Nie ukrywam, że z radością przywitałam informację o powstaniu pierwszego outletu Empiku w Warszawie, zamieszczoną we wczorajszym newsletterze portalu Wydawca. Radość była tym większa, że outlet zlokalizowany został w Tesco na Kabatach, gdzie często robię duże zakupy. Rzecz jasna, dzisiaj na weekendowe zakupy pojechałam właśnie do Tesco...
W outlecie można kupić praktycznie wszystko to, co znajduje się w ofercie Empiku. Przede wszystkim książki. Niektóre dlatego, iż podniszczyły się podczas ekspozycji, większość zapewne dlatego, że ich rynkowy cykl życia znalazł się w fazie schyłkowej - widziałam i książki Kalicińskiej, i Tokarczuk, i innych poczytnych autorów, jeszcze w całkiem dobrym stanie. Jest sporo albumów, płyt z muzyką i filmami, artykułów papierniczych - głównie dużo zeszytów i notesów różnej wielkości, trochę materiałów malarskich (jednak głównie dziecięcych), sporo puzzli, a także pojedyncze artykuły z kolekcji okolicznościowych (pudełka, ramki na zdjęcia).
Jak sprawa wygląda cenowo. Co do książek, należy uważać, bo ceny może i są atrakcyjne... ale w porównaniu ze stałą ofertą Empiku, który jak wiadomo, jest sklepem dość drogim. Przykład. Książka Edwarda T. Halla, "Ukryty wymiar", z nacięciem na okładce, po przecenie w outlecie Empiku kosztuje 24,99 PLN, tymczasem w internetowej Księgarni Warszawa nowa kosztuje 23,81 PLN. Warszawiakom bardziej opłaca się cenowo zamawiać w tej księgarni i odbierać książki na miejscu. Kolejny przykład. "Podręcznik artysty" Simona Jenningsa po rabacie kosztował niecałe 65 pln, tymczasem w ofercie Muzy był po 59,93 PLN (na korzyść Empiku przemawia jedynie to, że książka w Muzie jest już niedostępna).
Z kolei ceny artykułów papierniczych wyglądają całkiem nieźle. Za pół ceny można kupić zazwyczaj bardzo drogie notesy Paperblanks czy teNeues z nieco tylko podniszczonymi okładkami, czy też grube zeszyty z kolekcji sezonowych Empiku. Z kolei zestaw 10 temper Koh-i-noor kupiłam za 17,49 PLN, tylko dlatego, że papierowe pudełko było przecięte (farby były nienaruszone). Ceny na Allegro zaczynają się od 16,90 PLN (podobnie będzie w plastycznych sklepach internetowych), ale tutaj trzeba jeszcze uwzględnić koszt dostawy, z którym to samo pudełko temper jest już nawet droższe niż kosztowało wyjściowo w Empiku. Czyli - prawdziwe okazje się tutaj trafiają, jednak aby móc z nich skorzystać, trzeba dobrze znać ofertę Empiku i innych księgarni czy sklepów z asortymentem, który nas interesuje.
Co do samego sklepu. Wydaje mi się, że skoro Empik firmuje go swoją marką, powinien włożyć więcej wysiłku stworzenie tego sklepu. Outlet jest po prostu kiepsko urządzony i to gorzej, niż standardowy kiosk z tanią książką stojący w mocno uczęszczanym miejscu. Aby obejrzeć dużą część produktów trzeba się schylać lub kucać - a równocześnie szerokie alejki powodują, że do outletu wchodzą zakupowicze z Tesco z dużymi wózkami. Więc, jeśli się schylasz lub kucasz - uważaj, żeby nie zostać rozjechanym. O ile ekspozycja książek w stosikach ma jeszcze sens (tytuły widać z daleka), o tyle nie ma sensu ekspozycja książek w stosikach na środku stołu (wiąże się z koniecznością kopania i robienia ogólnego bałaganu). Dobrze chociaż, że albumy i filmy są wystawione na półkach. Kompletnie nie ma natomiast sensu wykładanie płyt w stosikach na niskich szafkach - aby się dowiedzieć, co jest w stosiku, trzeba kucnąć i mocno wytężyć wzrok. I to mnie dziwi, bo gdy Empik na Marszałkowskiej robi swoją letnią wyprzedaż, ma specjalne szafki na płyty, w których są one wyeksponowane rzędami na wysokości dłoni oglądającego. Jeśli Empik chce się szybko pozbyć zalegającego niepełnowartościowego towaru, to ten outlet zdecydowanie tego nie ułatwia. No i bardzo bardzo duży minus za brak możliwości wystawiania faktur, choć w ofercie jest bardzo dużo książek profesjonalnych.
