest przepięknie ilustrowana, utrzymana w konwencji graficznej wszystkich książek Mario Vargasa Llosy wydanych przez Znak. Opowiada historię pierwszej szkolnej miłości i po prostu jest wzruszająca. Ale nic więcej Wam nie zdradzę, aby nie psuć przyjemności z ewentualnej lektury.
"Marzenie Celta", "Fonsito i księżyc", Mario Vargas Llosa, Wydawnictwo Znak, 2011.

poniedziałek, 17 października 2011

Sto widoków Warmii - Andrzej Waszczuk

Zainteresował mnie tytuł albumu na księgarnianej półce - "Sto widoków Warmii". Czy będzie to taka Warmia, jaką znam? Czy kolory będą podobne do tych, widywanych przeze mnie w dzieciństwie, czy widoki również będą miały w sobie coś znajomego? Czy będą równie malarskie jak zdjęcia Mieczysława Wieliczki?
Pani księgarz podała mi album Andrzeja Waszczuka, zaczęłam przeglądać i już wiedziałam, że go kupię. Choć nie do końca było to to, czego się spodziewałam, zachwyciła mnie malarskość ujęć i twórcze wykorzystanie kolorów (ha, właśnie wyczytałam w biogramie autora w sieci, że jego pasją jest malarstwo olejne - no to teraz jest już wszystko jasne). Choć fotografie są inne niż te, do których przyzwyczaił mnie Mieczysław Wieliczko, tam kolory wychodziły dokładnie takie, jak w naturze. Choć zdjęcia Andrzeja Waszczuka są również cyfrowe, ich kolorystyka jest jednak inna (i czasem nie do końca zgodna z barwami natury). Jednak ma to swój urok. Oglądałam ten album kilkakrotnie i ciągle nie miałam go dość. Tak w ogóle - kupujecie albumy? (A propos Warmii - Zbyszku, a kiedy przyjdzie czas na Twój album?) Andrzej Waszczuk, Sto widoków Warmii, PHU Wenecja, Dobre Miasto 2009.

wtorek, 11 października 2011

Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy

 Mało ostatnio czytam, co jak na mnie, jest zjawiskiem dość niezwykłym. Powód jest dość prozaiczny: pracuję intensywnie nad moją pierwszą książką, a żeby nie było tak łatwo, w kolejce czeka już druga (wydawca zgłosił się sam). Nie, jeszcze nie jest to proza (czego w przyszłości nie wykluczam), a raczej proza życia, czyli literatura specjalistyczna. Z tego powodu stosik nieprzeczytanych książek na moim biurku wciąż rośnie, a tradycyjna książkowa żarłoczność ustąpiła miejsca wręcz postowi literackiemu.

Czasem jednak po coś sięgam. I tak było z wypożyczoną z biblioteki pracą zbiorową "Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy", wywiadami z 14 wybitnymi polskimi lekarzami spisane i opracowane przez Annę Mateję. Wśród rozmówców znajdziemy takie nazwiska jak: Bogdan de Barbaro, Andrzej Bochenek, Jacek Imiela, Wiesław Wiktor Jędrzejczak, Jan Lubiński, Bolesław Rutkowski, Maria Siemionow, Janusz H. Skalski, Cezary Szczylik, Tomasz Trojanowski, Mieczysław Wasielica, Jacek Zaremba oraz nieżyjący już Marek Edelman i Zbigniew Religa. Zainteresował mnie sam temat i tytuł - co mówią lekarze na temat swojej pracy, na temat najbardziej niezwykłych przypadków pacjentów, na których stawiali już kreskę, a mimo to oni żyli dalej? Co sądzą o życiu i śmierci? Jak tłumaczą nagłe i nieprawdopodobne przypadki ozdrowień? Te pytania stawiała im właśnie redaktorka książki, a oni dzielili się swoim doświadczeniem, przemyśleniami czy najciekawszymi historiami swoich pacjentów.

To, co uderzyło mnie w tych rozmowach najbardziej, to ogromna pokora wszystkich lekarzy. To nie jest już zapał początkujących studentów medycyny, którzy próbują rozpisać całego człowieka na szereg reakcji chemicznych i wydaje im się, że stoją na progu odkrycia tajemnicy ludzkiego istnienia. To doświadczeni i uznani w swoim zawodzie ludzie, którzy wiedzą, że... no właśnie, nie wiedzą. Człowiek wciąż wydaje im się zagadką. Nie mają odwagi nazwać cudem niewytłumaczalnego uzdrowienia, mimo, że bliscy takich pacjentów mówią im o swoich modlitwach wstawienniczych i przekonaniu, że zostały one wysłuchane. I tak samo wolą nie określać, ile czasu zostało danej osobie - bo wiedzą, że wszystko może się zdarzyć. Natomiast walczą o ludzkie życie do samego końca, nawet jeśli nie zawsze wierzą w sens podejmowanych działań, drobiazgowo analizują i silnie przeżywają każdą porażkę, cieszą się ze zwycięstw, nawet tych najdrobniejszych, jak podarowane pacjentowi kilka dodatkowych miesięcy życia pod troskliwą opieką najbliższych.

Co warto zauważyć, książka jest napisana przystępnie, bez zbędnych szczegółów i natłoku specjalistycznej terminologii. Zrozumie ją nawet taki laik, jak ja, który o każdy drobiazg wypytuje siostrę-lekarza. "Cud w medycynie" to także źródło nadziei - że mimo trudności, jakie przeżywa polska służba zdrowia, dzieją się w niej też sprawy dobre i piękne.


Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

środa, 21 września 2011

:: Korzenie Siekierek. Historia pisana losami rodzin ::

Z rok temu trafiłam na bardzo ciekawą wystawę w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Dotyczyła warszawskiej dzielnicy Siekierki, ale była opowiedziana nie poprzez suche fakty, lecz zdjęcia. Właściwie ciekawe zestawienia zdjęć z archiwów rodzinnych ze zdjęciami współczesnymi. Na tych archiwalnych byli rodzice, na współczesnych - ich dzieci, ewentualnie te same osoby jako dzieci i jako starsi już ludzie. W tle dzielnica Siekierki. Kolejnym fascynującym elementem były stare zdjęcia dzielnicy, które oglądało się, przykładając oko do lunet.

niedziela, 4 września 2011

:: Shirley :: Charlotte Bronte

Coś dla miłośniczek i miłośników XIX-wiecznej powieści angielskiej. Ta książka do tej pory nie została opublikowana w Polsce. Dlatego chwała Wydawnictwu MG, że podjęło się trudu przekładu. Tak zaraz po powrocie z urlopu w mojej szafce z książkami przybyła kolejna ciekawa pozycja.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

:: Północ i Południe :: Elisabeth Gaskell

Wymarzona lektura dla miłośników Jane Austen i sióstr Bronte - tak reklamuje pierwszą powieść Elisabeth Gaskell, przetłumaczoną na polski, wydawca na okładce. Sięgnęłam bez wahania - autorka jest mi znana jako przyjaciółka Charlotte Bronte i jej biografka (jej książkę na temat rodzeństwa Bronte czytałam w oryginale). I pierwsze wrażenie, już po kilku stronach lektury, było takie, że jednak pani Gaskell bliżej było do Jane Austen niż do sióstr Bronte (choć żyła w tym samym czasie, co one).

Proza Elisabeth Gaskell ma elegancki, wytworny charakter. To język ludzi wyższych sfer, gdzie toczono eleganckie konwersacje, używanie potocznego języka było traktowane jako wyjątkowy nietakt, a nawet zjawiska przyrody opisywano poetyckim, wysublimowanym językiem. Jeśli tak wyglądała literatura pisana przez współczesnych, nic więc dziwnego, że to, co tworzyły siostry Bronte, tak radykalnie od niej odstawało, łamiąc wszystkie możliwe dla Anglików tabu. Swoją drogą, jest mi bliższa autentyczność sióstr, niż elegancja pani Gaskell. Zawiły język jej książki, bogaty w liczne upiększenia, momentami mnie irytował, przeszkadzając w śledzeniu akcji.

O czym jest ta książka? Osią powieści "Północ i południe" jest konflikt wartości pomiędzy Margaret Hale, córką ubogiego pastora (a potem nauczyciela) z południa Anglii, a Johnem Thorntonem, przemysłowcem. Spotykają się w Milton (pierwowzorem tego miasta był Manchester, gdzie mieszkała autorka powieści), gdzie ojciec Margaret pomaga Johnowi nadrobić braki w wykształceniu. Margaret jest wrażliwa na biedę i niedolę robotników, z którymi przyjdzie zetknąć jej się w Milton. John uważa, że ludzie są biedni głównie dzięki własnej niezaradności i lenistwu. Jednak pod wpływem Margaret jego postawa powoli łagodnieje... Ich ciągłe spory przywodzą na myśl pytania, które musiały być aktualne w XIX-wiecznej Anglii: co powoduje, że niektórzy ludzie bogacą się łatwiej, niż inni? Czy jest to rodzaj talentu, czy raczej ścieżka dostępna dla każdego, jeśli włoży odrobinę wysiłku w wykonywane zadania? Jak pogodzić sprzeczne interesy pracodawcy i pracownika?

W książce pojawia się też nawiązanie do "Manifestu komunistycznego" opublikowanego przez Marksa i Engelsa w 1848 roku (przed napisaniem go, Marks sporo czytał w Bibliotece Chethama w Manchesterze - do dziś pokazuje się tam wnękę okienną, gdzie spotykał się z Engelsem). Autorka sportretowała też życie przedstawicieli różnych warstw społecznych: mamy i zubożałą rodzinę pastora (możliwe, że pewne elementy zostały tutaj zaczerpnięte z życia rodziny Bronte, w latach powstania powieści pani Gaskell znała już Charlotte), i przedstawicieli bogatej arystokracji w postaci ciotki Shaw i jej córki Edith, i świata naukowego - przyjaciel ojca Margaret, pan Bell, jest wykładowcą w Oxfordzie, i przemysłowców, którzy próbują żyć na modłę arystokratyczną - pan Thronton, jego matka i siostra, i robotników - pan Higgins, rodzina Boucherów, co powoduje, że książka jest ciekawa jako świadectwo pewnej epoki w dziejach Anglii. Język, jakim została napisana książka, przywodzi na myśl powieści Jane Austen. Jednak problematyka, jaką porusza pani Gaskell jest znacznie szersza - los niezamężnej kobiety czekającej na tego jedynego to jeden z wątków powieści i wcale nie ten główny. Jej bohaterka, Margaret, to też postać, która wymyka się wszelkim ówczesnym konwenansom. Ma odwagę być szczera i mówić prawdę, ma ugruntowane poczucie własnej wartości, które nie każe jej zabiegać o czyjekolwiek względy, odrzuca kandydatów na męża, jeśli nie ma o nich wyrobionego zdania (choć jej sytuacja materialna jest nie do pozazdroszczenia), ale też potrafi skłamać, jeśli ma to chronić bliską jej osobę, nawet jeśli ją samą narazi to potem na przykrości.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy są ciekawi, jak wyglądało życie w innych państwach i w innych epokach. Także tym, którzy lubią romansowe historie z happy endem. Z tego względu książka może się spodobać miłośniczkom tzw. literatury kobiecej. Ja zaś czekam na tłumaczenia kolejnych książek pani Gaskell (z zapowiedzi na okładce wynika, że zostaną wydane "Wives and daugthers").

