czwartek, 20 stycznia 2011

Pies Kuba potrzebuje Waszej pomocy

Tym razem notka całkowicie niezwiązana z tematem książek. Otóż jest zwierzę, które potrzebuje Waszej pomocy. To pies Kuba - ktoś podpalił jego kojec, zwierzę cudem przeżyło, jest bardzo mocno poparzone.


Koszty jego leczenia są ogromne - dlatego liczy się każda złotówka. Ja już wysłałam przelew. Zachęcam do zrobienia tego samego. Dane fundacji, która zbiera pieniądze na Kubę, to:
Fundacja Ochrony Zwierząt i Ochrony Polskiego Dziedzictwa Przyrodniczego "Mrunio"
organizacja pożytku publicznego
KRS 0000261716
Jaszkowa Dolna 38F,
57-300 Kłodzko
Bank PEKAO S.A I O. w Kłodzku
rachunek: 85 1240 1965 1111 0010 1171 6801


Historię Kuby znajdziecie na stronach:
1. Weterynarz radzi
2. Oto Wrocław - artykuł 1, artykuł 2
3. Fundacja Mrunio
Proszę, przyłączcie się i podajcie informację dalej. Z góry Wam dziękuję.

Update, 22 stycznia 2010
Kuba potrzebuje materaca przeciwodleżynowego
Najnowsze informacje z kliniki
Założyłam wydarzenie na Facebooku "Pomóż w leczeniu poparzonego psa Kuby" - proszę dołączcie i zaproście Waszych znajomych!
Tag dla blipowiczów: #pieskuba

niedziela, 16 stycznia 2011

Good night, Dżerzi - Janusz Głowacki

Ta książka jest już na liście książek, które zdaniem "Polityki", warto mieć przeczytane, bo będzie się o nich mówić "w towarzystwie". Za towarzystwo na tej liście ma nie mniej kontrowersyjną biografię Ryszarda Kapuścińskiego, również wydaną w zeszłym roku. Chociaż "Good night, Dżerzi" nie jest ściśle biografią pisarza, a raczej powieścią biograficzną i to napisaną w dość ciekawy sposób. Narrator, Dżanus, znajomy Kosińskiego, opisuje próbę stworzenia scenariusza do filmu o pisarzu, a w jego narrację powplatane są próby opisu Kosińskiego oczami otaczających go innych (w tym kobiet, jak zafascynowanej nim Maszy), zapisy rozmów o Kosińskim i ich teksty, wspomnienia (prawdziwe czy zmyślone?) samego pisarza tworzące różne wersje jego biografii. To próba zlepienia w całość posiadanych, fragmentarycznych i bardzo niejednoznacznych informacji o wydarzeniach dziejących się bezpośrednio przed samobójczą śmiercią Kosińskiego. Kolejne romanse, rozgrywane według tego samego schematu, narkotyki, ryzykanckie zachowania, niesmaczne dowcipy płatane przyjaciołom, wspomnienia i kłamstwa na temat własnej biografii, na koniec - demaskatorskie artykuły pojawiające się coraz częściej w amerykańskiej prasie i zwiększone zainteresowanie mediów, aż po tragiczny finał.



Książka, jak dla mnie, niebanalna. Pamiętam lata 90. i zwiększone zainteresowanie Jerzym Kosińskim w Polsce - zaczęto wydawać jego książki. Nie pamiętam natomiast krytycznych publikacji na jego temat; wydaje mi się, że "Czarny ptaszor" Joanny Siedleckiej, książka odkłamująca zmyśloną biografię pisarza, wyszła kilka lat później. Potem było już cicho. Temat powrócił teraz, za sprawą książki Głowackiego. Kim był Jerzy Kosiński i jaka była prawda na jego temat? Czy pisał swoje książki sam, czy też korzystał z wynajętych skrybów, przenoszących jego pomysły na papier? Czy losy jego postaci literackich nie były czasem formą zemsty na rzeczywistych, znanych mu osobach? Co przyciągało do niego ludzi, zwłaszcza kobiety, które, jak pokazane w powieści Jody lub Masza, mimo, że stawiały mu opór, jednak mu ulegały i stawały się jego gorliwymi wyznawczyniami? Głowacki stawia pytania, jednak nie daje odpowiedzi. Równie dobrze możemy je postawić sobie my, czytelnicy (a przyznaję, że przeczytałam wszystkie jego książki w czasach licealnych, kiedy to intensywnie eksploatowałam biblioteczkę mojej siostry i jej męża). Dlaczego zło (niekiedy wręcz czyste zło) pokazane w jego książkach, tak nas fascynowało i przyciągało? Dlaczego tak intrygował nas sam Kosiński i jego barwna oraz niekoniecznie zgodna z rzeczywistością, biografia?



Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki, Warszawa 2010.
Strona książki tutaj, a z kolei tutaj wywiady z autorem na YouTube.

Z najwyższej półki - nowa audycja o książkach w Trójce

W mojej ulubionej Trójce pojawi się nowa audycja poświęcona nowościom, zapowiedziom i wznowieniom książkowym, która będzie też gościć młodych pisarzy - taką informację znalazłam dzisiaj na Fejsbuku. Audycję prowadzi Michał Nogaś. Pierwszy odcinek dzisiaj o 19:05, kolejne co miesiąc w niedzielę o tej samej porze.

Na dzisiaj autorzy zapowiedzieli:
- rozmowę z Łukaszem Saturczakiem, 24-letnim debiutantem, autorem powieści "Galicyjskość" (książka przypomina o trudnej historii południowo-wschodnich terenów Polski);
- rozmowę z wnukiem Rafała Wojaczka, Radkiem Janusem, które opowie o właśnie wydanej (po raz pierwszy bez ingerencji cenzury) powieści dziadka – "Sanatorium";
- rozmowę z Martą Mizuro o pierwszej w 2011 roku książce z serii "Reportaż" pod patronatem Trójki - "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa" francuskiego reportera Jeana Rolina. To opowieść o "feralnych", bezdomnych i zdechłych psach.

Mole książkowe - do radioodbiorników! :)

Więcej informacji o audycji na stronie Polskiego Radia.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Prezent dla mola książkowego

Mam świra na punkcie komiksów. Zaglądam na Harold's Planet, jestem fanką Kota Simona, XKCD i PHD Comics. Może dlatego, że lubię słowo pisane, ale też dobrą kreskę. W wieku -nastu lat próbowałam nawet tworzyć własne. Kto wie, może kiedyś jeszcze do tego wrócę. A na razie oglądam w sieci cudze.

Kiedy siostra spytała mnie, co chcę w prezencie z potrójnej okazji (obrona, urodziny, święta), pomyślałam o czymś z Anglii, czego nie można dostać w Polsce. Tak przyszły mi na myśl komiksowe gadżety i w sklepie internetowym wyszperałam zakładki do książek Harold's Planet. Jak dla mola książkowego liczyły się tylko dwie - "Książek nigdy za dużo":


i "Tak wiele książek, tak mało czasu":

Obie dostałam (za co jeszcze raz dziękuję mojej siostrze). Są trwałe i estetycznie wykonane, więc pewnie posłużą mi wiele lat.

Zdjęcia zakładek pochodzą stąd.

niedziela, 9 stycznia 2011

:: Daleki kraj :: Petra Reski

Znana niemiecka korespondentka, Petra Reski, tym razem odbywa podróż do kraju swoich dziadków ze strony matki - Prus Wschodnich, a właściwie ich kawałka, Warmii i podolsztyńskiej wsi Ruś. Efektem jest książka "Daleki kraj", opublikowana w Niemczech w 2000 roku, w Polsce natomiast osiem lat później.

Książka jest zapisem z pobytu Reski w Rusi, a bieżąca akcja - rozmowy z Warmiaczkami pamiątającymi jeszcze jej dziadków i ojca, przeplatana jest wspomnieniami rodzinnymi. Reski próbuje przypomnieć sobie wszystko, co wiąże się z jej dziadkami i ich utraconą, a ukochaną ojczyzną, i konfrontuje to z obecnym życiem we wsi Ruś widzianym oczami kilku starych kobiet. Próbuje też oddać kłopoty z tożsamością Warmiaków, nie czujących się do końca ani Niemcami, ani Polakami i posługujących się własnym dialektem - mieszaniną obu języków. W efekcie powstaje ciekawa książka. Czytając, próbuję sobie wyobrazić, czy dzieci moich rówieśników z klasy, którzy wraz z rodzicami wyemigrowali do Niemiec w latach 80.-90., tak samo jak Petra, wyruszą w podróż śladami ich bliskich? Czy tak samo, jak Petra, przeżyją niemiłe zaskoczenie, gdy zamiast rozległych krajobrazów, zobaczą nowoczesne budownictwo?