recenzje książkowe, nowości książkowe, literatura, kreatywne pisanie - i nie tylko.
sobota, 19 lutego 2011
sobota, 5 lutego 2011
:: Niedotykalny :: John Banville
Bohater ostatnio wydanej w Polsce książki Johna Banville, "Niedotykalny", Victor Maskell, robi ostatni obrachunek ze sobą. Niedawno publicznie ujawniono, że ten zasłużony historyk sztuki, opiekun królewskich zbiorów, był równocześnie tajnym współpracownikiem sowieckiej Rosji, co spowodowało pozbawienie go wszystkich dotychczasowych funkcji. Victor, schowany w domowym zaciszu, spisuje historię swojego życia - od młodych lat w irlandzkiej posiadłości, po studenckie czasy szalonych bib, dorosłości i w końcu - schyłku życia. Opisuje swoje młodzieńcze zainteresowaniu polityką i fascynacji stalinizmem. To chyba przypadłość niejednego angielskiego intelektualisty, którego lata młodości przypadły na okolice II wojny światowej - nie wiedząc o tym, co naprawdę dzieje się w bolszewickiej Rosji i do czego może doprowadzić na siłę wdrażana rewolucja, marzą o wielkich czynach i żyją mrzonkami (nie wiem, czy pamiętacie, ale za to samo krytykowałam Doris Lessing). Zresztą, po przekonaniu się na własne oczy, jak wygląda stalinizm, Victor woli fascynować się nim z bezpiecznej oddali Wysp. Jednak politykowanie z przyjaciółmi niepostrzeżenie dla niego samego zaprowadzi go w świat szpiegostwa.
Drugim istotnym nurtem opowieści jest życie seksualne Victora. Opowiada, że ożenił się z dziewczyną, w której bracie był zakochany przez całe życie, jednak porzucił rodzinę na rzecz samotniczego życia i przypadkowych kontaktów seksualnych z mężczyznami. Podobnie jak bohater filmu "Oczy szeroko otwarte", dopiero wtedy doświadcza intensywnych emocji, których nie daje mu relacja z kobietą, "czuje, że żyje". Jednak ciągle jest osamotniony, "niedotykalny". Tytuł powoduje wiele różnych skojarzeń - od hinduskiego "niedotykalnego" czyli przedstawiciela najniższej warstwy społecznej (a takim Victor się staje po publicznym ujawnieniu jego winy), po człowieka, który nie lubi być dotykany, który nie daje się dotknąć, który innymi słowy, nie pozwala wejść ze sobą w kontakt (a taki właśnie Victor jest). Ciąży mu niewyznana tajemnica jego podwójnego życia (Victor przypuszcza wręcz, że to oddaliło go od żony), nie umie nawiązać relacji z własnymi dziećmi (syna traktuje obojętnie, nalega, by żona usunęła drugą ciążę, co jednak się nie staje, do tego nie jest pewien ojcostwa - pod koniec życia dowiaduje się, że kochankiem żony był jeden z jego bliskich przyjaciół). Do tego dołącza się śmiertelna choroba. W którymś momencie Victor stwierdza wręcz, że łatwiej jest mu nawiązać relację z przedmiotem - w krytycznej dla jego życia myśli o nie o tym, co stanie się z jego bliskimi, ale o tym, co stanie się z jego ukochanym rysunkiem, "Śmiercią Seneki" Nicolasa Poussina. To zresztą istotny symbol w tej powieści - Seneka, już po wycofaniu się na starość z życia publicznego, posądzony został o udział w spisku przeciw cesarzowi. Z obawy przed śmiercią w męczarniach zadawaną spiskowcom, wolał popełnić samobójstwo.