Elisabeth Gaskell, Północ i Południe, Świat Książki, Warszawa 2011.

sobota, 20 sierpnia 2011

:: Dziewięć wcieleń kota Deweya :: Vicki Myron, Bret Witter

Wydawało mi się, że zrecenzowałam tutaj książkę "Dewey. Wielki kot w małym mieście" Vicki Myron i Breta Wittera, ale tylko mi się to wydawało. Na pewno ją przeczytałam. To historia Deweya, bibliotecznego kota o niezwykłej osobowości, który ze zwykłej miejskiej biblioteki uczynił centrum życia społeczności. Vicki Myron, bibliotekarka, która uratowała kotka wrzuconego do otworu na książki, spisała historię Deweya z pomocą Breta Wittera. Ciepła, sympatyczna, krzepiąca na duchu opowieść.

Nie inaczej jest z kolejną książką napisaną przez tę samą dwójkę autorów. "Dziewięć wcieleń kota Deweya" to dziewięć kocich historii, które Vicki poznała już po wydaniu swojej książki i dzięki temu, że zdecydowała się opowiedzieć historię niezwykłego kota, który zmienił życie wielu osób. Dlatego opisała je w kolejnej książce. Niektóre z tych opowieści wiążą się z Deweyem (jak na przykład historia nieśmiałej Tobi, regularnie zaglądającej do biblioteki), inne dotyczą innych kotów, tak samo cudem odratowanych przez ich właścicieli, jak na przykład Duszek, Bożonarodzeniowy Kot czy Ciasteczko. Niektóre koty pojawiły się w przełomowym dla ich ludzkich opiekunów momencie - taka jest historia Kartona Książek, kota przygarniętego przez Vicki Myron krótko przed tym, zanim poznała swojego partnera, Glenna. Książka ma charakter raczej dokumentu, niż literatury, jest ilustrowana zdjęciami opisywanych zwierząt (aż szkoda, że czarno-białymi).

Na prykładach zwierząt i ich ludzi Vicki Myron pokazuje, że miłość do zwierząt dodaje nam pewności siebie i pozwala budować dobre poczucie własnej wartości, bo po prostu jesteśmy kochani przez jakąś inną żywą istotę. Poza tym, że czyni nas bardziej otwartymi i wrażliwymi wobec innych czy wręcz pozwala nawiązywać z nimi dobre relacje. Lektura obowiązkowa dla kociarzy, zalecana dla wszystkich miłośników zwierząt i dla tych, którzy potrzebują czegość pokrzepiającego i optymistycznego.

Vicki Myron, Bret Witter, Dziewięć wcieleń kota Deweya, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

wtorek, 9 sierpnia 2011

:: Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy :: Maciej Grabski

Zachęcona Waszymi opiniami, sięgnęłam po drugą część przygód księdza Rafała Nowiny, napisaną przez Macieja Grabskiego. Pisaliście w komentarzach, że jest lepsza od części pierwszej, która była recenzowana przeze mnie tu. Przeczytałam. W dwa wieczory, przy czym czytanie skończyłam dzisiaj o 2:00 w nocy, co jest najlepszym świadectwem bycia wciągniętą.

Ale do rzeczy. Ksiądz Rafał Nowina jest proboszczem w Gródku, niewielkiej miejscowości gdzieś na wschodzie Polski. Na świecie i w kraju mają miejsce faktycznie niespokojne czasy: Polak zostaje papieżem, system komunistyczny coraz bardziej drży w posadach, zostaje wprowadzony stan wojenny. Bardziej lokalną perspektywą, zwłaszcza dla głównego bohatera, są nagłe zmiany w kurii: umiera dotychczasowy biskup, w jego miejsce pojawia się nowy i niezbyt księdzu Rafałowi przychylny. Jednak lokalna społeczność, która zaakceptowała i polubiła Rafała, w trudnych sytuacjach staje za nim murem. Wyjątkowym oparciem jest dla niego rodzina organisty Antoniego, u której mieszka zresztą na stancji siostra księdza, Maja, pracująca w lokalnym ośrodku zdrowia jako lekarka. Próbuje ona z różnym skutkiem uchronić przed poborem do wojska miejscowych chłopaków. Do tego czubi się i lubi z jednym ze swoich miejscowych rówieśników, niejakim Koconiem, a miejscowi doskonale orientują się, dlaczego, zanim jeszcze wiedzą to sami zainteresowani. Chociaż Rafał ma dobry kontakt z siostrą, jego relacje z rodzicami już takie nie są i nie umie się z tym uporać. Za to pomaga Michałowi, utalentowanemu muzycznie chłopcu, który zostaje przyłapany przez niego na zakradaniu się do kościoła i grę na organach. Jest jeszcze kilka innych ciekawych wątków, ale te przemilczę, żeby nie psuć przyjemności z lektury tym z Was, które i którzy sięgną po tę książkę.

Książka, tak jak poprzedniczka, napisana dobrze i lekko. Maciej Grabski ma też niezłe poczucie humoru, co widać chociażby w scenie, w której ksiądz Rafał negocjuje uwolnienie żołnierzy z patrolu wojskowego, obezwładnionego przez podchmielonych gości weselnych. Czy też w scenie, w której na wzmiankę o kanoniku Jeanie-Lucu członkowie rady parafialnej jak jeden mąż cytują jego pochwałę pierogów: "Pierrogi rruskie barrdzo dobrze!". Nie może też zabraknąć współczesnej wersji antycznego greckiego chóru (telewidzom znanej z serialu Ranczo). Tutaj nie ma co prawda ławeczki pod sklepem, ale stolik w barze, gdzie mężczyźni komentują bieżące wydarzenia, by w końcu podsumować je zwyczajowym powiedzonkiem: "jebate to życie". A ponieważ książka znowu urywa się w momencie, który zapowiada znaczące zmiany w życiu bohaterów, pozostaje nadzieja na kolejną część. Panie Macieju, pisze ją już Pan?

Maciej Grabski, Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

niedziela, 7 sierpnia 2011

:: Panna Ferbelin :: Stefan Chwin ::

Mam sentyment do prozy Stefana Chwina jeszcze z czasów moich studiów w Gdańsku. Mieszkałam w akademikach przy ul. Polanki, niedaleko budynku wydziałów historycznego i filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego, nazywanych potocznie "humaną". To miejsce pracy Stefana Chwina i stąd już tylko o krok do urokliwej starej części dzielnicy Oliwa, z którą pisarz jest związany od swoich najmłodszych lat. Stare, zdobione wille i kamienice przypominają o ich niemieckiej przeszłości, podobnie jak stare przedmioty na stoiskach handlarzy starociami podczas Jarmarku Dominikańskiego, chociaż ich dawnych mieszkańców w Gdańsku już nie ma. Moja wyobraźnia próbuje sięgnąć czasem do dawnych czasów; nie inaczej w swoich niektórych książkach czyni Stefan Chwin.

Jego najnowsza książka, "Panna Ferbelin", to właśnie tego rodzaju ćwiczenie: wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Gdańsku z końca XIX wieku - poukładany, mieszczański świat. Tytułowa bohaterka powieści, panna Maria Ferbelin, córka stolarza, dostaje właśnie pracę jako guwernantka Helmuta, syna prokuratora Hammelsa - głównego reprezentanta władzy w mieście. Ma zagwarantowaną wysoką pensję, co zapewnia bezpieczeństwo skromnemu domowemu budżetowi - stolarz Ferbelin na skutek kryzysu ekonomicznego od jakiegoś czasu nie ma już zamówień na meble. I oto pojawia się Nauczyciel z Neustadt, mężczyzna, który głosi w Gdańsku nauki na temat sensu życia. Zainspirowani jego słowami pracownicy stoczni zaczynają walczyć o swoje prawa pracownicze, a równocześnie ma miejsce poważny zamach terrorystyczny. Dla prokuratora Hammelsa stanowi to nie lada wyzwanie: jego główny konkurent, komisarz policji, tylko czeka na potknięcie prokuratora, aby móc udowodnić mu jego słabość i przejąć władzę w mieście. Sytuacja jest też wyzwaniem dla samej panny Ferbelin, która zostaje kochanką Nauczyciela. I jak to w powieści bywa, wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Jak? A to już tajemnica.

To, co mnie zafascynowało najbardziej, to realizm, w jaki pisarz oddał tamten świat. Czytając, czułam, że jestem właśnie w tym dawnym Gdańsku, zarówno przez starannie nakreśloną topografię miejsc, posługiwanie się starymi nazwami ulic czy drobiazgowe opisy przedmiotów. Z drugiej strony, zdawałam sobie sprawę, że jest to właśnie swego rodzaju ćwiczenie intelektualne na temat: co by było, gdyby Chrystus pojawił się na ziemi po raz kolejny, właśnie w XIX-wiecznym Gdańsku? Kim byłaby Maria Magdalena, uczniowie, kto wystąpiłby w roli Poncjusza Piłata? Co więcej, pojawiają się też aluzje do wydarzeń już późniejszych - strajków robotniczych na Wybrzeżu w latach 1970 i 1980 czy Lecha Wałęsy. Najciekawsze są jednak dyskusje toczone przez głównych bohaterów, ale też konflikt pomiędzy ich dążeniami, który nieuchronnie się pojawi. Polityka nazwała zresztą książkę Stefana Chwina powieścią idei, podkreślając, że najciekawsze w niej jest właśnie starcie racji głównych bohaterów. Jednak to nie tylko starcie racji. Jak dla mnie przede wszystkim ciekawe były pytania, które stawiają sobie bohaterowie i które nie zostają rozstrzygnięte. Bo każdy z nas musi znaleźć odpowiedzi na nie sam, w swoim życiu.


Stefan Chwin, Panna Ferbelin, Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2011.

sobota, 16 lipca 2011

:: Kiedyś przy Błękitnym Księżycu :: Katarzyna Enerlich

Kasia Enerlich ostatnio nie stroni od trudnych tematów. Już "Czas w dom zaklęty" opowiadał historię Ruty, kobiety, która próbuje wyzwolić się z balastu przejść z toksyczną sąsiadką. Bohaterką "Kiedyś przy Błękitnym Księżycu" jest Barbara, córka alkoholika, która czuwając przy ciężko chorym ojcu, sama przed sobą robi rozrachunek ze swojego życia.

A jest w nim wiele nieszczęść. Dzieciństwo Barbary jest naznaczone odejściem jej matki i chorobą alkoholową ojca, z którym dziewczynka zostaje i którym się opiekuje. Nie otrzymawszy ciepła w domu rodzinnym, próbuje je znaleźć w ramionach przygodnych partnerów, czy w kolejnych, nieudanych związkach. Na partnerów dziwnym trafem wybiera sobie mężczyzn, traktujących ją podobnie źle, czy również mających problem z alkoholem. W trakcie analizy (i rozmów z sąsiadami) Barbara odkryje rodzinną tajemnicę i zacznie rozumieć, z czym przez całe życie zmagał się (i nie mógł sobie poradzić) jej ojciec oraz co spowodowało odejście jej matki. Jednak nie będzie to bynajmniej ostatnia tajemnica, z którą przyjdzie jej się zmierzyć, los zgotuje jej jeszcze jedną - ostatecznie wychodzącą jednak na dobre - niespodziankę...

