czwartek, 8 lipca 2010

:: Baleronowa ponad wagą :: Anna Ślęzak

Kiedy byłam jeszcze na studiach i krótko po studiach, fascynowało mnie, dlaczego tak obszerna część pism kobiecych poświęcona jest dietom wszelkiego rodzaju. Dlaczego moje koleżanki przechodziły istne męki Tantala, nie pozwalając sobie na słodycze czy pizzę. Przecież ja mogłam jeść wszystko i nic się nie działo!

Do czasu. Gdy osiągnęłam wiek Baleronowej - bohaterki i narratorki książki Anny Ślęzak "Baleronowa ponad wagą", to chociaż nie zmieniłam specjalnie swoich przyzwyczajeń kulinarnych, nagle okazało się, że to, co zjem, potrafi się tu i ówdzie zmagazynować. A i kobiet w zbliżonym do mojego wieku i stosujących różne diety, zauważam w moim otoczeniu coraz więcej. Stąd zainteresowanie perypetiami Baleronowej związanymi z utratą kolejnych kilogramów.



Książka Anny Ślęzak ma formę dziennika, prowadzonego przez Baleronową, która dokumentuje nie tylko utratę kolejnych kilogramów, ale swoje przemyślenia z tym związane, dialogi z mężem Baleronem, spotkania z przyjaciółkami, w trakcie których odchudzające się panie na moment zapominają o rygorze diety i raczą się słodkościami, dialogi z ekspedientką czy wyobrażone rozmowy owoców i warzyw w lodówce państwa Baleronów. Błyskotliwie i z poczuciem humoru, z różnych perspektyw. Autorka ma rozpoznawalny styl - to zarazem zaleta (jak do tej pory nie znałam żadnej książki na ten temat, która nie byłaby kolejnym bestsellerowym poradnikiem z opisem diety-cud), ale też wada - język książki zmuszał mnie do większego skupiania się na odcyfrowaniu konstrukcji słownych, przez co uciekała mi akcja książki. W każdym razie warto przekonać się, że także kwestię odchudzania można potraktować lekko i z dystansem.

Anna Ślęzak, Baleronowa ponad wagą, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.

wtorek, 6 lipca 2010

:: Muzeum Niewinności :: Orhan Pamuk

Kto z nas nie wspominał kiedyś utraconej miłości, nie zbierał listów, kartek, biletów ze wspólnie obejrzanych filmów i innych drobiazgów? W mojej rodzinie na takie zbiory, zwłaszcza mocno przestarzałe, używało się nawet określenia "archiwum". Kto z nas nie wracał myślą do minionych dat: dzisiaj mija x lat, od kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy... ta piosenka towarzyszyła mi w momencie, kiedy zrozumiałem, że ona jest we mnie zakochana... te kwitnące chińskie róże przypominają mi tamten czerwiec i tamtą fascynującą rozmowę... Jeśli nawet materialnych śladów zostało nam niewiele, wszystko znajduje się w naszej pamięci. Każdy z nas takie archiwum jak najbardziej ma.

Ma je też Kemal, bohater powieści Orhana Pamuka "Muzeum niewinności". To zbiór pamiątek po jego ukochanej Fusun, które Kemal zaczyna gromadzić od momentu ich rozstania. Jednocześnie dają mu poczucie fizycznej obecności ukochanej, a równocześnie podtrzymują intensywność bólu i tęsknoty wywołanych rozstaniem. Później, gdy bohaterowie spotkają się ponownie, zakochany Kemal będzie kradł przedmioty z otoczenia Fusun. Archiwum Kemala, początkowo zlokalizowane w nieużywanym mieszkaniu należącym do jego matki, po tragicznej śmierci Fusun zostaje przekształcone w muzeum. Kemal kupuje dom, w którym wielokrotnie odwiedzał Fusun, przebudowuje go w prywatne muzeum (stąd tytuł książki), a swoją historię pod koniec życia opowiada pisarzowi... Orhanowi Pamukowi (który - ciekawostka - występuje też w książce jako daleki znajomy i krewny Kemala).