Książki Johna Banville'a przywodzą mi na myśl prozę J. M. Coetzeego - jego bohaterowie to mężczyźni równie osamotnieni i równie niepostrzeżenie wikłający się w zło, z którego już później nie potrafią się wycofać. Ten typ bohatera kiedyś mnie pociągał, teraz coraz wyraźniej mnie odrzuca. Nie mogę się przez jakiś czas otrząsnąć z przygnębienia po takiej lekturze. A jednak sięgam - Banville świetnie pisze, tworzy wiarygodne psychologicznie, pogłębione portrety postaci. I cieszę się, że Znak go wydaje. Tutaj duży minus dla wydawnictwa - kto wpadł na to, aby wydać książkę z czcionką o rozmiarze 10 pt? Masakra. Odrzucało mnie ilekroć po nią sięgałam przez dwa tygodnie od wypożyczenia jej z biblioteki. Gdy już zaczęłam, odkładałam po przeczytaniu niewielkiego kawałeczka. Nieźle się ze sobą nawalczyłam, aby jednak skończyć lekturę. A przecież nie mam jeszcze jakiejś strasznie dużej wady wzroku...
PS. Pies Kuba zdrowieje - najnowsze aktualności znajdują się na profilu Kuby na Facebooku, prowadzonym przez lekarza współpracującego z fundacją Mrunio. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.
John Banville, Niedotykalny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
Drugim istotnym nurtem opowieści jest życie seksualne Victora. Opowiada, że ożenił się z dziewczyną, w której bracie był zakochany przez całe życie, jednak porzucił rodzinę na rzecz samotniczego życia i przypadkowych kontaktów seksualnych z mężczyznami. Podobnie jak bohater filmu "Oczy szeroko otwarte", dopiero wtedy doświadcza intensywnych emocji, których nie daje mu relacja z kobietą, "czuje, że żyje". Jednak ciągle jest osamotniony, "niedotykalny". Tytuł powoduje wiele różnych skojarzeń - od hinduskiego "niedotykalnego" czyli przedstawiciela najniższej warstwy społecznej (a takim Victor się staje po publicznym ujawnieniu jego winy), po człowieka, który nie lubi być dotykany, który nie daje się dotknąć, który innymi słowy, nie pozwala wejść ze sobą w kontakt (a taki właśnie Victor jest). Ciąży mu niewyznana tajemnica jego podwójnego życia (Victor przypuszcza wręcz, że to oddaliło go od żony), nie umie nawiązać relacji z własnymi dziećmi (syna traktuje obojętnie, nalega, by żona usunęła drugą ciążę, co jednak się nie staje, do tego nie jest pewien ojcostwa - pod koniec życia dowiaduje się, że kochankiem żony był jeden z jego bliskich przyjaciół). Do tego dołącza się śmiertelna choroba. W którymś momencie Victor stwierdza wręcz, że łatwiej jest mu nawiązać relację z przedmiotem - w krytycznej dla jego życia myśli o nie o tym, co stanie się z jego bliskimi, ale o tym, co stanie się z jego ukochanym rysunkiem, "Śmiercią Seneki" Nicolasa Poussina. To zresztą istotny symbol w tej powieści - Seneka, już po wycofaniu się na starość z życia publicznego, posądzony został o udział w spisku przeciw cesarzowi. Z obawy przed śmiercią w męczarniach zadawaną spiskowcom, wolał popełnić samobójstwo.
Książki Johna Banville'a przywodzą mi na myśl prozę J. M. Coetzeego - jego bohaterowie to mężczyźni równie osamotnieni i równie niepostrzeżenie wikłający się w zło, z którego już później nie potrafią się wycofać. Ten typ bohatera kiedyś mnie pociągał, teraz coraz wyraźniej mnie odrzuca. Nie mogę się przez jakiś czas otrząsnąć z przygnębienia po takiej lekturze. A jednak sięgam - Banville świetnie pisze, tworzy wiarygodne psychologicznie, pogłębione portrety postaci. I cieszę się, że Znak go wydaje. Tutaj duży minus dla wydawnictwa - kto wpadł na to, aby wydać książkę z czcionką o rozmiarze 10 pt? Masakra. Odrzucało mnie ilekroć po nią sięgałam przez dwa tygodnie od wypożyczenia jej z biblioteki. Gdy już zaczęłam, odkładałam po przeczytaniu niewielkiego kawałeczka. Nieźle się ze sobą nawalczyłam, aby jednak skończyć lekturę. A przecież nie mam jeszcze jakiejś strasznie dużej wady wzroku...