Podobnie jak w "Czasie w dom zaklętym", i tutaj pokazane jest, że nawet największe rany mogą być uzdrowione, jeśli wpierw zostaną przez nas przyjęte i opłakane. Przeżycie emocji pozwala odejść przeszłości i tym samym prowadzi do wyzwolenia. Nieważne, jak długo błądziliśmy i ile popełniliśmy błędów - zawsze mamy szansę zacząć zupełnie od nowa. To jest siła tej książki - dawanie otuchy i nadziei. Bardzo wiarygodny jest portret psychologiczny samej bohaterki, z jej emocjami i życiowym pogubieniem. Fajnie, że Kasia sięgnęła po kolejny trudny temat. Zapewne dużo kobiet w Polsce zmaga się z byciem Dorosłym Dzieckiem Alkoholika (DDA) i zapewne wiele z nich nie wie, że wiele w ich obecnym życiu ma źródło w ich nieszczęśliwym dzieciństwie. Książka jest też bardzo sprawna warsztatowo - mieści się doskonale w konwencji literatury kobiecej: mamy i opisy oddziałujące na wszystkie zmysły i pełne emocji, i sekrety rodzinne, i nagłe zwroty akcji, i rzecz jasna wielką miłość.

Jedyne, co do czego miałam wątpliwości, to teraz, że aby odnaleźć spokój w sobie, potrzeba zamieszkać w jakimś spokojnym miejscu, najlepiej na prowincji. Tam i ludzie są inni, i życie płynie wolniej, i łatwiej nawiązać kontakt ze sobą. Tymczasem przed sobą można uciekać praktycznie wszędzie, nawet w sielankowej i cichej okolicy (co potwierdzają grupy panów stojące pod prowincjonalnymi sklepami i ich zapracowane żony lub matki). Spotkanie ze sobą to raczej kwestia zmierzenia się z tym wszystkim, co dzieje się w naszym wnętrzu i pracy nad tym, niż wyprowadzki z miasta na wieś.

wtorek, 5 lipca 2011

:: Ludzie na walizkach :: Szymon Hołownia ::

Poprzednia książka Szymona Hołowni mi się nie podobała i uważam ją za jedną z najsłabszych w dorobku autora, ale w recenzji napisałam, że "Ludzie na walizkach" była z kolei jedną z jego lepszych książek. Teraz pokazała się jej druga część - "Ludzie na walizkach. Nowe historie", której wyżej wymienionych powodów byłam bardzo ciekawa.

"Ludzie na walizkach. Nowe historie" to zapisy rozmów z programu o tym samym tytule, emitowanym w religia.tv, ale też i chyba w którymś paśmie TVN (posiadacze telewizorów, poprawcie mnie proszę, jeśli się mylę). Bohaterowie Szymona Hołowni to ludzie postawieni w sytuacjach krańcowych - osoby, które niedawno straciły kogoś bliskiego (nie tylko z powodu jego śmierci - jest też wywiad z kobietą, która opowiadała, jak radziła sobie ze zdradą i odejściem męża do innej kobiety - zresztą jest to bardzo znana osoba) miały doświadczenie śmiertelnej choroby, ale też kapelan szpitalny czy lekarz, często mający ze śmiercią do czynienia. Jest też mężczyzna chory na stygmatyzującą chorobę skóry czy prawosławny proboszcz, doświadczający ciężkiej choroby swojej córki.

Szymon Hołownia występuje tutaj w zupełnie innej roli - nie jako błyskotliwy publicysta i showman, ale dociekliwy rozmówca. Nie boi się zadawać choćby najtrudniejszych pytań, takich, które przeciętnemu zjadaczowi chleba może i cisną się z tyłu głowy, ale nie miałby ich odwagi zadać. Czasem spiera się z interpretacją wydarzeń rozmówcy, kobietę, która w dość specyficzny sposób przeżywa żałobę po synu, kilkakrotnie dopytuje o relacje pomiędzy nimi czy też wręcz zarzuca, że zatrzymała się w jednym z etapów żałoby. Same teksty wywiadów są bardzo dobrze zredagowane, łatwo się je czyta, a każdy z nich jest poprzedzony krótką autocharakterystyką bohatera. Same historie bohaterów są do tego bardzo poruszające - przyznaję, że płakałam, czytając o losach niektórych z nich.

Powiem tak - warto przeczytać. Nie ma zbyt wielu książek na ten temat, a śmierć, umieranie, żałoba, są w naszym społeczeństwie tematem tabu. Ludzie boją się o tym rozmawiać, nie wiedzą też, jak się zachować wobec osoby, która przeżywa stratę, więc na wszelki wypadek unikają tematu czy wręcz unikają człowieka. Wydaje im się, że powinien zostać sam, podczas, gdy on nie ma siły wyjść do innych, a równocześnie bardzo potrzebuje ich towarzystwa. Odpowiedź, którą dają rozmówcy Szymona Hołowni, jest banalnie prosta: wystarczy być i słuchać.


Szymon Hołownia, Ludzie na walizkach. Nowe historie, Wydawnictwo Znak, 2011.

czwartek, 23 czerwca 2011

Książki. Magazyn do czytania

Czegoś takiego mi brakowało. Nie tak naukowego, jak "Literatura na Świecie", nie tak łatwego, jak "Bluszcz" i nie tak rynkowego, jak pisma rynku księgarskiego. Po prostu pisma o książkach, z informacją, co w danym momencie wchodzi na rynek, z wywiadami z pisarzami, fragmentami tekstów.

W końcu się doczekałam. Na rynku pojawiło się właśnie pismo "Książki - magazyn do czytania", wydane przez Gazetę Wyborczą. Nie jest to jednak dodatek do gazety, lecz byt całkowicie odrębny. Kosztuje niecałe 10 PLN. Według informacji prasowych Agory, pismo ma nakład 60 tys. egz. i można je kupić w kioskach, salonach prasowych i innych punktach sprzedaży prasy.

Pierwszy, lipcowy już, numer ma 76 stron i przeczytałam go od deski do deski. Wywiady z Joanną Olczak-Ronikier (o Korczaku), Olivierem Sacksem (o właściwościach ludzkiego mózgu), Zadie Smith (o niej samej), Jackiem Podsiadłą (o książkach dla dzieci łamiących tabu obyczajowe). Teksty Janusza Rudnickiego o szkolnych lekturach (nawołuje do całkowitej zmiany kanonu dla dzieciaków), krytyczna analiza książek Janusza L. Wiśniewskiego, esej Olgi Tokarczuk o Benedykcie Chmielowskim, autorze pierwszej polskiej encyklopedii, żeby wspomnieć tylko o kilku, które najbardziej przykuły moją uwagę. Najciekawsze nowości literackie w nadchodzącym kwartale, najważniejsze książki z innych krajów świata, lista bestsellerów, a nawet... literackie plotki.

Szata graficzna pisma jest bardzo atrakcyjna. Przykuwa oko, ale przede wszystkim - bardzo ułatwia uważne czytanie (włącznie z białym papierem - większość papierów gazetowych ma lekko żółtawy kolor, co pogarsza jakość czytania). Podobają mi się krótkie recenzje książek - na tyle długie, aby się dowiedzieć, co w książce jest i zdecydować, czy jest dla nas ciekawa, i na tyle krótkie, aby nie poświęcać jej zbyt wiele czasu, jeśli okazuje się nieinteresująca. Podoba mi się też dobór literatury, większość książek pochodzi przeważnie z wydawnictw: W.A.B., Znak, Czarne, Zysk i S-ka, Wydawnictwa Literackiego, Sonia Draga, ale pojawiają się też ambitniejsze pozycje wydane przez wydawnictwa specjalizujące się w najbardziej popularnych gatunkach. Oczywiście, chciałabym więcej zapowiedzi z polskiego rynku (dlaczego tylko kilka książek na nadchodzący kwartał?). Jestem zadowolona z reklam wydawnictw książkowych - w tym piśmie są one całkowicie na miejscu. Parę tekstów mi nie podeszło, ale to bardziej kwestia bardziej sposobu ich napisania - na przykład, chociaż lubię teksty Zbigniewa Mikołejki, w przypadku jego omówienia książek ateistycznych zabrakło mi wyraźnego powiedzenia, że ich książki w wielu przypadkach są po prostu słabe merytorycznie (wspominany Dawkins może i jest znanym biologiem, ale jego "Bóg urojony" jest wybitnie pełen nieścisłości i błędów, które naukowcowi trudno wybaczyć) i ogólnie sam tekst wydawał mi się przegadany. Ogólnie na plus - z niecierpliwością czekam na więcej!

Książki. Magazyn do czytania, nr 1 (1) lipiec 2011.

niedziela, 19 czerwca 2011

:: Era pięciorga :: Trudi Canavan

Książki Trudi Canavan wciągaja tak, że kiedy zacznie się czytać pierwszą książkę z serii, to człowiek nie zatrzymuje się, dopóki nie przeczyta ostatniej. Mam już na to sposób: sukcesywnie kupuję kolejne tomy, ale czytam dopiero wtedy, gdy mam już wszystkie w garści i nieco więcej wolnego czasu.

Nie inaczej było z cyklem "Era Pięciorga", po który sięgnęłam dopiero teraz. W ubiegłym tygodniu zaczęłam czytać "Kapłankę w bieli", w weekend czytałam "Ostatnią z Dzikich", zaś około środka tygodnia zakończyłam ten napad książkowego obżarstwa "Głosem bogów". Akcja trzech tomów koncentruje się wokół Aurayi, kobiety obdarzonej niezwykłymi uzdolnieniami (Darami), która zostaje przez bogów rządzących jej światem wybrana na najwyższą kapłankę, następnie przeciwko tym bogom się buntuje i rezygnuje z pełnienia najważniejszej funkcji, a w końcu przeciwko nim wystąpi.


Canavan specjalizuje się zresztą w takich bohaterkach kobiecych: ponadprzeciętnie utalentowanych, dokonujących szybkiego awansu społecznego, niezależnych i ambitnych (przychodzi mi tu na myśl pisarka tworząca na innym kontynencie i inny gatunek literacki, Isabel Allende, której bohaterki również takie są). Akcja książek jest wartka, toczy się szybko, pojawia się też mnóstwo pytań i ciekawość, jak dalej potoczą się losy bohaterów. W każdym z tomów, poza postaciami pierwszoplanowymi, pojawiają się nowi za każdym razem bohaterowie drugoplanowi. Czego mi bardzo brakowało, to kontynuacji ich losów w kolejnych częściach - na przykład w tomie pierwszym pojawiali się zakochani latający ludzie Tryss i Drilli, którzy zawarli małżeństwo bez zgody rodziny panny młodej, ale w pozostałych tomach sagi nie znalazła się choćby wzmianka na ich temat. W tomie drugim obecna jest księżniczka Imi, córka króla Elai, porwana przez piratów i sprzedana w niewolę, ale w tomie trzecim pojawi się już tylko jej ojciec.