Ale "Muzeum niewinności" to nie tylko opowieść o miłości. Książkę można czytać na wielu płaszczyznach. Moralnej - świetnie pokazuje mechanizm, kiedy to wydawałoby się niewinne kłamstwa, które Kemal serwuje na przemian to swojej narzeczonej Sibel, to Fusun, oraz jego początkowy brak zdecydowania w sprawach sercowych stają się zaczątkiem całego tragicznego splotu wydarzeń. Socjologicznej (paradygmat feministyczny)- stambulskie nowoczesne elity wcale nie są tak nowoczesne, jak by się mogło z początku wydawać. Chociaż kobiety starają się być odważne i wyzwolone, dla mężczyzn wciąż istotne jest, aby ich przyszłe żony nie miały doświadczeń seksualnych z innymi mężczyznami. Starają się też oni na wszystkie możliwe sposoby utrudnić samorealizację swoim partnerkom (kariera aktorska Fusun, która praktycznie nie rozpoczęła się dzięki manipulacjom zazdrosnego Kemala).
Podsumowując, po zachwycie nad "Stambułem" i rozczarowaniu "Białym zamkiem", "Muzeum Niewinności" pozytywnie mnie zaskoczyło. Gorąco polecam!

Parę słów jeszcze ode mnie: przez jakiś czas tutaj nie zaglądałam (i dopiero dzisiaj zaakceptowałam ostatnie komentarze), co było spowodowane kończeniem doktoratu i kłopotami ze wzrokiem. Na szczęście mam już okulary korekcyjne i mogę znowu czytać książki oraz o nich blogować, hurra!

Orhan Pamuk, "Muzeum Niewinności", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

wtorek, 4 maja 2010

:: Ksiądz Rafał :: Maciej Grabski ::

W dobie, kiedy na światło dzienne w Kościele katolickim wychodzą od lat skrywane skandale i toczy się otwarta publiczna debata na temat wad i słabości Kościoła oraz jego przedstawicieli, siłą rzeczy musi rodzić się tęsknota za zwykłymi, wierzącymi oraz rzetelnymi w wykonywaniu swojej posługi księżmi.

Tę tęsknotę można zauważyć w polskiej prozie popularnej. Mamy już Grzegorczykową trylogię o księdzu Groserze. Ostatnimi czasy w ślady Grzegorczyka idzie Maciej Grabski. Jego debiut książkowy, "Ksiądz Rafał", również wyraża pragnienie spotkania "dobrego pasterza" - głęboko wierzącego, uczciwego i szlachetnego kapłana, mogącego być autorytetem w lokalnej społeczności, rozstrzygającym konflikty i spory, sprowadzającym zagubione owce na dobrą drogę. Do tego wrażliwego na piękno, ale też na biedę i krzywdę ludzką. Doświadczającego takich samych trudności ludzkiego losu i niełatwych wyborów, jak jego owieczki - momentów zagubienia, wewnętrznych rozterk, konfliktów sumienia, pokus czy niesprawiedliwości przychodzącej z zewnątrz.



Jednak o tyle, o ile Grzegorczyk sięga raczej po konwencję drogi i jest niejednoznaczny - jego bohater ukazany jest podczas wędrówki po różnych miejscach, doświadcza różnych trudności i sytuacji, które nie są domykane w ramach akcji pojedynczego tomu, pytań, na które sami musimy szukać odpowiedzi, Grabski lepiej czuje się w poetyce sielanki. Czytając o Gródku, do którego przybywa tytułowy bohater powieści, mam przed oczami zielony, ukwiecony Sandomierz z pierwszego odcinka "Ojca Mateusza" czy podkolorowane obrazki wsi z polskich komedii romantycznych. Mieszczuch, zmęczony hałasem i szybkim tempem życia, aż chce tam wracać, zanurzyć się w tym spokoju, czuć bezpieczeństwo wynikające z bycia częścią małej społeczności, gdzie każdy człowiek jest mu znany z twarzy, imienia i nazwiska. Do tego wszystkie problemy znajdują rozwiązanie, wszystkie trudne sytuacje kończą się dobrze. Dlatego to książka na trudny moment, w którym nie widać jeszcze żadnych rozwiązań, a my potrzebujemy wierzyć, że i nam się ułoży. Dobrze napisana, z wartką, wciągającą akcją, wyraziście zarysowanymi postaciami i ich historiami. Kto nie zapamięta nawróconego księdza kanonika Tomaszka czy wyrwanego ze szponów nałogu cieśli Romusia, czy femme fatale w postaci dawnej studenckiej miłości głównego bohatera, Krystyny, pojawiającej się nieoczekiwanie, by go kusić obietnicą łatwego życia? Kto nie poczuje się wciągnięty przez opowieść na tyle, aby nie pytać o dalsze losy jej bohaterów?