PS. Pies Kuba zdrowieje - najnowsze aktualności znajdują się na profilu Kuby na Facebooku, prowadzonym przez lekarza współpracującego z fundacją Mrunio. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.
John Banville, Niedotykalny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
czwartek, 20 stycznia 2011
Pies Kuba potrzebuje Waszej pomocy
Tym razem notka całkowicie niezwiązana z tematem książek. Otóż jest zwierzę, które potrzebuje Waszej pomocy. To pies Kuba - ktoś podpalił jego kojec, zwierzę cudem przeżyło, jest bardzo mocno poparzone.

Koszty jego leczenia są ogromne - dlatego liczy się każda złotówka. Ja już wysłałam przelew. Zachęcam do zrobienia tego samego. Dane fundacji, która zbiera pieniądze na Kubę, to:
Fundacja Ochrony Zwierząt i Ochrony Polskiego Dziedzictwa Przyrodniczego "Mrunio"
organizacja pożytku publicznego
KRS 0000261716
Jaszkowa Dolna 38F,
57-300 Kłodzko
Bank PEKAO S.A I O. w Kłodzku
rachunek: 85 1240 1965 1111 0010 1171 6801
Historię Kuby znajdziecie na stronach:
1. Weterynarz radzi
2. Oto Wrocław - artykuł 1, artykuł 2
3. Fundacja Mrunio
Proszę, przyłączcie się i podajcie informację dalej. Z góry Wam dziękuję.
Update, 22 stycznia 2010
Kuba potrzebuje materaca przeciwodleżynowego
Najnowsze informacje z kliniki
Założyłam wydarzenie na Facebooku "Pomóż w leczeniu poparzonego psa Kuby" - proszę dołączcie i zaproście Waszych znajomych!
Tag dla blipowiczów: #pieskuba

Koszty jego leczenia są ogromne - dlatego liczy się każda złotówka. Ja już wysłałam przelew. Zachęcam do zrobienia tego samego. Dane fundacji, która zbiera pieniądze na Kubę, to:
Fundacja Ochrony Zwierząt i Ochrony Polskiego Dziedzictwa Przyrodniczego "Mrunio"
organizacja pożytku publicznego
KRS 0000261716
Jaszkowa Dolna 38F,
57-300 Kłodzko
Bank PEKAO S.A I O. w Kłodzku
rachunek: 85 1240 1965 1111 0010 1171 6801
Historię Kuby znajdziecie na stronach:
1. Weterynarz radzi
2. Oto Wrocław - artykuł 1, artykuł 2
3. Fundacja Mrunio
Proszę, przyłączcie się i podajcie informację dalej. Z góry Wam dziękuję.
Update, 22 stycznia 2010
Kuba potrzebuje materaca przeciwodleżynowego
Najnowsze informacje z kliniki
Założyłam wydarzenie na Facebooku "Pomóż w leczeniu poparzonego psa Kuby" - proszę dołączcie i zaproście Waszych znajomych!
Tag dla blipowiczów: #pieskuba
niedziela, 16 stycznia 2011
Good night, Dżerzi - Janusz Głowacki
Ta książka jest już na liście książek, które zdaniem "Polityki", warto mieć przeczytane, bo będzie się o nich mówić "w towarzystwie". Za towarzystwo na tej liście ma nie mniej kontrowersyjną biografię Ryszarda Kapuścińskiego, również wydaną w zeszłym roku. Chociaż "Good night, Dżerzi" nie jest ściśle biografią pisarza, a raczej powieścią biograficzną i to napisaną w dość ciekawy sposób. Narrator, Dżanus, znajomy Kosińskiego, opisuje próbę stworzenia scenariusza do filmu o pisarzu, a w jego narrację powplatane są próby opisu Kosińskiego oczami otaczających go innych (w tym kobiet, jak zafascynowanej nim Maszy), zapisy rozmów o Kosińskim i ich teksty, wspomnienia (prawdziwe czy zmyślone?) samego pisarza tworzące różne wersje jego biografii. To próba zlepienia w całość posiadanych, fragmentarycznych i bardzo niejednoznacznych informacji o wydarzeniach dziejących się bezpośrednio przed samobójczą śmiercią Kosińskiego. Kolejne romanse, rozgrywane według tego samego schematu, narkotyki, ryzykanckie zachowania, niesmaczne dowcipy płatane przyjaciołom, wspomnienia i kłamstwa na temat własnej biografii, na koniec - demaskatorskie artykuły pojawiające się coraz częściej w amerykańskiej prasie i zwiększone zainteresowanie mediów, aż po tragiczny finał.