Ciekawy jest też sam świat stworzony przez Canavan - zasiedlają go różne rasy ludzi, nie tylko o odmiennych kolorach skóry, ale też umiejętnościach, na przykład latania (Siyee) czy pływania (Elai). Występuje w nim mnóstwo gatunków zwierząt (na przykład udomowione veezy, które komunikują się z ludźmi w ich języku). Światem tym rządzi pięcioro bogów, przypominających zresztą bogów z mitologii greckiej - mocno ingerują w życie podległych im ludów, traktując ich działania (a zwłaszcza toczone przez ludzi wojny religijne) jako swoistą rozrywkę, wiążą się ze śmiertelnikami czy też nienawidzą ich, całkiem po ludzku przeżywają zazdrość, niechęć czy miłość. Komunikacja ma miejsce na kilka sposobów - poza komunikacją werbalną ludzie są w stanie porozumiewać się na odległość w snach lub też słysząc swoje myśli dzięki magicznym pierścieniom (lub wybitnym magicznym uzdolnieniom). Wszystko to powoduje, że w tym świecie chce się przebywać i trudno jest się z niego wyrwać - wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach.

Trudi Canavan, Era Pięciorga: t.1 - Kapłanka w bieli, t.2 - Ostatnia z Dzikich, t.3 - Głos bogów, Galeria Książki, Kraków 2009-2010.

niedziela, 12 czerwca 2011

:: Borussia - Ziemia i ludzie. Antologia literacka ::

Długo czytałam tę książkę. Zajęła mi ponad tydzień, bo i jest obszerna: 604 strony, a na tych stronach fragmenty tekstów czy krótkie opowiadania różnych autorów. Ledwo przyzwyczaisz się do sposobu opowiadania i zaczynasz go mniej więcej rozumieć, następuje zmiana opowiadającego. Trudno się tak co chwila przestawiać, dlatego najlepiej smakuje się małe fragmenty, a to powoduje rozciągnięcie procesu czytania.

Ale od początku. Antologia "Borussia - ziemia i ludzie" została przygotowana przez dwóch literatów związanych z obecnymi Warmią i Mazurami: Winifrieda Lipschera i Kazimierza Brakonieckiego. W 1996 roku ukazała się w języku niemieckim, trzy lata później Wspólnota Kulturowa Borussia wydała ją po polsku. Skąd tytuł? Autorzy przyznają się do swoich kłopotów z poprzednimi zbiorczymi nazwami regionów Warmii, Mazur, Sambii i Pruskiej Litwy. Prusy, Ziemia Pruska, Prusy Wschodnie? Niemcy mniej wiedzą o co chodzi, ale w Polsce już się źle kojarzy. Warmia i Mazury? A co w takim razie z litewską i rosyjską częścią dawnych Prus Wschodnich? Stanęło zatem na Borussi, czyli łacińskiej nazwie Prus, która póki co nie niesie ze sobą żadnych emocjonalnych znaczeń. Autorzy wyboru zastrzegają też sobie, że nie jest to typowa antologia literacka, bo poza literaturą znajdziemy tutaj fragmenty prac naukowych (przedmowa do "Obrotów ciał niebieskich" Mikołaja Kopernika) czy dzieł filozoficznych ("Czym jest oświecenie?" Immanuela Kanta czy "Odrazy do wojny" Johanna Gottfrieda Herdera), a także wspomnień (chociażby Kaethe Kollwitz czy Marion hr. Doenhoff).

Jednak "Borussia" to przede wszystkim przegląd literatury tworzonej przez literatów związanych z Warmią, Mazurami, Sambią czy Pruską Litwą. Lista autorów nie zawiera jednak nazwisk znanych przeciętnemu polskiemu czytelnikowi (no może za wyjątkiem biskupa Ignacego Krasickiego, który do tej pory jest obecny na licealnych listach lektur). Część z pisarzy została zapomniana, część nie jest szeroko znana poza swoim regionem, a utwory części z nich nie były dotąd przekładane na język polski. W każdym razie ta antologia to dobry punkt wyjścia, aby sięgnąć po kolejne książki (o ile wydała je chociażby olsztyńska Wspólnota Kulturowa Borussia, która zajmuje się popularyzacją twórczości literatów związanych z regionem), taki drogowskaz, który pokazuje nam różne kierunki, ale decyzję co do wyboru drogi, pozostawia już nam. Autorzy poprzez dobór tekstów starali się też pokazać niełatwą historię regionu - znajdziemy tutaj i teksty niemieckie niechętne Polakom, jak też teksty twórców powojennych, starających się udowodnić tezę, że Warmia i Mazury zawsze były polskie.

Zwraca uwagę też jeden, wspólny większości pisarzy rys. Choć urodzeni na terenie dawnych Prus Wschodnich, rzadko który pozostał w swojej ojczyźnie. Większość w poszukiwaniu wykształcenia poosiedlała się w większych miastach i dopiero wtedy tworzyła teksty opiewające piękno rodzinnych stron. Tęsknota wyostrza zmysły, pozwala pełniej oddać klimat tego, co zostało bezpowrotnie stracone. Wiele z utworów zamieszczonych w antologii ma swój klimat. Mnie najbardziej urzekło opowiadanie "Szaktarp" Ernsta Wicherta (imiennika Ernsta Wiecherta, było dwóch literatów o tych samych imionach i prawie identycznych nazwiskach), którego akcja dzieje się w środowisku sambijskich rybaków, na przedwiośniu ("szaktarp" to określenie specyficznego nastroju, pojawiającego się na krótko przed rozpoczęciem przedwiośnia). Szalony rybak w akcie zemsty za wyrządzone krzywdy podpiłowuje pale domu mistrza rybackiego, jednak mistrza i jego rodzinę ocala córka tegoż rybaka, Eliza. Historia opowiedziana w konwencji ni to baśni, ni to moralitetu. Zapadła mi mocno w pamięć.

Borussia - ziemia i ludzie. Antologia literacka, red. Kazimierz Brakoniecki, Winfried Lipscher, Wspólnota Kulturowa Borussia, Olsztyn 1999

poniedziałek, 30 maja 2011

:: Gaumardżos! :: Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller

A wszystko przez Michała, który namówił nas na patronat nad portalem Kaukaz.pl (gdzie się też udziela), raport o sytuacji w Gruzji latem 2008 r., a na moją parapetówkę przyniósł dobre gruzińskie wino. Kiedy zobaczyłam, że wśród nowości w Świecie Książki znalazła się książka małżeństwa Mellerów "Gaumardżos. Opowieści z Gruzji", pomyślałam, że fajnie byłoby po nią sięgnąć i dowiedzieć się czegoś więcej. Po drugie, zaintrygowało mnie, co wspólnego z Gruzją może mieć naczelny Playboya? Sięgnęłam - okazało się, że bardzo dużo. Do tego książka wydawała się sensownie napisana i miała dużo ładnych, barwnych zdjęć. Kupiłam.

Wciągnęło mnie tak, że przeczytałam ją niemal jednym tchem w dwa weekendowe wieczory. Mam jednak kłopot z określeniem, czym do końca ta książka jest. Niby podróżnicza, ale nie jest to chronologiczny zapis jednej podróży, a garść luźno powiązanych ze sobą obserwacji i historii co najmniej z kilku wyjazdów. Poczynając od 1992 r. i pierwszego pobytu Marcina Mellera jako korespondenta wojennego na Kaukazie, który to pobyt o mało nie skończył się tragicznie. Kolejne wyjazdy, już o charakterze turystycznym (oraz ślub i wesele Mellerów), nie obfitowały już w tak ekstremalne emocje, ale pozwoliły na spokojną obserwację kultury i zwyczajów (gruzińskiej gościnności i umiejętności świętowania, które zdecydowanie przebijają polskie, zwyczaj picia wina nie tylko z rogów, ale również z kloszy od lamp naftowych czy dachówek, czy umiejętność wspólnego śpiewania, która nie zanikła tak, jak w Polsce), zachwyt górskimi krajobrazami i gruzińską kuchnią, opisanie spraw, które do tej pory dzielą gruzińskie społeczeństwo (jak zamach terrorystyczny na samolot, dokonany w 1983 r. przez grupę studentów) czy ciekawych historii ludzkich (jak historia Gruzina Mamuki i Polski Katarzyny, którzy zakochali się w sobie jako nastolatkowie, a spotkali się po latach już jako ludzie dorośli). Do tego mnóstwo zdjęć ilustrujących materiał. Moim faworytem zdecydowanie jest zdjęcie łaźni z podpisem: "Kopuły przy Abanos Kucza to dachy słynnych siarkowych łaźni, do których od setek lat Gruzini przychodzą moczyć swe strudzone członki". Zważywszy na to, że autor jest naczelnym Playboya, ta dwuznaczność może być całkiem zamierzona ;-)

W każdym razie teraz sama chciałabym tam pojechać...

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller, "Gaumardżos! Opowieści z Gruzji", Świat Książki, Warszawa 2011.
Więcej informacji o książce na jej podstronie w portalu Kaukaz.pl.

sobota, 28 maja 2011

:: Ada albo Żar :: Vladimir Nabokov

Dzięki mojemu szwagrowi, który w latach 90. zgromadził niezłą biblioteczkę, w liceum miałam przeczytanego praktycznie całego Nabokova, ze słynną "Lolitą" na czele i w tamtym czasie uważałam go za jednego z moich ulubionych pisarzy. Dlatego dwa lata temu kupiłam "Adę albo Żar", reklamowaną przez wydawnictwo jako pierwsze polskie wydanie, ale dzieło wieńczące całą twórczość pisarza. Przez dwa lata "Ada" była typowym półkownikiem w szafce z książkami - leżała w stosiku i czekała na swoją kolej, w czym niemałe znaczenie miał rozmiar dzieła (książka ma ponad 800 stron). Ale i w końcu nadszedł na nią czas.


Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu jest takie: nie wiem. Ta książka budzi we mnie tyle różnych skojarzeń i emocji, że nie umiem jednoznacznie jej określić po pierwszej lekturze, w której skupiłam się głównie na akcji: co dalej z romansem głównych bohaterów, Ady i Vana? Tymczasem jest w niej o wiele więcej: są gry słowne, aluzje do innych książek (osobna część książki to przypisy objaśniające, do fragmentów jakich dzieł w danym momencie nawiązuje autor), aluzje do wcześniejszej twórczości samego Nabokova, aluzje do filmów, dzieł malarskich czy muzycznych czy zakamuflowana historia powieści jako gatunku literackiego. Tego nie da się ogarnąć po pierwszej lekturze, po której czuje się już, że sama warstwa fabularna nie ma tutaj aż takiego znaczenia. Bo tak bohaterowie mogą się wydawać nieco papierowi i sztuczni, a fabuła zwyczajnie się dłuży. No, ale właśnie, nie o prawdę psychologiczną tutaj chodzi, a o literaturę samą w sobie. I chyba tak należy czytać to dzieło: jako przypowieść o historii literatury. Lektura jednak do najłatwiejszych nie należy - zmagałam się z tą książką przez cały tydzień, a i tak dokładnie nie przestudiowałam wszystkiego.