Maciej Grabski, Ksiądz Rafał, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

poniedziałek, 3 maja 2010

:: Nie pytaj o Polskę ::

Pytanie, co to znaczy być Polakiem, co to znaczy być patriotą, a zwłaszcza prawdziwym patriotą, pojawiło się w dyskursie publicznym po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Czy prawdziwy patriota bierze udział w masowych uroczystościach upamiętniających ofiary katastrofy, czy raczej współczuje i ofiarom, i bliskim, w domowym zaciszu? Czy dowodem patriotyzmu jest popieranie pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, czy też wręcz przeciwnie? Tego rodzaju pytania pojawiły się wówczas w mediach.

O istotę polskości i patriotyzmu, pytają też polscy pisarze i pisarki. Antologia opowiadań "Nie pytaj o Polskę" (tytuł zaczerpnięty z piosenki Grzegorza Ciechowskiego) jest zbiorem literackich wariacji na ten temat. Zbiorem barwnym i różnorodnym, tak jak osobowości ich autorów.



Mamy tutaj i groteskę ("Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych" Sylwii Chutnik), i historię mrożącą krew w żyłach - kobieta, która nie pochowała swojego męża, zmarłego 4.06.1989, aby "mógł jeszcze pożyć w wolnej Polsce" ("4 czerwca 1989 r.", Piotra Rowickiego), i lekko ironiczną opowieść o relacjach dwóch młodych gejów z ich starszą sąsiadką, i wzruszającą historię młodego Polaka pracującego w Norwegii, który próbuje wytłumaczyć, czym jest polska obyczajowość swojej norweskiej dziewczynie ("Vandamman Park" Edyty Szałek, swoją drogą bardzo wzruszające opowiadanie), utrzymaną w reportażowej konwencji historię mężczyzny, który walczy z twórcami legendy o jego dziadku ("Bohater" Grażyny Plebanek), mistrzowsko poprowadzoną w formie dialogu rodzinnego debatę o wyższości Dnia Zadusznego nad Halloween ("Skarb" Grażyny Waszkiewicz) czy mini-sagę rodzinną, której spoiwem jest klejnot rodzinny, srebrna brosza ("Brosza" Joanny M. Chmielewskiej) - żeby wymienić choćby kilka z prezentowanych opowiadań.

Jeśli powieść ma być zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu to te opowiadania właśnie takie są - pokazują współczesnych Polaków z ich problemami, toczonymi sporami (których tłem nieuchronnie jest właśnie polskość i istota polskiego patriotyzmu), z humorem i dystansem; niekiedy jednak to zwierciadło jest krzywe, pełne ironii i sarkazmu.
"Z pytania o patriotyzm powstał zaskakująco mocny zbiór współczesnej realistycznej prozy"
- konstatuje Agnieszka Graff, autorka recenzji na tylnej okładce książki. Trudno się z nią nie zgodzić.

Nie pytaj o Polskę, Wydawnictwo AMEA, Warszawa 2009

niedziela, 25 kwietnia 2010

:: Piąta strona świata :: Kazimierz Kutz

Jak już się człowiek gdzieś urodzi, to trzeba z tego czerpać, bo to jest jak statecznik pod łodzią, który nie pozwala się jej wywrócić.
Kazimierz Kutz w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"

To motto zamieszczone na okładce "Piątej strony świata", pierwszej powieści reżysera Kazimierza Kutza, wywodzącego się ze Śląska. I o Śląsku właśnie jest ta książka. Śląsku widzianym nie przez pryzmat niełatwej historii tego regionu, raz należącego do Niemiec, raz do Polski, ale przez pryzmat splotu losów najbliższych osób narratora. Dwóch jego przyjaciół, których samobójstwo pragnie wyjaśnić. Innych kolegów i koleżanek z podwórka, szkolnych ław, rodziców, krewnych, znajomych. Każda z postaci ma swoje parę pięć minut, swoje miejsce na scenie, pojawia się, zostaje oświetlona światłem reflektora, a potem odchodzi w cień (czasem jednak jeszcze padnie na nią jakaś poświata czy odblask).