Książka, jak dla mnie, niebanalna. Pamiętam lata 90. i zwiększone zainteresowanie Jerzym Kosińskim w Polsce - zaczęto wydawać jego książki. Nie pamiętam natomiast krytycznych publikacji na jego temat; wydaje mi się, że "Czarny ptaszor" Joanny Siedleckiej, książka odkłamująca zmyśloną biografię pisarza, wyszła kilka lat później. Potem było już cicho. Temat powrócił teraz, za sprawą książki Głowackiego. Kim był Jerzy Kosiński i jaka była prawda na jego temat? Czy pisał swoje książki sam, czy też korzystał z wynajętych skrybów, przenoszących jego pomysły na papier? Czy losy jego postaci literackich nie były czasem formą zemsty na rzeczywistych, znanych mu osobach? Co przyciągało do niego ludzi, zwłaszcza kobiety, które, jak pokazane w powieści Jody lub Masza, mimo, że stawiały mu opór, jednak mu ulegały i stawały się jego gorliwymi wyznawczyniami? Głowacki stawia pytania, jednak nie daje odpowiedzi. Równie dobrze możemy je postawić sobie my, czytelnicy (a przyznaję, że przeczytałam wszystkie jego książki w czasach licealnych, kiedy to intensywnie eksploatowałam biblioteczkę mojej siostry i jej męża). Dlaczego zło (niekiedy wręcz czyste zło) pokazane w jego książkach, tak nas fascynowało i przyciągało? Dlaczego tak intrygował nas sam Kosiński i jego barwna oraz niekoniecznie zgodna z rzeczywistością, biografia?
Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki, Warszawa 2010.
Strona książki tutaj, a z kolei tutaj wywiady z autorem na YouTube.

Książka, jak dla mnie, niebanalna. Pamiętam lata 90. i zwiększone zainteresowanie Jerzym Kosińskim w Polsce - zaczęto wydawać jego książki. Nie pamiętam natomiast krytycznych publikacji na jego temat; wydaje mi się, że "Czarny ptaszor" Joanny Siedleckiej, książka odkłamująca zmyśloną biografię pisarza, wyszła kilka lat później. Potem było już cicho. Temat powrócił teraz, za sprawą książki Głowackiego. Kim był Jerzy Kosiński i jaka była prawda na jego temat? Czy pisał swoje książki sam, czy też korzystał z wynajętych skrybów, przenoszących jego pomysły na papier? Czy losy jego postaci literackich nie były czasem formą zemsty na rzeczywistych, znanych mu osobach? Co przyciągało do niego ludzi, zwłaszcza kobiety, które, jak pokazane w powieści Jody lub Masza, mimo, że stawiały mu opór, jednak mu ulegały i stawały się jego gorliwymi wyznawczyniami? Głowacki stawia pytania, jednak nie daje odpowiedzi. Równie dobrze możemy je postawić sobie my, czytelnicy (a przyznaję, że przeczytałam wszystkie jego książki w czasach licealnych, kiedy to intensywnie eksploatowałam biblioteczkę mojej siostry i jej męża). Dlaczego zło (niekiedy wręcz czyste zło) pokazane w jego książkach, tak nas fascynowało i przyciągało? Dlaczego tak intrygował nas sam Kosiński i jego barwna oraz niekoniecznie zgodna z rzeczywistością, biografia?
Janusz Głowacki, Good night, Dżerzi, Świat Książki, Warszawa 2010.
Strona książki tutaj, a z kolei tutaj wywiady z autorem na YouTube.
Z najwyższej półki - nowa audycja o książkach w Trójce
W mojej ulubionej Trójce pojawi się nowa audycja poświęcona nowościom, zapowiedziom i wznowieniom książkowym, która będzie też gościć młodych pisarzy - taką informację znalazłam dzisiaj na Fejsbuku. Audycję prowadzi Michał Nogaś. Pierwszy odcinek dzisiaj o 19:05, kolejne co miesiąc w niedzielę o tej samej porze.