Vladimir Nabokov, Ada albo Żar, MUZA SA, Warszawa 2009

sobota, 21 maja 2011

:: Romans licealny :: Piotr Zaremba ::

Był taki czas, kiedy żyłam przede wszystkim życiem mojej klasy w szkole podstawowej, tak mniej więcej w wieku 11-15 lat. Zapisywałam co śmieszniejsze dialogi i sceny. Gdy nazbierało się tego już całkiem sporo, spróbowałam powiązać je w całość, nieco zmieniając scenerię akcji. Tak powstały "Sceny z życia VI C". W liceum przepisałam ten tekst na komputerze i nieco go zredagowałam. Trzymałam go w szufladzie, dopóki Tata nie zaproponował, abym pokazała go zaprzyjaźnionemu autorowi i wydawcy zbiorów aforyzmów, Władysławowi A Grzeszczykowi. A ten udzielił mi kilka cennych rad. Przede wszystkim kazał zapoznać się z poetyką, która dokładnie określa, jakie wymogi powinien spełnić tekst, aby stać się pełnoprawną powieścią, a nie ciągiem luźno napisanych scen z wartkimi dialogami.

Podobna rada przydałaby się Piotrowi Zarembie, autorowi książki "Romans licealny". Mam wrażenie, że to ciąg zapisanych przez niego luźnych obserwacji ze szkoły, w której niegdyś pracował. Wartkie dialogi, umiejętność obserwacji (fajnie pokazane relacje pomiędzy uczniami czy nauczycielami w pokoju nauczycielskim), jednak bez pogłębienia tematu. Brakuje bliższego przyjrzenia się postaciom, które w zamyśle miały być pierwszoplanowe - kompletnie nie rozumiem polonistki Anny czy też uczennicy Kaweckiej, ale też motywacji głównego bohatera, Pawła, który, chociaż czuje się spełniony jako nauczyciel, postanawia zmienić pracę. Trudno też zaobserwować w nim jakąś istotną przemianę (bez której w powieści przecież ani rusz). Za dużo jest dialogów, które w takiej ilości przytłaczają. Za dużo tajemnic pozostaje niedoświetlonych, niewyjaśnionych, a tytułowy romans okazuje się być jednym z pobocznych i niezbyt istotnych wątków. Przyznaję, że nieco się rozczarowałam.

Piotr Zaremba, Romans licealny, Świat Książki, Warszawa 2009.

niedziela, 8 maja 2011

:: Proste życie :: Ernst Wiechert ::

Po dość intensywnym życiu społecznym (pod koniec tygodnia impreza u znajomych i szkolenie) jestem tak wyczerpana, że najlepiej odpoczywa mi się w samotności. Spacerując z dala od większych skupisk ludzkich, jeśli pogoda ku temu, ale też czytając książki. Takie jak "Proste życie" Ernsta Wiecherta, niemieckiego pisarza, który pochodził z Mazur.

To książka o poszukiwaniu spokoju wewnętrznego. Główny bohater, Thomas, to weteran walk na morzu. Traumatyczne wspomnienia powodują u niego coś w rodzaju depresji: pozwala, by jego życie przeciekało mu przez palce, ma coraz gorszy kontakt z żoną spragnioną światowego towarzystwa i rozrywek i małym synkiem. Mimo zachęt do podjęcia pracy kierowanych do niego przez znajomych, woli włóczyć się całymi dniami po mieście, zastanawiając się nad sensem swojego życia. Napotkany pastor doradza mu podjęcie jakiejkolwiek pracy. Thomas opuszcza swoją rodzinę i wyrusza do Prus Wschodnich i tam w majątku emerytowanego generała otrzymuje pracę rybaka odpowiedzialnego za pobliskie jezioro. W rytmie codziennych zajęć powoli odnajdzie spokój i ukojenie, nawiąże też nowe relacje z mieszkańcami okolicy.

Kiedy byłam młodsza, to, co najbardziej przyciągało mnie w książkach Wiecherta, to klimat - jak dotąd, nikt tak nie potrafił opisać mazurskiej przyrody, ale też ciekawość, jak mogło wyglądać życie ludzi na Mazurach kilka dobrych dziesięcioleci temu. Teraz zwracam też uwagę na inne wątki. Wiechert był dobrym obserwatorem. Ludzie, których opisuje, na różne sposoby próbują sobie poradzić z wojenną traumą (bardzo przejmujący jest zwłaszcza opis cierpienia matki, która straciła na wojnie jedynego syna, w dodatku syna, z którym, jak mówi jej mąż, była zbyt silnie związana). Przenikanie się świata realnego z zaświatami (wierzenia miejscowej ludności, stary rybak - mistyk, duch pokazujący się hrabiemu na dzień przed jego śmiercią). Uczciwość własnego bohatera w poszukiwaniu samego siebie czy jego przebywanie gdzieś na peryferiach wiary (chociaż twierdzi, że jest niewierzący i religia nie pozwala mu znaleźć odpowiedzi na pytania o sens, jednocześnie szuka w niej inspiracji do dobrego życia). Zastanawiam się na ile Thomas jest alter ego samego pisarza, z którego biografii wiadomo, że zmagał się z podobnymi wątpliwościami, a równocześnie był mocniej niż jego bohater pogubiony życiowo. Tak więc "Proste życie" okazuje się wcale nie takie proste, jak by się mogło wydawać. I w tym tkwi cała siła tej książki.

Ernst Wiechert, Proste życie, Borussia, Olsztyn 2001.

wtorek, 3 maja 2011

Zaległy stosik

Stosiki książek znane są praktycznie wszystkim molom książkowym, a aparat fotograficzny w komórce daje możliwość ich opisania bez potrzeby wyliczania wszystkich tytułów zgromadzonych w stosiku. I ja takowy stosik mam (dla odmiany - będzie bez zdjęcia), tyle, że zawiera on nie najnowsze nowości (bo te czerpię z biblioteki), ale książki zaległe. Takie, kupione juz parę lat temu (jak na przykład Sigrid Undset, zakupiona na jarmarku dominikańskim w naszej parafii - w "antykwariacie pod chmurką" można czasem nabyć ciekawe starocie czy kilka książek Orhana Pamuka, kupionych w Merlinie w ramach jakiejś promocji). Takie, kupione całkiem niedawno (jak choćby kolejne książki Erwina Kruka, kupione na Allegro po tym, jak przeczytałam "Spadek"). Ciągle nie było na niego czasu, bo a to wpadała jakaś biblioteczna nowość, na przeczytanie której czas był ograniczony, a to znajomi podrzucali coś nowego, a to w domu pojawiały się nowe, fascynujące tytuły, po które sięgało się od razu. A stosik leżał i ciążył, jak wyrzut sumienia.

W końcu jednak i na niego przyszedł czas. Lektury nie okazały się jednak łatwe. Sigrid Undset i jej opowieści o ubogich ludziach bez szans na poprawę własnego losu podziałały na mnie depresyjnie, tak samo jak "Kronika Mazur" Erwina Kruka, książka będąca swego rodzaju wstępem do "Spadku". Orhan Pamuk "Nazywam się Czerwień" nie wciągnął, a nieco zmęczył - poza ciekawą intrygą kryminalną mamy tutaj opowieść o twórcach miniatur na dworze sułtana i starciu między kulturami Wschodu i Zachodu (i choćby dlatego warto byłoby tę książkę przeczytać raz jeszcze, aby uchwycić wszystkie niuanse i smaczki).

W międzyczasie wpadło parę nowości. Przyszła w końcu rezerwacja na pierwszy tom sagi "Cukiernia pod Amorem" - okazał się równie sprawnie napisany, jak tom drugi. Sięgnęłam też po opowiadania Katarzyny Enerlich "Oplątani Mazurami", które były prezentem dla mojej Mamy. Historie ludzi, poruszające, niekiedy powodujące smutek, aż szkoda, że tak ich mało... Teraz kolejne książki dotyczące Warmii i Mazur, o Janie Liszewskim, założycielu lokalnej "Gazety Olsztyńskiej" i o malarzu Hieronimie Skurpskim (każda wizyta w rodzinnych stronach to pretekst do dowiedzenia się o nich i o związanych z nimi ludziach, czegoś więcej). Jednak kolejne książki w stosiku zaległym już czekają...

Czy macie takie swoje zaległe stosiki? Co powoduje, że przekładacie lekturę na później?

środa, 20 kwietnia 2011

Pies Kuba zdrowy

O psie Kubie pisałam jakieś trzy miesiące temu. Fundacja, która wzięła pod opiekę dotkliwie poparzonego zwierzaka, podjęła się leczenia i gromadziła na niego środki. Zachęcałam do wsparcia jej wysiłków w tej notce.

Z tego, co napisano na Facebookowej stronie fundacji, środki pokryją leczenie Kuby i starczą jeszcze, aby pomóc innym zwierzakom. Sam Kuba ma się bardzo dobrze. Już wiadomo, że leczenie się powiodło, co sprawia mi ogromną radość. To zestawienie zdjęć zrobiła jedna z fanek strony Fundacji Mrunio - sami zobaczcie, jak wyglądał postęp:


Aktualne informacje o Kubie można znaleźć na stronie Fundacji Mrunio na Facebooku.

wtorek, 12 kwietnia 2011

:: Dom ciszy :: Orhan Pamuk

Czas choroby pozwolił na rozpoczęcie rozpracowywania stosiku kupionych ze dwa lata temu i jeszcze nieprzeczytanych książek. Na pierwszy ogień poszedł "Dom ciszy" Orhana Pamuka.

Z góry uprzedzam, że to niełatwa książka. Pozornie dzieje się w niej niewiele: trójka ludzi - Faruk - pracownik naukowy, Nilgun - studentka socjologii i Metin - licealista przyjeżdżają na wakacje do swojej babci Fatmy w Cennetisarze. O ile Faruk zajęty jest przeglądaniem archiwów sądowych i piciem, Nilgun wyleguje się na plaży, a Metin spotyka się z bogatymi rówieśnikami z okolicy. Fatma nie rusza się nigdzie z domu (poza doroczną wyprawą z wnukami na cmentarz) i nieustannie szkoli swojego karłowatego służącego, Recepa. Bratanek Recepa, Hasan, poza tym, że razem z kolegami z nacjonalistycznego stowarzyszenia wymusza haracze od sklepikarzy, interesuje się Nilgun. Wydawałoby się, zwykli ludzie, zwykłe lato we wczasowej miejscowości pod Stambułem. W toku akcji okazuje się, że jednak nie. Na jaw stopniowo wychodzą rodzinne sekrety, a długo tłumione emocje wybuchają z niszczycielską siłą.