Technika narracji przywodzi mi tutaj na myśl Wiesława Myśliwskiego i jego genialny "Widnokrąg", w którym również oglądamy losy ludzkie z różnych perspektyw, to bliższej, to dalszej, to oddalamy się od postaci, to podchodzimy do nich bliżej, zataczając mniejsze i większe kręgi. Jednak, podczas gdy u Myśliwskiego narracja jest wolna, pozwala na przyjrzenie się tak scenerii, jak też i występującym w niej ludziom, o tyle u Kutza na pierwszym planie znajdują się zdecydowanie ludzie i ich skomplikowane, nierzadko bolesne historie, toczące się wartkim biegiem. Zdania są krótkie, dynamiczne. Zachwyca umiejętnie wpleciona gwara - mówią nią nie tylko postaci, gwarowymi zwrotami posługuje się także sam narrator.

To, co wyróżnia powieść Kutza, jest również jej słabością. Wielość bohaterów, przedstawionych z taką samą precyzją i dokładnością, powoduje, że trudno jest ich wszystkich zapamiętać, jak również trudno jest zapamiętać powiązania między nimi. Trudno powiedzieć, kto ma być na pierwszym, kto na drugim planie. Sam narrator, chociaż pierwszoosobowy, pozostaje postacią nader tajemniczą - możemy sobie częściowo odtworzyć jego losy, jednak zbyt wiele pozostaje niewiadomych, o wiele więcej niż w przypadku opisywanych przez niego postaci. Trudno powiedzieć, czy wyjaśnienie śmierci przyjaciół i tajemnica rodzinna, którą przekazuje mu jego matka, w jakimś stopniu go zmieniają. Pozostaje niewidoczny, chociaż ten sposób narracji domagałby się właśnie skupienia uwagi na opowiadającym historię.

Kazimierz Kutz, "Piąta strona świata", Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

wtorek, 20 kwietnia 2010

:: Wierzenia mazurskie :: Max P. Toeppen

Gałązka urwana z brzózki stojącej przy ołtarzu na Boże Ciało, chroni domostwo przed burzą. Jęczmień na oku znika, potarty trzy razy złotą obrączką, znika. Jeśli wiosną po raz pierwszy słyszy się kukułkę, a ma się przy sobie pieniądze, nie zabraknie ich przez cały rok. Z tego rodzaju wierzeniami spotkałam się w dzieciństwie i nadal mają się one mocno, do tego każdy region ma swoje (na przykład warszawiacy wierzą, że stawianie torebki na ziemi powoduje "uciekanie" pieniędzy).

Wierzenia z Warmii i Mazur, w 1866 r. zebrał i opisał w swojej książce nauczyciel z Olsztynka, Max P. Toeppen, który w wolnych chwilach poświęcał się badaniom etnograficznym. Książka "Wierzenia mazuskie" jest jednym z ich owoców. Dwa lata temu wznowiła ją Moja Biblioteka Mazurska z Dąbrówna. Wzbogacona zdjęciami Mieczysława Wieliczko, mojego ulubionego fotografika specjalizującego się w fotografii krajobrazowej regionu (drugim jest Zbyszek Kraśnicki, który za główną inspirację obrał Warmię), jest fascynującą lekturą. Przede wszystkim - bo pokazuje lud, który w obliczu egzystencji zależącej w dużej mierze od kapryśnej pogody czy od chorób, których przyczyny wówczas jeszcze nie są znane (a lekarze traktowani z ogromną nieufnością, w przeciwieństwie do zamawiaczy i czarowników), próbuje tę niepewność obłaskawić. Lud ten próbuje wytłumaczyć sobie różne zjawiska działaniem sił nadprzyrodzonych - za nagłe wzbogacenie się odpowiada kłobuk, topniki z kolei przyczyniają się do utonięć ludzi w licznych tutaj jeziorach. Lud opowiada sobie także różne niesamowite historie. W XIX wieku nie ma jeszcze telewizorów, w związku z tym kultura bazuje zarówno na przekazach ustnych. Są to zarówno przeróbki baśni znanych w całej Europie, jak też lokalne historie, które stopniowo obrosły w fantastyczne szczegóły, jak opowieść o dwóch parach w Kalu, które zorganizowawszy sobie w czasie burzy libację w ustronnym domku poza wsią, zginęły od porażenia pioruna.