Na dzisiaj autorzy zapowiedzieli:
- rozmowę z Łukaszem Saturczakiem, 24-letnim debiutantem, autorem powieści "Galicyjskość" (książka przypomina o trudnej historii południowo-wschodnich terenów Polski);
- rozmowę z wnukiem Rafała Wojaczka, Radkiem Janusem, które opowie o właśnie wydanej (po raz pierwszy bez ingerencji cenzury) powieści dziadka – "Sanatorium";
- rozmowę z Martą Mizuro o pierwszej w 2011 roku książce z serii "Reportaż" pod patronatem Trójki - "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa" francuskiego reportera Jeana Rolina. To opowieść o "feralnych", bezdomnych i zdechłych psach.
Mole książkowe - do radioodbiorników! :)
Więcej informacji o audycji na stronie Polskiego Radia.
Na dzisiaj autorzy zapowiedzieli:
- rozmowę z Łukaszem Saturczakiem, 24-letnim debiutantem, autorem powieści "Galicyjskość" (książka przypomina o trudnej historii południowo-wschodnich terenów Polski);
- rozmowę z wnukiem Rafała Wojaczka, Radkiem Janusem, które opowie o właśnie wydanej (po raz pierwszy bez ingerencji cenzury) powieści dziadka – "Sanatorium";
- rozmowę z Martą Mizuro o pierwszej w 2011 roku książce z serii "Reportaż" pod patronatem Trójki - "I ktoś rzucił za nim zdechłego psa" francuskiego reportera Jeana Rolina. To opowieść o "feralnych", bezdomnych i zdechłych psach.
Mole książkowe - do radioodbiorników! :)
Więcej informacji o audycji na stronie Polskiego Radia.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Prezent dla mola książkowego
Mam świra na punkcie komiksów. Zaglądam na Harold's Planet, jestem fanką Kota Simona, XKCD i PHD Comics. Może dlatego, że lubię słowo pisane, ale też dobrą kreskę. W wieku -nastu lat próbowałam nawet tworzyć własne. Kto wie, może kiedyś jeszcze do tego wrócę. A na razie oglądam w sieci cudze.
Kiedy siostra spytała mnie, co chcę w prezencie z potrójnej okazji (obrona, urodziny, święta), pomyślałam o czymś z Anglii, czego nie można dostać w Polsce. Tak przyszły mi na myśl komiksowe gadżety i w sklepie internetowym wyszperałam zakładki do książek Harold's Planet. Jak dla mola książkowego liczyły się tylko dwie - "Książek nigdy za dużo":

i "Tak wiele książek, tak mało czasu":
Obie dostałam (za co jeszcze raz dziękuję mojej siostrze). Są trwałe i estetycznie wykonane, więc pewnie posłużą mi wiele lat.
Zdjęcia zakładek pochodzą stąd.
Kiedy siostra spytała mnie, co chcę w prezencie z potrójnej okazji (obrona, urodziny, święta), pomyślałam o czymś z Anglii, czego nie można dostać w Polsce. Tak przyszły mi na myśl komiksowe gadżety i w sklepie internetowym wyszperałam zakładki do książek Harold's Planet. Jak dla mola książkowego liczyły się tylko dwie - "Książek nigdy za dużo":

i "Tak wiele książek, tak mało czasu":
Obie dostałam (za co jeszcze raz dziękuję mojej siostrze). Są trwałe i estetycznie wykonane, więc pewnie posłużą mi wiele lat.Zdjęcia zakładek pochodzą stąd.
niedziela, 9 stycznia 2011
:: Daleki kraj :: Petra Reski
Znana niemiecka korespondentka, Petra Reski, tym razem odbywa podróż do kraju swoich dziadków ze strony matki - Prus Wschodnich, a właściwie ich kawałka, Warmii i podolsztyńskiej wsi Ruś. Efektem jest książka "Daleki kraj", opublikowana w Niemczech w 2000 roku, w Polsce natomiast osiem lat później.