Ciekawy jest sposób prowadzenia narracji. Mamy tutaj kilku bohaterów, którzy mówią własnym głosem. Przede wszystkim Fatma, wspominająca historię swojego nieudanego małżeństwa, Recep, który użala się na chlebodawczynię i na to, jak jest traktowany przez inne osoby z otoczenia, Faruk opowiadający o swoich intelektualnych poszukiwaniach, Metin i Hasan, z których każdy boryka się z lękiem przed odrzuceniem przez rówieśników czy też przez upatrzoną dziewczynę. Mężczyźni, jak to zwykle u Pamuka, skoncentrowani są na swoich ideach-fix, roją o wielkich czynach, podczas, gdy nie potrafią nawet stawić czoła zwyczajnej codzienności i popadają w alkoholizm. Kobiety są jakby na drugim planie, ich zdanie tutaj prawie się nie liczy (poza Fatmą, seniorką rodu). W tle - tarcia polityczne w unowocześniającej się Turcji. Wszystko to tworzy dość przygnębiający obraz i bynajmniej nie kończy się happy endem.

Orhan Pamuk, Dom ciszy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

niedziela, 10 kwietnia 2011

:: Cukiernia pod Amorem :: Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Koło sagi "Cukiernia pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk chodziłam przez jakiś czas. Moją uwagę przede wszystkim przykuły okładki, sugerujące klimat trochę staroświecki, trochę rodzinny, trochę małomiasteczkowy... Tak, czegoś takiego było mi trzeba, w ramach odpoczynku od wyjątkowo intensywnej ostatnio działalności zawodowej i zawodowych lektur (też mam ich niemało do przeczytania). Namówiłam zatem na kupno książek moją dzielnicową bibliotekę (czytelnicy mogą zgłaszać swoje propozycje), i gdy tylko się pojawiły w katalogu, od razu zarezerwowałam obie. Pech chciał, że jako pierwszy otrzymałam drugi tom. Pomyślałam, że raz kozie śmierć - i zaczęłam lekturę sagi od środka, od losów rodziny Cieślaków, którzy są pierwszoplanową rodziną drugiego tomu. Akcja obejmuje lata 1890-1939, a w drugim planie czasowym książki - rok 1995.


Pod koniec XIX wieku Cieślakowie są rodziną sprytnych złodziejaszków z Powiśla. Wzbogaciwszy się, powoli rezygnują z przestępczego procederu i wkraczają na drogę legalnych biznesów. Jeden z nich, sprytny Marian, wżenia się w rodzinę drobnego przedsiębiorcy, Partyki, i razem z teściem rozkręca rodzinny interes. Wiele lat później historia się powtórzy - Marian wyda swoją córkę Zytę za przybyłego ze Stanów rzutkiego młodzieńca Paula, który tuż przed wojną wyprowadzi się z Warszawy w rodzinne strony swojej matki. W tle nadal toczy się historia arystokratycznego rodu Zajezierskich (z którymi Paul jest notabene spokrewniony), bohaterów pierwszego tomu sagi. Przedstawiciele obu rodzin spotkają się zresztą przed zakończeniem tomu drugiego w tytułowej cukierni...

Zaczęłam czytanie - i wciągnęło. Książka jest dobrze napisana, po prostu nie można się od niej oderwać, każdy fragment rodzi kolejne pytania, na które chciałoby się natychmiast uzyskać odpowiedź. Więc siedzi się i się czyta, dopóki się nie skończy. Mimo, że jest to druga część sagi, stanowi odrębną całość (moje obawy okazały się niesłuszne). Pewną trudność może z kolei sprawiać obserwowanie wątków kilku rodzin i przenikanie się dwóch planów czasowych - teraźniejszości i minionych lat (tutaj akcja rozwija się chronologicznie), jednak dzięki krótkiej kronice pokazującej najważniejsze wydarzenia z fabuły i drzewom genealogicznym można się łatwo zorientować w wydarzeniach i postaciach opisanych w tomie. Niestety, drzewa mają też braki - chociażby aktorka Gina Weylen, spokrewniona z Zajezierskimi, nie jest na wykresie pokrewieństw w ogóle pokazana.
Teraz z niecierpliwością czekam, aż dostanę z biblioteki tom pierwszy i aż na rynku ukaże się tom trzeci.

PS. Saga ma swojego bloga Cukiernia pod Amorem (z którego zresztą pochodzi obrazek okładek trzech tomów). Tutaj możecie dowiedzieć się więcej na temat powieści oraz jej autorki.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.

środa, 6 kwietnia 2011

Nowe szablony od Google

Tym razem ciekawostka blogowa. Otóż na Blogspocie istnieje nowa opcja pozwalająca wyświetlać danego bloga na pięć różnych sposobów. Tym razem właściciel bloga nic nie musi zmieniać w szablonie, aby czytelnik to zobaczył. Wystarczy, że adres bloga umieścimy w którymś z pięciu hiperłącz:
# Flipcard: [blogURL]/view/flipcard
# Mosaic: [blogURL]/view/mosaic
# Sidebar: [blogURL]/view/sidebar
# Snapshot: [blogURL]/view/snapshot
# Timeslide: [blogURL]/view/timeslide

Czyli dla Szafki z Książkami wygląda to tak (trzeba kliknąć w link):
http://www.szafkazksiazkami.blogspot.com/view/flipcard
http://www.szafkazksiazkami.blogspot.com/view/mosaic
http://www.szafkazksiazkami.blogspot.com/view/sidebar
http://www.szafkazksiazkami.blogspot.com/view/snapshot
http://www.szafkazksiazkami.blogspot.com/view/timeslide

Mi się najbardziej spodobała skórka Snapshot - wyświetla okładki książek, a po najechaniu kursorem na którąś z nich - początek posta. A Wam?

niedziela, 27 marca 2011

:: Sosnowe dziedzictwo :: Maria Ulatowska

Moja babcia nie lubiła żadnych konfliktów. Chciała, żeby bohaterom filmów wszystko się układało, aby nie napotykali żadnych przeszkód czy nie musieli o nic walczyć, ani też nie kłócili się z innymi. Dlatego książka Marii Ulatowskiej "Sosnowe dziedzictwo" byłaby dla niej wręcz idealna.

Bohaterka, Anna - trzydziestokilkuletnia rozwiedziona redaktorka pewnego wydawnictwa, otrzymuje niezwykły spadek - podniszczony dworek położony pod kujawskim miasteczkiem, w sosnowym lesie, tuż opodal jeziora. I wszystko jej się wyjątkowo układa: adwokat, który obsługuje sprawę jej spadku w miasteczku dziwnym trafem odnajduje kolegę ze studiów, bohaterka ma od razu pieniądze na remont i od razu zjawia się u niej, sama z siebie, idealna pani do prowadzenia domu, do tego poznaje faceta, jednak gdy okazuje się, że to nie to, od razu zaczyna się kręcić koło niej nowy mężczyzna, a poprzedni szybko przeprowadza się gdzie indziej. Brakuje konfliktu, przeszkód, które są motorem napędowym każdej powieści, czegoś, co spowoduje zmianę głównego bohatera. Miałam nieustanne wrażenie, że autorka książki jest w stosunku do swojej bohaterki wyjątkowo nadopiekuńczą mamą: usuwa jej spod nóg wszystkie kłody i organizuje kolejne szczęśliwe zbiegi okoliczności.

A to przecież nie tak. W życiu rzadko kiedy jest idealnie. Dojrzewamy, wzrastamy nie tylko doświadczając okresów szczęścia i spokoju, ale przede wszystkim stawiając czoła niełatwym sytuacjom, konfliktom ze samym(samą) sobą i innymi ludźmi. Gdyby nasze życie byłoby rajem na ziemi, kręcilibyśmy się w kółko, nie zmieniając się, niczego nowego się nie ucząc. Tak jak bohaterka "Sosnowego dziedzictwa".


Maria Ulatowska, Sosnowe dziedzictwo, Prószyński i S-ka, Warszawa, 2011.

sobota, 19 marca 2011

:: Rock-Mann :: Wojciech Mann

Wojciech Mann to jeden z głosów radiowych mojego dzieciństwa. Kojarzę go przede wszystkim z sobotnią audycją w Trójce w latach 90., w której puszczał dużo country i bluesa. Z telewizją i programami prowadzonymi razem z Krzysztofem Materną Potem, kiedy już mieszkałam w Warszawie - z piątkowym pasmem porannym, ale też z opowieściami koleżanki koleżanki, której Wojciech Mann był pracodawcą. Przede wszystkim jednak z Trójką, w której Wojciech Mann znowu jest obecny jako głos. Nieco inny głos. Podczas, gdy Piotr Kaczkowski od lat brzmi tak samo, w głosie Wojciecha Manna znać już nieuchronny upływ czasu. Być może próbą jego zatrzymania jest garść wspomnień, którą opublikował niedawno w Wydawnictwie Znak.

"Rockmann" to opowieść o drodze zawodowej autora, równoznacznej z jego miłością do muzyki. Od pierwszych inspiracji muzycznych, płyt winylowych (w przypadku zniszczeń pieczołowicie przez autora podrasowywanych i odsprzedawanych dalej, do czego ze wstydem się przyznaje) odbiorników radiowych, czasy legendarnego Radia Luxemburg, prężnie działający klub miłośników muzyki, który podpowiadał Pagartowi, które światowe gwiazdy zaprosić do Polski na koncert, pracę w Rozgłośni Harcerskiej i Trójce, tworzenie własnych rozgłośni radiowych. Wartko napisane, wciągające. Szkoda, że brakuje informacji o działalności satyrycznej czy powodach powrotu do Trójki - ale zdaje się, że rozumiem intencję Wojciecha Manna, że miało być przede wszystkim o muzyce. W każdym razie - dla miłośników Trójki rzecz obowiązkowa.

Wojciech Mann, Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

czwartek, 17 marca 2011

:: Gottland :: Mariusz Szczygieł

Żeby umieć pisać dobre reportaże, warto nie tylko znać teorię, ale przede wszystkim czytać dobre reporterskie teksty. Chociażby takie, jak te, które pisze Mariusz Szczygieł. Najpierw sięgnęłam po "Zrób sobie raj", a skoro mi się spodobał, ktoś ze znajomych polecił mi "Gottland". Książkę całkiem niedawno udało mi się wypożyczyć w mojej bibliotece.

"Gottland", podobnie jak "Zrób sobie raj" to zbiór reportaży o Czechach, tworzący panoramę czeskich losów w XX wieku. Mamy tutaj i historię rodziny Bata, twórców państwa w państwie. Historię Lidy Baarovej, aktorki, która podczas swojego pobytu w Niemczech spotykała się z Goebbelsem, a po zakończeniu wojny wróciła do swojego rodzinnego kraju. Otokara Sveca, rzeźbiarza, który stworzył największy na ziemi pomnik Stalina, a potem postanowił się zabić. Marty Kubisovej, piosenkarki skazanej przez władze na artystyczną banicję. Zdenka Adamca, który wzorem Palacha dokonał samospalenia - być może też w buncie przeciwko rzeczywistości. To rzecz jasna, nie wszyscy bohaterowie tej książki - ale nie będę psuć Wam przyjemności czytania. Szczygieł, pokazując ich dramatyczne, powikłane losy, cenę, jaką płacili za sprzeciw przeciwko aktualnemu systemowi lub też za bliski flirt z władzą.