Książka jest dobrze napisana. Pod pozorną surowością języka rejestrującego kolejne zdarzenia, dialogi i wspomnienia, kryje się cała głębia emocji. Zwroty językowe, które i ja znam z dzieciństwa, zostały umiejętnie wplecione w tekst, pojawiają się i w dialogach, i w mowie pozornie zależnej, gdy narratorka oddaje swój głos prezentowanym przez siebie postaciom. Reski udało się też pokazać moment, gdy jej dziadkowie odchodzą, a to ona sama musi zdecydować, ile weźmie i zachowa z ich dziedzictwa.

Petra Reski, Daleki kraj, Wydawnictwo Borussia, Olsztyn 2008.

czwartek, 6 stycznia 2011

:: Spiski :: Wojciech Kuczok

Ciekawymi dokumentami poczynań poszukiwaczy skarbów pozostały, zachowane do dzisiaj, rękopiśmienne "spiski" - czyli po prostu teksty spisane (...) Były przedziwnym konglomeratem praktycznych wskazówek, dotyczących poruszania się w terenie górskim, oraz fantastycznych opisów i tekstów magicznych. Jacek Kolbuszewski, Odkrycie Tatr

Ten cytat, umieszczony na samym końcu najnowszej książki Wojciecha Kuczoka, "Spiski. Przygody tatrzańskie", doskonale charakteryzuje jej zawartość. Znalazło się w niej pięć opowiadań, które za sprawą miejsca akcji, postaci narratora oraz innych bohaterów łączą się zgrabnie w całość. W pierwszej z tych historii katowicki chłopak jedzie na wakacje z rodzicami do jednej z podtatrzańskich wsi, w kolejnych do tej wsi powraca. Za każdym razem przeżywa inną przygodę - a to próbuje uczyć swoich góralskich rówieśników gry w piłkę, a to poznaje pilnie strzeżoną lokalną tajemnicę, a to pośredniczy między parą zakochanych, a to próbuje ratować ojca przed zemstą górali za rzekomy zły urok czy w końcu chce przywrócić ojcu radość życia.



To, co rzeczywiste, miesza się z tym, co nierzeczywiste, prawda (chociażby znajomość lokalnych zwyczajów czy środowiska taterników) łączy się ze zmyśleniem, a wszystko to podlane jest sporą dawką humoru. Wyobraźcie sobie chociażby sytuację, w której górale piorą się krowimi plackami, zapach kobiecych feromonów ściągający do wsi misiołaka (istotę będącą połączeniem człowieka z niedźwiedziem), gazdów przestrzegających swoich synów przed współżyciem z owcami, gdyż rzekomo mają one zębate pochwy... Jedno z opowiadań, w którym mowa jest o lokalnej tajemnicy, która w końcu okazuje się orgią w oparach mgły, wydaje się zapożyczać ten wątek z Nienackiego (tak, Zbigniew Nienacki, autor popularnego "Pana Samochodzika", napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", gdzie wiejska orgia była jednym z głównych wątków). Dawno już się tak nie śmiałam podczas lektury.

Do tego książka jest znakomita pod względem warsztatowym - widać, że Kuczok świetnie odnajduje się w tej formie literackiej, jaką jest opowiadaniem, do tego umiejętnie posługuje się pastiszem, groteską, hiperbolą czy stylizacją językową. Prawdziwa perełka. Liczę na to, że ten rok przyniesie kolejne.

Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.

piątek, 31 grudnia 2010

2010

71 książek - nie licząc tych religijnych i psychologicznych (których nie ma w spisie w pasku) oraz książek branżowych (czasem recenzowanych na moim blogu zawodowym, głównie jednak czytanych bardzo naprędce, ze względu na prace nad doktoratem). W tym roku nieodmiennie moimi ulubionymi pisarzami pozostają Mario Vargas Llosa, Orhan Pamuk, Michał Olszewski, Andrzej Stasiuk, Trudi Canavan, z religijnych Tomas Halik, z psychologicznych Pia Mellody. Odkrycia: Antoni Kroh, Joanna Bator, Mariusz Szczygieł, z psychologicznych Eva-Maria Zurhorst. Do tego opracowania na temat mojej rodzinnej Warmii, gdzie najbardziej doceniam Jana Chłostę i albumy wydawnictwa Borussia. A także albumy wydawane przez warszawski Dom Spotkań z Historią, które pokazują, że historia nie musi być tylko nudnym zbiorem dat, a składa się z losów pojedynczych ludzi.
Nie wszystkie książki byłam w stanie zrecenzować na blogu, ze względu na intensywne prace nad doktoratem. Na szczęście ten został zakończony i obroniony, co oznacza, że będzie więcej czasu na czytanie :) Czego Wam również w nadchodzącym roku życzę.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

::.. a życie toczy się dalej :: Edward Cyfus

Wielu moich znajomych myśli, że Olsztyn leży na Mazurach. Ale to taki sam błąd, jakby powiedzieć, że Warszawa leży na Podlasiu. Ci, którzy są stąd, czują różnicę, chociaż nie zawsze wiedzą, skąd się ona wzięła.