Książka jest zapisem z pobytu Reski w Rusi, a bieżąca akcja - rozmowy z Warmiaczkami pamiątającymi jeszcze jej dziadków i ojca, przeplatana jest wspomnieniami rodzinnymi. Reski próbuje przypomnieć sobie wszystko, co wiąże się z jej dziadkami i ich utraconą, a ukochaną ojczyzną, i konfrontuje to z obecnym życiem we wsi Ruś widzianym oczami kilku starych kobiet. Próbuje też oddać kłopoty z tożsamością Warmiaków, nie czujących się do końca ani Niemcami, ani Polakami i posługujących się własnym dialektem - mieszaniną obu języków. W efekcie powstaje ciekawa książka. Czytając, próbuję sobie wyobrazić, czy dzieci moich rówieśników z klasy, którzy wraz z rodzicami wyemigrowali do Niemiec w latach 80.-90., tak samo jak Petra, wyruszą w podróż śladami ich bliskich? Czy tak samo, jak Petra, przeżyją niemiłe zaskoczenie, gdy zamiast rozległych krajobrazów, zobaczą nowoczesne budownictwo?

Książka jest dobrze napisana. Pod pozorną surowością języka rejestrującego kolejne zdarzenia, dialogi i wspomnienia, kryje się cała głębia emocji. Zwroty językowe, które i ja znam z dzieciństwa, zostały umiejętnie wplecione w tekst, pojawiają się i w dialogach, i w mowie pozornie zależnej, gdy narratorka oddaje swój głos prezentowanym przez siebie postaciom. Reski udało się też pokazać moment, gdy jej dziadkowie odchodzą, a to ona sama musi zdecydować, ile weźmie i zachowa z ich dziedzictwa.
Petra Reski, Daleki kraj, Wydawnictwo Borussia, Olsztyn 2008.
Książka jest zapisem z pobytu Reski w Rusi, a bieżąca akcja - rozmowy z Warmiaczkami pamiątającymi jeszcze jej dziadków i ojca, przeplatana jest wspomnieniami rodzinnymi. Reski próbuje przypomnieć sobie wszystko, co wiąże się z jej dziadkami i ich utraconą, a ukochaną ojczyzną, i konfrontuje to z obecnym życiem we wsi Ruś widzianym oczami kilku starych kobiet. Próbuje też oddać kłopoty z tożsamością Warmiaków, nie czujących się do końca ani Niemcami, ani Polakami i posługujących się własnym dialektem - mieszaniną obu języków. W efekcie powstaje ciekawa książka. Czytając, próbuję sobie wyobrazić, czy dzieci moich rówieśników z klasy, którzy wraz z rodzicami wyemigrowali do Niemiec w latach 80.-90., tak samo jak Petra, wyruszą w podróż śladami ich bliskich? Czy tak samo, jak Petra, przeżyją niemiłe zaskoczenie, gdy zamiast rozległych krajobrazów, zobaczą nowoczesne budownictwo?

Książka jest dobrze napisana. Pod pozorną surowością języka rejestrującego kolejne zdarzenia, dialogi i wspomnienia, kryje się cała głębia emocji. Zwroty językowe, które i ja znam z dzieciństwa, zostały umiejętnie wplecione w tekst, pojawiają się i w dialogach, i w mowie pozornie zależnej, gdy narratorka oddaje swój głos prezentowanym przez siebie postaciom. Reski udało się też pokazać moment, gdy jej dziadkowie odchodzą, a to ona sama musi zdecydować, ile weźmie i zachowa z ich dziedzictwa.
Petra Reski, Daleki kraj, Wydawnictwo Borussia, Olsztyn 2008.
czwartek, 6 stycznia 2011
:: Spiski :: Wojciech Kuczok
Ciekawymi dokumentami poczynań poszukiwaczy skarbów pozostały, zachowane do dzisiaj, rękopiśmienne "spiski" - czyli po prostu teksty spisane (...) Były przedziwnym konglomeratem praktycznych wskazówek, dotyczących poruszania się w terenie górskim, oraz fantastycznych opisów i tekstów magicznych. Jacek Kolbuszewski, Odkrycie Tatr
Ten cytat, umieszczony na samym końcu najnowszej książki Wojciecha Kuczoka, "Spiski. Przygody tatrzańskie", doskonale charakteryzuje jej zawartość. Znalazło się w niej pięć opowiadań, które za sprawą miejsca akcji, postaci narratora oraz innych bohaterów łączą się zgrabnie w całość. W pierwszej z tych historii katowicki chłopak jedzie na wakacje z rodzicami do jednej z podtatrzańskich wsi, w kolejnych do tej wsi powraca. Za każdym razem przeżywa inną przygodę - a to próbuje uczyć swoich góralskich rówieśników gry w piłkę, a to poznaje pilnie strzeżoną lokalną tajemnicę, a to pośredniczy między parą zakochanych, a to próbuje ratować ojca przed zemstą górali za rzekomy zły urok czy w końcu chce przywrócić ojcu radość życia.