Mariusz Szczygieł, Gottland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006. Na zdjęciu okładka drugiego wydania książki, które ukazało się w zeszłym roku - poza poprawkami, różni się obecnością jednego dodatkowego tekstu.

środa, 16 marca 2011

:: Warmia i Mazury :: Erwin Kruk

Dlaczego ludzie mieszkający na Warmii złoszczą się, gdy ich tereny nazywa się Mazurami? Jeśli ktoś z Was się nad tym kiedykolwiek zastanawiał, warto, aby sięgnął po przewodnik Erwina Kruka "Warmia i Mazury" wydany przez Wydawnictwo Dolnośląskie w serii "A to Polska właśnie".

Ja sama nabrałam ochoty na przeczytanie innych książek Erwina Kruka po lekturze "Spadku" (dzieliłam się wrażeniami tu). Na Allegro udało mi się upolować stare powieści pisarza, natomiast w mojej dzielnicowej bibliotece znalazłam jego przewodnik "Warmia i Mazury". Rzecz jasna, wypożyczyłam. I aż żałuję, że książka nie jest już dostępna w regularnej sprzedaży.


"Warmia i Mazury" to przystępnie napisany przewodnik po dziejach regionu. Można dowiedzieć się z niego, co stało się z pruskimi plemionami (czy rzeczywiście plemiona pruskie zostały wycięte w pień przez Krzyżaków, tak jak w którymś momencie dziejów przedstawiali to historycy), dlaczego Warmia to Warmia, a Mazury to Mazury (powiedzieć, że Olsztyn leży na Mazurach to taki sam błąd jak twierdzenie, że Warszawa leży na Podlasiu) i gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie, jacy ludzie mieli największy wpływ na dzieje regionu, jakie były najważniejsze wydarzenia w jego historii, które miejsca są warte odwiedzenia. Do tego mnóstwo zdjęć i ilustracji, które łatwiej pozwalają przyswoić sobie cały materiał. Nie tylko zdjęć ludzi, budowli czy cennych pamiątek historycznych, także krajobrazów, ptaków i zwierząt (znalazłam wielkie zdjęcie jednego z jezior w mojej rodzinnej okolicy czy nazwę "Ramsau" na XVII-wiecznej rycinie).

Książka inspiruje, nie tylko do odwiedzin regionu, także do zgłębiania jego niełatwej historii czy zapoznania się z twórczością wybitnych osób, które tutaj mieszkały. Jest dobra jako taki pierwszy krok, by dowiedzieć się więcej o Warmii i Mazurach, ale też drogowskaz do dalszych poszukiwań (a trzeba przyznać, że oferta regionalnych wydawnictw, które oferują wszelkiego rodzaju wznowienia, czy nowe ciekawe pozycje książkowe, jest bardzo imponująca).

Erwin Kruk, Warmia i Mazury, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2003.

niedziela, 13 marca 2011

Uwolnij emocje. Elementarz uczuć - Anna Maruszeczko, Lucyna Wieczorek

Pierwsze, co rzuca się w oczy w poradniach psychologicznych, są wielkie pudła z chusteczkami higienicznymi stojące na stolikach, przy których siedzą rozmówcy. Tropem tego skojarzenia poszli twórcy kampanii public relations "Uwolnij emocje" realizowanej dla Velvet. Organizatorzy wystawili w kilku największych miastach niebieską sofę i stolik (rzecz jasna, z wielkim pudełkiem chusteczek wzmiankowanej firmy) i zaprosili Polaków do rozmów o emocjach. Dobra, dość już tych zboczeń zawodowych; miałam pisać nie o efektywnych narzędziach public relations, a o książkach.

Otóż owocem kampanii jest e-book dziennikarki Anny Maruszeczko i trenerki Lucyny Wieczorek (znanej z Dojrzewalni Róż) o tym samym tytule: "Uwolnij emocje. Elementarz uczuć". Już pierwszy odcinek, opublikowany niedawno, wygląda dość ciekawie. To zapisy rozmów z niebieskiej sofy. Poniżej załączam link do wydania w Issuu - po kliknięciu w obrazek książki wyświetla Wam się powiększony widok, z którego można czytać.


Plik można też pobrać w formacie pdf z tej podstrony. Ja, jak na mola książkowego przystało, marzę oczywiście o tym, aby książeczka ukazała się też w tradycyjnej wersji papierowej. Nie ma jak zapach świeżej farby drukarskiej, czyli używka wszystkich moli ;-)

Rozdział pierwszy mówi o różnicach w tym zakresie między kobietami a mężczyznami, które wcale nie są takie oczywiste: one nie panują nad swoimi emocjami, oni za wszelką cenę próbują je stłumić. Autorki nie próbują tutaj sprzedawać gotowych prawd, raczej prowadzą nas przez kolejne rozmowy (obserwacje), które są dla nich pretekstem do dalszej dyskusji na temat bogatego i skomplikowanego świata emocji. Książka jest prosta i przystępna, a równocześnie - mądra. Dodatkowym atutem mogą być rysunki Agaty "Endo" Nowickiej. Polecam tym wszystkim, którzy chcieliby lepiej poznać i siebie, i innych ludzi.

Jeśli Wam się spodobało, kolejnych rozdziałów należy co jakiś czas szukać na stronie kampanii.

Anna Maruszeczko, Lucyna Wieczorek, "Uwolnij emocje. Elementarz uczuć", Velvet, 2011.

sobota, 12 marca 2011

:: Poradnik dla babci i dziadka :: Elizabeth LaBan

Nie mam jeszcze swoich dzieci (a tym bardziej wnucząt), ale jestem ciotką dwóch nastoletnich panienek, całkiem jeszcze niedawno - ciekawych wszystkiego i wszędobylskich dziewczynek. Jestem (lub będę) przyszywaną ciotką dzieci znajomych. A dzieci, jak wiadomo, poza tym, że są ciekawe i wszędobylskie, to szybko się nudzą i proszą o coraz to nowe zabawy. Jeśli nie miało się do czynienia z młodszym lub starszym rodzeństwem, z dorosłymi, którzy lubili bawić się z dziećmi, albo też z edukacją dzieci, skąd brać pomysły?

Z pomocą może tutaj przyjść "Poradnik dla babci i dziadka" Elizabeth LaBan wydany przez gdyńskie Wydawnictwo Pestka. Zawiera porady, które mogą pomóc babciom i dziadkom w opiece nad wnukami, ale też propozycje wspólnych zabaw i gier. Moim zdaniem, nie tylko babciom i dziadkom, ale tym wszystkim, którzy rzadko mają do czynienia z małymi dziećmi, a nie są ich rodzicami. Bo, prawdę mówiąc dziadkowie wiele rzeczy dotyczących opieki nad dziećmi już wiedzą ze swojego doświadczenia. O wielu innych rzeczach powinni jednak wiedzieć i fajnie, że ta książeczka zwraca na to uwagę - na przykład, jak traktować swoje dzieci mające dzieci. Inspirujące są pomysły na wspólne zabawy - na przykład tworzenie drzewa genealogicznego, olimpiada czy wydawanie gazety. Przyznam, że dorośli się ze mną w to nie bawili, a szkoda. Przepisy na różne słodkości przypominały mi z kolei moją Babcię ze strony mojego Taty, która zawsze pamiętała, żeby na mój przyjazd przygotować szarlotkę czy Babcię ze strony Mamy, która na mój przyjazd wyciągała zawsze swoją puszkę ze słodyczami i dzieliła się tym, co miała. Opisy spacerów - Dziadka, który zabierał nas na długie spacery po okolicy, w której mieszkał.


W książce brakowało mi koloru - okładka jest radosna i wielobarwna, rodzi apetyt na więcej, natomiast wnętrze posiada jedynie proste, pomarańczowo-szare ilustracje. Brakowało mi też instrukcji w formie ilustracji, np. jak zawinąć niemowlę w tzw. rożek - takie czynności łatwiej się pojmuje, widząc sekwencję obrazków, nie zaś czytając opis. Zastanawiałam się też, co to są kanapki lodowe, gdyż w jednym z przepisów chodziło wyraźnie o gotowy produkt dostępny na rynku amerykańskim, skąd przywędrowała książeczka - tutaj warto by było podać polski odpowiednik. Zazgrzytała mi też wzmianka o tym, że można wykorzystać cukierki pozostałe po Halloween, tak, jakby to było powszechnie obchodzone polskie święto. Podobało mi się z kolei, że wierszyki do zabaw z niemowlakami i bardzo małymi dziećmi zastąpiono polskimi odpowiednikami. Przydałoby się ich jednak więcej, tak samo, jak gier i zabaw - a może to już pomysł na polski odpowiednik tej książeczki?

Wydawnictwo Pestka debiutuje tą książeczką na polskim rynku. Kolejne pozycje z oferty mają być poradnikami na temat rodzicielstwa, rodzicielstwa, macierzyństwa i ojcostwa, a także bycia dziadkiem/babcią. Przewidziano również książeczki dla milusińskich. W każdym razie, lektura "Poradnika" obudziła we mnie mnóstwo ciepłych wspomnień związanych z moimi Dziadkami, ale też dzieciństwem moich siostrzenic. Taka jest też misja Wydawnictwa Pestka - wydawać książki pełne dobrej energii.

Elizabeth LaBan, Poradnik dla babci i dziadka, Wydawnictwo Pestka, Gdynia 2010. Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wandy Stompór z Wydawnictwa Pestka.

wtorek, 1 marca 2011

:: Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika :: Stephen King

Obiecywałam sobie (i Wam), że będę tutaj poruszać tematy dotyczące kreatywnego pisania, a jak do tej pory, chyba tylko raz ledwo dotknęłam tego wątku. Mimo, że pisanie jest dla mnie tak samo ciekawe, jak czytanie. Czas na nadrobienie zaległości. Dzięki Iwonie, która pożyczyła ode mnie inną książkę o pisaniu i koniecznie chciała się zrewanżować, sięgnęłam po "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika" wydany przez Stephena Kinga, znanego autora powieści grozy.