Dla przypomnienia, Warmia to historyczna kraina na terenie obecnego województwa warmińsko-mazurskiego, ziemie dawnego biskupstwa warmińskiego (więcej plus mapki na Wikipedii). Wcześniej powiązana z Zakonem Krzyżackim, od 1466 roku, z Królestwem Polskim. Jej gwara przypomina mowę polską z XVI-XVII wieku, kiedy to była kolonizowana przez przybyszów z Mazowsza i Kujaw. Gdy Prusy (i należące do nich Mazury) uległy sekularyzacji w wyniku postępów reformacji, Warmia pozostała katolicka. W 1772 roku, podczas I rozbiorów Polski, dostała się pod pruskie panowanie i pozostała pod nim aż do zakończenia II wojny światowej. Stąd obecność w gwarze warmińskiej licznych niemieckich słów. Jednak jej obszar, w przeciwieństwie do Mazur, zamieszkiwała głównie ludność polskojęzyczna. Czasy wojenne i powojenne mocno zmieniły skład ludnościowy tych ziem - bardzo dużo Warmiaków wyjechało do Niemiec, na ich miejsce przyjechali z kolei mieszkańcy Kresów czy osoby przesiedlone w ramach akcji Wisła.

Książka Edwarda Cyfusa to fabularyzowana trzyczęściowa opowieść o losach najbliższych autora - dziadków, rodziców oraz jego samego i jego rodziny. Pierwszoplanową postacią jest babcia, Lyjnka (później Helenka), z której perspektywy oglądamy wiek XX na Warmii (i nie tylko na Warmii). W pierwszym tomie Lyjnka jest dzieckiem warmińskich gospodarzy ze wsi Wymój. Uczy się w miejscowej szkole, pomaga rodzicom w gospodarstwie. Jako nastoletnia panna zostaje wzięta w niewolę przez Rosjan-wyzwolicieli (Warmiak jest dla nich Niemcem) i przebywa przez ponad rok w obozie na Ukrainie. Po wielu perypetiach uda jej się jednak wrócić na rodzinną ziemię. Nie wiem, co jest w tomie drugim, gdyż tego mi właśnie brakuje, natomiast w trzecim Helenka jest już mężatką mieszkającą w Barczewie, matką kilkorga dzieci, następnie emigrantką w Niemczech, dokąd udaje się wraz ze swoim mężem.


Edward Cyfus umie opowiadać historie i dobrze się je czyta. Poza losami pojedycznych osób, stara się nakreślić szersze tło - tłumaczy zwyczaje i obrzędy, rolę poszczególnych przedmiotów w gospodarstwie czy domostwie. Niektóre dialogi pisane są gwarą warmińską, dzisiaj zupełnie już nieznaną w tych stronach - Edward Cyfus jest zresztą niestrudzonym jej piewcą, prowadząc audycje w Radiu Olsztyn czy pisząc teksty gwarą dla lokalnych gazet.

Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie też, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich trzech pokoleń. Moi pradziadkowie z obu stron gospodarzyli na Kaszubach i na Kresach, podobnie jak dziadkowie Edwarda Cyfusa (pisarz jest z pokolenia moich rodziców). Kolejne pokolenie odeszło od gospodarzenia, podejmując pracę w usługach czy instytucjach publicznych, a niektórzy podejmowali nawet wyższe studia. W moim pokoleniu wyższe wykształcenie stało się jeszcze bardziej powszechne, a w przypadku co zdolniejszych dzieci, wyższe studia stały się wręcz standardem. Gospodarzących na roli jest z kolei coraz mniej, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy premiowane są raczej duże niż małe gospodarstwa.