Toeppen cytuje też szeroko kolportowane w końcu ubiegłego wieku pismo "Jakuba Turowskiego klucz do bardzo ważnych tajemnic", które prezentuje wybrane formuły zamawiania, zawiera nieco numerologii (spis dni szczęśliwych i nieszczęśliwych) oraz astrologii (charakterystyka osób urodzonych w poszczególne dni tygodnia), wróżby dotyczące "dwunastek" czyli dni między Bożym Narodzeniem a Objawieniem Pańskim, a także przepowiednie dotyczące przyszłych losów Europy. Można pokiwać głową z politowaniem, że mieszkańcy Mazur z końca XIX wieku byli aż tak zabobonni. Wcale nie mniej od nas. Wiele z ich przekonań podzielanych jest nadal, tak samo, jak popularne pisma chętnie drukują horoskopy, wróżby czy domowe sposoby na wszelkie choroby. Jedynie zamawiaczy i czarowników na Warmii już nie ma...

Max P. Toeppen, "Wierzenia mazurskie", Moja Biblioteka Mazurska, Dąbrówno 2008.

piątek, 16 kwietnia 2010

:: Prowincja pełna gwiazd :: Katarzyna Enerlich

Tendencja, którą dałoby się określić, jako "życie zgodne z naturą" lub też "powrót na wieś", jest dość dobrze widoczna w blogosferze. Sama czytam kilka takich blogów, których autorzy są właścicielami chat lub domostw, dzielący się swoją codziennością. To samo dzieje się w literaturze. Zaczęło się od debiutu Małgorzaty Kalicińskiej, "Dom nad rozlewskiem", która umieściła opowiadaną przez siebie historię w gospodarskie pod Pasymiem. Chociaż dla Kalicińskiej nieistotna jest sceneria opowiadanej historii - mogłaby się ona zdarzyć tak naprawdę gdziekolwiek w Polsce - pisarka znalazła naśladowców. W jej ślady idzie Katarzyna Enerlich, która właśnie wydała drugą część przygód Ludmiły Gold, toczącą się w scenerii Mrągowa i okolic, "Prowincja pełna gwiazd" (pierwsza część cyklu nosi tytuł "Prowincja pełna marzeń"). Enerlich nie kryje zresztą swojej fascynacji Kalicińską - jej książki są wzmiankowane w obu częściach jako ulubiona lektura głównej bohaterki.



Chociaż tzw. literatura kobieca (a zwłaszcza modna w niej ostatnio koncepcja "mądrej wiedźmy" - kobiety, która ufa przede wszystkim swoim emocjom, jednak czasem kosztem niepotrzebnego komplikowania swoich relacji z innymi) nie jest moim ulubionym obszarem czytelniczym, podoba mi się w książkach Enerlich to, że potrafi w nich uwzględnić właśnie lokalną specyfikę i wpleść charakterystyczne miejsca i ludzi. Jest i Pałac Nakomiady (tu ciekawostka osobista: jego właściciel jest bratem jednej z moich byłych szefowych i z wybitną pomocą moich niemieckich przyjaciół pisałam mu kiedyś mowę powitalną dla byłego niemieckiego właściciela pałacu), jest i sympatyczna galeria z przedmiotami użytku domowego z Ruszajn (na strony której sama chętnie zaglądam), są i książki ze starymi pocztówkami z Mazur (które tak samo jak bohaterka powieści lubię oglądać), i wzmianka o Ernście Wiechercie, również moim ulubionym mazurskim pisarzu czy o stowarzyszeniu ratującym aleje drzewne, jest szersze odniesienie do relacji polsko-niemieckich. Podoba mi się też widoczny talent scenopisarski - płynna, wciągająca akcja, panowanie nad skomplikowaną fabułą (momentami jednak zbyt skomplikowaną - bohaterka okazuje się pochodzić z żydowskiej rodziny, a do tego jeszcze jest żoną Niemca: nie za dużo szczęścia naraz?). Podobał mi się sposób pokazania wątków narodzin dziecka i śmierci teściowej głównej bohaterki. Ogólne wrażenie jest takie, że część druga jest bardziej dopracowana, a przez to lepsza od części pierwszej (w przeciwieństwie do Kalicińskiej - kolejne części "Rozlewiska" sprawiały wrażenie napisanych w dużym pośpiechu).