Książka Kinga ma dwa główne wątki. Pierwszy, autobiograficzny, opisuje jego pisarską drogę, poczynając od pierwszych prób w szkole (pismo zawierające satyry na nauczycieli), rzecz jasna, ostro ukróconych. Drugi to tajniki warsztatu pisarza, którymi King chętnie się dzieli. Jego zdaniem, w pisaniu pomaga mu kilka zasad, które pokrótce przedstawię:
1. Dużo czytać. King czyta 70-80 książek rocznie, głównie beletrystyki. Czyta, bo lubi dobre historie, nie zaś dla analizy - jednak przyznaje, że tez się przy tym uczy. I złego, i dobrego pisania.
2. Regularne tempo pracy. King mówi, że pisze 10 stron dziennie. Radzi wyznaczać sobie stały, realistyczny cel i zapewnić sobie ku temu warunki.
3. Zacznij od pisania tego, co lubisz czytać. "Piszcie o tym, czym chcecie, a potem tchnijcie życie w swoją historię i uczyńcie ją czymś wyjątkowym, nasączając ją swą osobistą wiedzą o świecie, przyjaźni, związkach, seksie i pracy - zwłaszcza pracy. Ludzie uwielbiają czytać o pracy. Bóg jedne wie czemu, ale tak jest".
4. Nie ma sensu planować opowieści. Zdaniem Kinga, opowiadania i powieści składają się z trzech elementów: narracji posuwającej opowieść z punktu A do punktu B i w końcu do punktu Z, opisów, tworzących zmysłową rzeczywistość na użytek czytelnika, i dialogu, ożywiającego postaci przez ich mowę.
5. Dobry opis angażuje czytelnika w opowieść, bardziej niż opis postaci. Składa się on z kilku starannie dobranych szczegółów (tych, które pierwsze przychodzą nam na myśl), symbolizujących wszystko inne.
6. Dialog jest kluczowym elementem określającym charakter postaci - tylko czyny ludzi, zdaniem Kinga, mówią o nich więcej niż słowa. Nigdy też nie mówimy o tym, co można pokazać. Dobry dialog po prostu dobrze się czyta, źle napisany "męczy uszy niczym rozstrojony instrument muzyczny".
7. Konstruowanie postaci sprowadza się do uważnego przyglądania się temu, jak zachowują się otaczający nas prawdziwi ludzie, a następnie przekazaniu prawdy o tym, co widzimy.
8. Skończona powieść wymaga odłożenia (na minimum 6 tygodni), a potem przeredagowania. Pozwala to na lepsze wyeksponowanie motywu przewodniego (czyli tego, o co chodzi w powieści), a także na podkreśleniu symboliki, o ile taka w tekście się pojawiła. Dobra proza zawsze zaczyna się od historii i stopniowo rozwija, ukazując wiodący temat.
9. Po pierwszej redakcji warto rozdać tekst kilku zaprzyjaźnionym osobom i poprosić o opinie. Łatwiej wychwycą błędy, które będą jeszcze możliwe do skorygowania.
10. Tekst powinien mieć dobre tempo i tło (które składa się z zebranych faktów).
11. Nie ma sensu, zdaniem Kinga, zapisywać się na kursy kreatywnego pisania, bo to nie zastąpi samodzielnej pracy. Z drugiej strony nie jest ich całkowitym przeciwnikiem - pisze, że dają szansę uczenia się pod okiem kogoś bardziej doświadczonego w pisaniu oraz szansę nawiązania kontaktów zawodowych.
12. King radzi też, gdy początkujący adept sztuki pisarskiej może się już pochwalić jakimiś opowiadaniami, skorzystać z pomocy agentów literackich, ale wydaje mi się, że w Polsce takowej instytucji jeszcze nie ma.
13. King pisze, że nie pisze dla kasy ale dla czystej radości pisania. Twierdzi, że kiedy robimy coś, do czego mamy talent, robimy to tak długo, dopóki kompletnie nie opadniemy z sił.
14. Oczywiście - pamiętać o gramatyce, oszczędności w doborze słów i składni.

Chociaż gatunek literacki, w którym specjalizuje się Stephen King, nie należy do moich ulubionych, to myślę sobie, że jego rady są uniwersalne i dadzą się zastosować także na innych literackich poletkach. Do tego dzieli się swoją radością płynącą z pisania i przekonuje adeptów sztuki pisarskiej, aby po prostu podejmowali kolejne próby: "jeśli jednak uważacie, że trzeba wam zezwolenia na to, by czytać i pisać, ile dusza zapragnie, możecie niniejszym uznać, że je otrzymaliście". Dlatego tym z Was, którzy marzą o pisaniu, książkę bardzo polecam.

Stephen King, "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika", Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

sobota, 26 lutego 2011

:: Spadek :: Erwin Kruk

"Spadek" Erwina Kruka to nietypowy dziennik. Mazurski pisarz dokumentuje w nim przebieg starań podjętych przez niego wraz z bratem w latach 2007-2008, o odzyskanie gospodarstwa, z którego w 1945 r. została wyrzucona jego rodzina. Najpierw trzeba uzyskać akty zgonu rodziców, potem stwierdzenie nabycia spadku - jednak w przypadku Kruków to nie taka prosta sprawa. Są Mazurami, których władza ludowa pozbawiła domu, natomiast obecne państwo nie jest w stanie wykazać, na jakiej tamci to właściwie zrobili podstawie. Dzięki wycieczkom sądowym pisarz ma jednak częstszy kontakt z bratem, z którym, jak przyznaje, do tej pory prowadzili dość osobne żywoty. Batalia sądowo-prawna to główny wątek książki, jednak nie jedyny. W tle - codzienne życie małżeństwa Kruków i tęsknota za dorosłymi dziećmi, które los rozrzucił po świecie (córka w Anglii, syn w Warszawie), olsztyńska polityka (w mieście właśnie wybucha seksafera), życie olsztyńskiej parafii ewangelickiej czy życie kulturalne, w którym Krukowie biorą dość aktywny udział. Jest też rodzinny Dobrzyń, w którym pisarz się urodził, i regularnie do niego powraca, zapalając lampki na rodzinnych grobach.


Człowiek jest istotą doludną, a ja - zajmujący się umarłym światem Mazur - byłem zawsze odludkiem. Pisałem o tym, o czym chciałbym porozmawiać z kimś, kto chciałby mnie zrozumieć, albo w tym rozumieniu siebie mi pomógł. Jednak kto całe życie przeżył poza domem, zachowuje się ta, jakby się skradał i jakby nie chciał, aby go dostrzeżono, że jest tak blisko. To po części wynikało z mojej natury, z darowanej mi od dzieciństwa samotności, ale zależało też od okoliczności, w jakich żyłem. Kto chce zaznaczyć własną obecność, musi zachować dystans wobec innych. Lecz potem okazuje się, że nie ma już tych, do których chciałby się zbliżyć. Gdzieś są coraz młodsi, zajęci swoimi sprawami. Są właścicielami innych doświadczeń, a może też innego już świata, w którym mazurska grupa etniczna, rozproszona do cna, należy już tylko do legend.

Symbolem tego odosobnienia pisarza jest cmentarz w Dobrzyniu, dawniej zarośnięty i zaniedbany, gdzie pisarz odwiedzał groby swoich bliskich, ale też chował się przed światem. W niepodległej Polsce, gdy regionalne różnice przestają być zwalczane, a z dumą podkreślane, cmentarz w Dobrzyniu zostaje odsłonięty poprzez wycięcie kępy otaczających go drzew, a nagrobki zostają odnowione. Spory udział ma w tym sam pisarz, który dzięki swojej twórczości jest już znaną publicznie osobą, a zatem ma duży wpływ na opinię i działania innych. To może być też metafora jego pisarstwa - podtrzymywanie pamięci o tym, co bezpowrotnie minęło. Świetna, bardzo osobista i refleksyjna książka.

Erwin Kruk, Spadek. Zapiski mazurskie 2007-2008, Oficyna Retman, Dąbrówno 2009.

czwartek, 24 lutego 2011

:: Gilgamesz ::

Gdzieś tak w drugiej-trzeciej klasie podstawówki bardzo polubiłam "Mitologię" Jana Parandowskiego. Zaczytywałam się w niej nieustannie i wręcz znałam ją na pamięć, co moi rodzice wykorzystywali przy rozwiązywaniu krzyżówek. Egzemplarz, którego wtedy używałam, gdzieś przepadł. Niedawno kupiłam sobie nowy. W ogóle, lubiłam też wszelkiego rodzaju baśnie i legendy. W tym jeden ze zbiorów baśni opracowany przez Roberta Stillera. Nie pamiętam tytułu, pamiętam jak przez mgłę okładkę i pamiętam, że te baśnie były poruszające. Nic więc dziwnego, że dałam się namówić koledze na pożyczenie od niego "Gilgamesza", przez tegoż samego Roberta Stillera przetłumaczonego.


"Gilgamesz" to epos babiloński i asyryjski. Tytułowy bohater to władca miasta Uruk, bóg i człowiek jednocześnie. Dzięki swej boskości ma nadludzką moc, ale równocześnie jak każdy człowiek, podlega śmierci, co uprzytamnia sobie po śmierci jego najbliższego przyjaciela i towarzysza walk z potworami, Enkindu. Ta śmierć stawia go przed wieloma pytaniami, w tym o własną śmiertelność, o sens życia, o przyjaźń i relacje z ludźmi. Gilgamesz wyrusza więc w podróż w zaświaty, aby poszukać odpowiedzi.

Niektórzy zwracają uwagę na wątek homoseksualny w przyjaźni dwóch bohaterów, ale również biseksualne upodobania Gilgamesza. Niektóre ilustracje też to zresztą sugerują. Nie jest to paradygmat odczytywania literatury, w którym czuję się jakoś mocna, więc nie będę rozwijać tego wątku. To, co natomiast sama zauważyłam, to wątek "uczłowieczania" Enkindu, który, zanim poznał Gilgamesza, żył sobie swobodnie w puszczy, za pan brat z różnymi zwierzakami. Doradcy Gilgamesza podpowiadają mu sposób na wywabienie Enkindu z leśnej głuszy i zachęcenie go do wejścia między ludzi: wysłać mu kobietę (notabene, świątynną nierządnicę, czyli w owych czasach panią o wysokim prestiżu społecznym, jak tłumaczy Stiller w przypisach), niech ona go uwiedzie i on się z nią zwiąże, to stanie się obcy zwierzakom i chcąc nie chcąc trafi do świata ludzi. Tak się faktycznie dzieje. Zwierzęta uciekają przed "uczłowieczonym" Enkindu. Co wydaje się brzmieć znajomo, jest taka książka, a właściwie księga, posiadająca najwięcej tłumaczeń ze wszystkich książek na świecie, gdzie piszą, że pełnego człowieka stanowi dopiero mężczyzna i kobieta.

Ciekawe jest posłowie, a właściwie dwa posłowia. W pierwszym tłumacz opowiada szczegółowo historię powstania samego eposu, jak też jego tłumaczenia. W drugim - daje upust swojej wieloletniej niechęci do polskiego środowiska naukowego i wydawniczego, wyjątkowo nieufnego wobec badaczy nieposiadających formalnego umocowania oraz dyplomatów utrudniających prowadzenie badań. Tak najkrócej mówiąc. Ciekawa jestem, z czego taka sytuacja mogła Stillerowi wyniknąć. Z jego niechęci wobec zgniłych kompromisów i politycznych układów? Z jego perfekcjonizmu? Z ludzkiej zawiści? Może z wszystkiego po trochu, ale nie mi to rozstrzygnąć.

A do tego wszystkiego piękne w swojej surowości litografie Romana Opałki (tak, tego od malowania cyferek).

Gilgamesz. Epos babiloński i asyryjski ze szczątków odczytany i uzupełniony także pieśniami szumerskimi przez Roberta Stillera, Vis-a-vis Etiuda, Kraków 2008