Kolejna trudna sprawa, to tożsamość i sytuacja samych Warmiaków. Pierwsze rozczarowanie przeżyłam, gdy dowiedziałam się, że chociaż urodziłam się na tych ziemiach, to moja rodzina nie jest stąd. A kto to jest Warmiak, pytałam. Mama podawała mi przykłady osób z naszego najbliższego otoczenia - dziadków koleżanek (chociażby ten dziadek, który kazał mówić na siebie swoim wnukom "Opa") czy swoich dawnych uczniów, w większości przebywających w Niemczech. Ale dlaczego zostawili swój kraj i wyjechali? To mi długo nie dawało spokoju. Mój tata tłumaczył to chęcią polepszenia sobie warunków życia - w Niemczech w końu żyło się na wyższym poziomie. Kaszubi nie dali się tak łatwo zgermanizować, złościł się. Jednak sytuacja wcale nie była taka prosta, jakby chciał. Polityka PRL-owskich władz, która miała na celu wyrugowanie różnic lokalnych, a z dawnych obywateli państwa niemieckiego uczynienie ludzi drugiej kategorii. Napływowa ludność nieufnie nastawiona do miejscowych, do ich gwary i zwyczajów. To wszystko spowodowało kolejne fale wyjazdów, ostatnią w okolicach 1990 roku. Ci, którzy wyjechali, często wracają. Nawet osoby z mojego pokolenia - do tej pory pamiętam rozdarcie mojego kolegi, który wywieziony z Polski w wieku 11 lat nie może odnaleźć się ani w Niemczech ani w kraju rodzinnym, który często odwiedza; ani tu, ani tu nie czuje się do końca u siebie. Emigranci zachłystywali się niemiecką stopą życiową, wyższym poziomem rozwoju cywilizacyjnego - a potem odkrywali, że mimo wszystko ciągnie ich w dawne strony.

Nie wiem, jak teraz uczy się w szkołach podstawowych czy liceach na Warmii o Warmii, ale za moich czasów edukacja dotycząca lokalnej kultury czy historii po prostu leżała. W podstawówce jedyne, co znaliśmy, to kilka warmińskich pieśni, których nauczyła nas nauczycielka muzyki, Warmiaczka zresztą. W którymś momencie marzyłam nawet o odkrywaniu i opisywaniu zapomnianej historii mojej wsi. Pamiętam też wstyd, jaki przeżyłam w liceum, gdy przyszła do nas studentka ówczesnej WSP z ankietami, w których padały pytania o znanych warmińskich i mazurskich pisarzy, artystów czy kompozytorów. Potrafiłam jedynie podać Feliksa Nowowiejskiego czy Ignacego Krasickiego, to jeszcze wiedziałam, nauczycielka Warmiaczka opowiadała nam o nim. Ale Hieronim Skurpski czy Erwin Kruk - studentka po zebraniu naszych ankiet podała nam przykładowe odpowiedzi, bo ją o to poprosiliśmy, zdziwieni. Na polskim się o tym nie mówiło. Nie wiem, czy wyniki tych ankiet zostały potem wykorzystane do jakichś praktycznych celów. Wiem tylko, że zostało mi jeszcze bardzo dużo do nadrobienia. Nie ma kogo już spytać o dawną historię tych ziem, przynajmniej w mojej rodzinnej miejscowości. Na szczęście są pasjonaci tacy jak Edward Cyfus, którzy próbują ocalić od zapomnienia to, co usłyszeli i zobaczyli w swoich rodzinnych domach.

Edward Cyfus, ...a życie toczy się dalej, Elset Olsztyn, cz. 1 (2006), cz. 3 (2010).

niedziela, 19 grudnia 2010

:: Lato :: J. M. Coetzee

Czy kiedykolwiek próbowaliście sobie wyobrazić Wasze życie oczami bliskich Wam osób? Bo ja wielokrotnie wykonywałam w myślach takie ćwiczenie - co powiedzieliby o mnie moi bliżsi i dalsi krewni, przyjaciele, czy nawet przyszłe dzieci? Jak by przedstawili moje życie? Co byłoby dla nich ważne, a co zupełnie uszłoby ich uwadze?

Na takim pomyśle bazuje książka J. M. Coetzeego "Lato". To wydawałoby się, biografia samego pisarza, spisana w formie wywiadów z kuzynką, innymi kobietami jego życia czy współpracownikiem, a także pod postacią zapisków samego pisarza. Wyłania się z niej obraz mężczyzny uwikłanego w trudne relacje z ojcem, a także przeraźliwie samotnego. Kobiety opisują go jako "celibatari", skrytego i zamkniętego w sobie mężczyznę, który jest na tyle pozbawiony kontaktu z własnymi emocjami i ciałem, że nie potrafi nawiązywać bliskich związków z kobietami czy wręcz odczuwać przyjemności fizycznej. Nie umie też pokazywać swoich uczuć innym, także tym, których kocha i o których się troszczy. Niektórym jawi się wręcz jako stary i nieźle zdziwaczały kawaler, mieszkający z chorym ojcem w zapuszczonym domu w Kapsztadzie. Kolejny z galerii samotników - bohaterów Coetzee.