Nie podoba mi się tłumaczenie się narratorki z tego, że jej wyborem było pozostanie w rodzinnych stronach; w książce kilkakrotnie powtarzają się też opisy spokojnego wiejskiego życia, skontrastowanego z pełnym pośpiechu życiem w mieście, które jak dla mnie były po prostu irytujące. Tymczasem dzięki internetowi i samochodom te różnice obecnie naprawdę mocno się zacierają: ludzie z mniejszych miejscowości są w stanie docierać na wydarzenia z zakresu kultury wyższej, są w stanie kupować sobie aktualne nowości książkowe czy być na bieżąco ze światem, tak samo, jak miastowi posyłają swoje dzieci na dobre studia czy na zajęcia dodatkowe. Mam porównanie: sama pochodzę z małej warmińskiej wsi, w której regularnie bywam, na co dzień mieszkam w największym mieście w Polsce. Ani prowincja nie jest taka sielankowa, ani miasto nie jest tak beznadziejne, jak chciałaby Ludmiła Gold.

Katarzyna Enerlich, Prowincja pełna gwiazd, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010.

wtorek, 13 kwietnia 2010

szok

co innego, gdy śmierć już jest zapowiedziana przez chorobę, gdy czuje się jej milczącą obecność, a co innego, gdy zdarza się nagle. nie można zrozumieć, nie da się objąć tego rozumem. są tylko emocje. wyobrażam sobie, jak bardzo muszą cierpieć rodziny ofiar sobotniej katastrofy. jak bardzo bolesne są i będą dla nich wszystkie procedury dobitnie przypominające o tym, że tego kogoś już nie ma. jak trudne będzie usunięcie numerów z listy kontaktów w telefonie i uporządkowanie rzeczy. ile razy będą jeszcze łapać się na tym, że chcą zadzwonić, pogadać, poprosić o radę. ile będzie natrętnych myśli, przypominających o tym, czego nie zdążyliśmy w związku ze zmarłym zrobić lub powiedzieć, a gdzie z kolei posunęliśmy się za daleko. ile pojawi się smutku, że tego czy owego ta osoba z nami już nie przeżyje. jak trudno będzie powstrzymywać się od łez w każdej sytuacji, która uruchomi wspomnienia o tych, których już tutaj nie ma, a kiedy nie będzie można tak po prostu się rozpłakać. ile pojawi się pytań i wątpliwości związanych z wiarą w przypadku tych wierzących. niełatwy to czas. niełatwe uczucia. trudno cokolwiek powiedzieć. może po prostu trzeba milczeć i być.

wtorek, 6 kwietnia 2010

::Święta Warmia :: Szymon Drej



Moim znajomym z innych części Polski wydaje się bowiem, że Olsztyn leży na Mazurach. Ciągle cierpliwie tłumaczę, że to nie są Mazury, tylko Warmia. Kto chciałby zrozumieć skomplikowane dzieje historyczne, które są tego przyczyną, powinien sięgnąć właśnie po książkę Szymona Dreja "Święta Warmia".

Drej opisuje losy krainy poczynając od najdawniejszych czasów, gdy zamieszkiwały ją liczne pruskie plemiona, poprzez podbój Krzyżaków i ich rywalizację z biskupstwem warmińskim powiązanym z Polską, sekularyzację Prus i zabór pruski, następnie plebiscyt po I wojnie światowej przegrany przez polską stronę, aż po zdawkowe wzmianki o współczesności. Można z tej książki dowiedzieć się wielu interesujących szczegółów. Między innymi tego, że polskojęzyczni Warmiacy byli potomkami imigrantów z Królestwa Polskiego, a na skutek izolacji od reszty polskich ziem ich gwara zachowała elementy charakterystyczne dla XVI-wiecznego języka polskiego. Ich poczucie więzi z Polską było jednak dość mgliste, do czasu objawień gietrzwałdzkich w 1877 r. Objawienia, spowodowawszy napływ pielgrzymów z Polski, umocniły więź Warmiaków z Polską i przyczyniły się do rozwoju polskiego ruchu niepodległościowego na tych ziemiach.

Książka zwraca też uwagę na drobne, a charakterystyczne dla Warmii szczegóły. Czy wiecie, że przy niektórych warmińskich kapliczkach znajduje się sygnaturka: mały dzwonek służący do zawiadamiania mieszkańców wsi o godzinach modlitw pod kapliczką oraz o ważnych wydarzeniach (np. śmierci)? Ja nie wiedziałam. Nie zwracałam nawet uwagi na sygnaturki. Ani na to, że na Warmii jest szczególnie dużo kapliczek, więcej, niż w innych regionach kraju. Wydawały mi się naturalnym, a przez to niezauważalnym elementem krajobrazu. Tymczasem w samej mojej rodzinnej wiosce jest ich co najmniej sześć.