Kiedyś bardzo fascynowało mnie pisarstwo noblisty, zaczęłam nawet zbierać kolejne książki - ale w którymś momencie właśnie samotność jego bohaterów i ich brak komunikacji i ze sobą samym, i z otoczeniem, zwyczajnie zaczął mnie odrzucać. Po tę książkę sięgnęłam przez sentyment i przez to, że była na liście nowości w bibliotece - ale nie odkryłam w niej niczego nowego. To Coetzee jakiego znamy, choć tym razem bardziej uładzony - w tej książce jego bohater nie musi łamać obyczajowych tabu czy popełniać zbrodni, aby dopiero poczuć, że cokolwiek czuje, że żyje.

Zastanawiam się, czy "Lato" można faktycznie tak potraktować, jako autobiografię, ale nie do końca ufam pisarzowi. Zwłaszcza, że na 236 stronie sam puszcza do nas oko, każąc przemówić jednej ze swoich postaci:
A co, jeśli my wszyscy, jak pan mówi, tworzymy fikcję? Jeśli bezustannie wymyślamy historię naszego życia? Dlaczego to, co powiem panu o Coetzeem, miałoby być bardziej wiarygodne od tego, co on sam mówi o sobie?

J. M. Coetzee, Lato, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

piątek, 3 grudnia 2010

:: Zwyczajny facet :: Małgorzata Kalicińska

Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, ale czasem sięgam po nią dla rozrywki i dla odprężenia. Skoro w naszej bibliotece pojawiła się nowa książka Małgorzaty Kalicińskiej, "Zwyczajny facet", została przeze mnie szybko wypożyczona. Zwłaszcza, że już gdzieś czytałam recenzję pełną zachwytu nad tym, jak autorka wcieliła się w męskiego narratora (tak, tak, jestem bardzo podatna na wpływu marketingu książkowego). Szybko też została przeczytana.


Bohaterem a zarazem narratorem jest Wiesiek, pięćdziesięcioparoletni bezrobotny stoczniowiec, który decyduje się wyruszyć do pracy w fińskiej stoczni. Dość ma już utyskiwań żony, jednak jeszcze próbuje ją zadowolić. Przy okazji dowiadujemy się, że jego małżeństwo nie jest specjalnie udane - choć ożenił się z dziewczyną swoich marzeń, nie jest w stanie sprostać jej wygórowanym wymaganiom. Dodajmy, że Joanna jest sprytną manipulatorką. Wie, jak utrzymać męża w ryzach - fundując mu na przemian dziką i zupełnie bezsensowną awanturę, a potem okres względnego spokoju (czy nawet czułości). Wieśkowi wydaje się, że jest to zupełnie normalne, jednak z dala od żony coraz bardziej przegląda na oczy i uświadamia sobie brak prawdy w swoim małżeństwie. Tak jak umie, będzie próbował ratować sytuację. Gdy mu się to nie uda, zacznie układać sobie życie na nowo. Rzecz jasna, będzie happy end.

Warsztatowo jest poprawnie - lekki styl, nagłe zwroty akcji, szybko i dobrze się czyta. Moje zdumienie budzi jednak fakt, że autorka miała takie pretensje do autorów serialu o uproszczenie, spłycenie czy wręcz przeseksualizowanie wątków z "Rozlewiska", a równocześnie sama podąża tą drogą. Nowe znajomości Wieśka z kobietami kończą się niemal natychmiast w łóżku (bardzo serialowo-filmowa konwencja). Ale może ja się nie znam? Do tego bohater ma bardzo stereotypowe cechy, jakby wyjęte z kart książek typu "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z Wenus" (wyjątkiem jest jedynie to, że nie umie postawić się żonie). No i język. Dużo wykrzykników, trzykropków... to nie wygląda jak męski styl opowiadania. Męska proza jest jednak bardziej surowa, o seksie pisze się bardziej dosadnie, wręcz fizjologicznie (tak też się rozmawia z innymi facetami), do tego nie ma w niej tylu emocji i takiej świadomości emocji. Do tego bohater stoczniowiec, który nie jest specjalnie oczytany, a bawi się w taki wersal słowny? Mało prawdopodobne.

Małgorzata Kalicińska, Zwyczajny facet, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.