Autem książki jest też staranne wydanie i duża ilość ilustracji oraz zdjęć. Przyjemnie się ją czyta, ale też i ogląda - odpowiednim fragmentom tekstu towarzyszą fotografie warmińskich kapliczek, kościołów, pamiątek kultury materialnej, krajobrazów, portretów znanych postaci czy dokumentów.

Szymon Drej, Święta Warmia, Pracownia Wydawnicza ElSet, Olsztyn 2007

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

:: Mozaika rodzinna :: Maria Diatłowicka ::



Wielokrotnie próbowałam sobie wyobrazić życie moich kresowych i kaszubskich przodków. Jakie było ich życie codzienne, jak układały się ich losy - jednak nie pozostaje mi nic innego, jak zaledwie garstka wspomnień przekazanych przez nieżyjących już Dziadków i Tatę czy barwne historie mojej Mamy.

Tym bardziej zazdroszczę Marii Diatłowickiej, autorce "Mozaiki rodzinnej", tak dogłębnej znajomości losów swojej rodziny. Jestem też świadoma ogromu pracy, jaki autorka włożyła w tę książkę, spotykając się z dalekimi krewnymi i gromadząc wspomnienia na temat protoplastów rodu, które złożyły się na jej wielowątkową i barwną opowieść o tym jak potoczyły się losy potomków niemieckiego rzemieślnika, Johanna (później Jana) Reiffa, który w pierwszej połowie XIX wieku osiadł w Warszawie. Losy niejednokrotnie skomplikowane i pogmatwane, chociażby przez to, że rodzina, choć świadoma swoich niemieckich korzeni i ewangelicka, jak przystało na Niemców, równocześnie w pełni utożsamiała się z polskością i Polakami.

Poza skrupulatnym odnotowaniem biegu życia poszczególnych osób, Diatłowicka, zgodnie ze swoim socjologicznym wykształceniem, nie stroni też od szerszych charakterystyk społeczeństwa - czy są to warszawscy mieszczanie przełomu wieków czy społeczeństwo okupowanej Warszawy - które stanowią szersze tło opisywanych historii. To znakomicie ułatwiało pracę wyobraźni, jeśli chodzi o przedstawienie sobie, jak mogło wyglądać życie codzienne. Momentami ten dystans wydawał mi się jednak zbyt duży - jak na przykład w opisach wielotygodniowych pobytów mężczyzn z warstwy mieszczańskiej poza domem (który to czas był poświęcany na dość mało wyszukane rozrywki) oraz frustrację ich małżonek. Tu aż prosiłoby się zająć zdecydowane stanowisko - które autorka zresztą niejednokrotnie przyjmuje, opisując postawy swoich krewnych wobec ważnych wydarzeń historycznych targających Polską XX wieku. Tymczasem Diatłowicka tłumaczy panów, a pomija niewątpliwe cierpienie i frustrację ich małżonek.

Dzięki książce Diatłowickiej poznałam również kawałek fascynującej historii związanej ze znanymi mi miejscami współczesnej Warszawy, jak na przykład siedzibą Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Nie byłam świadoma, że to z tego budynku strzelano do namiestnika carskiego Berga, i to właśnie tutaj Rosjanie w ramach odwetu na mieszkańcach kamienicy zniszczyli pamiątki po Fryderyku Chopinie (w tym znany z wiersza Norwida fortepian). Nie byłam świadoma dwuznacznej sytuacji związanej z karuzelą przy getcie - choć korzystanie z niej było potępiane, równocześnie służyła jako miejsce przerzutowe organizacji pomagającym Żydom.

To, czego mi najbardziej brakowało, a co niewątpliwie mogłoby być dużym atutem książki i ułatwiło orientację w niej, to nagłówki stron przypominające, w którym miejscu drzewa genealogicznego aktualnie się znajdujemy. Historii zebranych w książce jest mnóstwo. Imiona się powtarzają. Szybka orientacja jest niemożliwa. Wprawdzie książka zawiera dołączony rysunek drzewa genealogicznego, ale jest on tak duży, że trudno go często składać i rozkładać.

Książka Diatłowickiej stała się też dla mnie inspiracją. Aby uzupełnić własne drzewo genealogiczne, w tej części, która jest jeszcze nieskończona i aby nadal spisywać rodzinne opowieści. Sprezentowałam też mojej Mamie gruby zeszyt i zachęcam ją, aby przelała swoje historie na papier...

Maria Diatłowicka, Mozaika rodzinna, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2009