To, co rzeczywiste, miesza się z tym, co nierzeczywiste, prawda (chociażby znajomość lokalnych zwyczajów czy środowiska taterników) łączy się ze zmyśleniem, a wszystko to podlane jest sporą dawką humoru. Wyobraźcie sobie chociażby sytuację, w której górale piorą się krowimi plackami, zapach kobiecych feromonów ściągający do wsi misiołaka (istotę będącą połączeniem człowieka z niedźwiedziem), gazdów przestrzegających swoich synów przed współżyciem z owcami, gdyż rzekomo mają one zębate pochwy... Jedno z opowiadań, w którym mowa jest o lokalnej tajemnicy, która w końcu okazuje się orgią w oparach mgły, wydaje się zapożyczać ten wątek z Nienackiego (tak, Zbigniew Nienacki, autor popularnego "Pana Samochodzika", napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", gdzie wiejska orgia była jednym z głównych wątków). Dawno już się tak nie śmiałam podczas lektury.
Do tego książka jest znakomita pod względem warsztatowym - widać, że Kuczok świetnie odnajduje się w tej formie literackiej, jaką jest opowiadaniem, do tego umiejętnie posługuje się pastiszem, groteską, hiperbolą czy stylizacją językową. Prawdziwa perełka. Liczę na to, że ten rok przyniesie kolejne.
Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
Ten cytat, umieszczony na samym końcu najnowszej książki Wojciecha Kuczoka, "Spiski. Przygody tatrzańskie", doskonale charakteryzuje jej zawartość. Znalazło się w niej pięć opowiadań, które za sprawą miejsca akcji, postaci narratora oraz innych bohaterów łączą się zgrabnie w całość. W pierwszej z tych historii katowicki chłopak jedzie na wakacje z rodzicami do jednej z podtatrzańskich wsi, w kolejnych do tej wsi powraca. Za każdym razem przeżywa inną przygodę - a to próbuje uczyć swoich góralskich rówieśników gry w piłkę, a to poznaje pilnie strzeżoną lokalną tajemnicę, a to pośredniczy między parą zakochanych, a to próbuje ratować ojca przed zemstą górali za rzekomy zły urok czy w końcu chce przywrócić ojcu radość życia.

To, co rzeczywiste, miesza się z tym, co nierzeczywiste, prawda (chociażby znajomość lokalnych zwyczajów czy środowiska taterników) łączy się ze zmyśleniem, a wszystko to podlane jest sporą dawką humoru. Wyobraźcie sobie chociażby sytuację, w której górale piorą się krowimi plackami, zapach kobiecych feromonów ściągający do wsi misiołaka (istotę będącą połączeniem człowieka z niedźwiedziem), gazdów przestrzegających swoich synów przed współżyciem z owcami, gdyż rzekomo mają one zębate pochwy... Jedno z opowiadań, w którym mowa jest o lokalnej tajemnicy, która w końcu okazuje się orgią w oparach mgły, wydaje się zapożyczać ten wątek z Nienackiego (tak, Zbigniew Nienacki, autor popularnego "Pana Samochodzika", napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", gdzie wiejska orgia była jednym z głównych wątków). Dawno już się tak nie śmiałam podczas lektury.
Do tego książka jest znakomita pod względem warsztatowym - widać, że Kuczok świetnie odnajduje się w tej formie literackiej, jaką jest opowiadaniem, do tego umiejętnie posługuje się pastiszem, groteską, hiperbolą czy stylizacją językową. Prawdziwa perełka. Liczę na to, że ten rok przyniesie kolejne.
Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
piątek, 31 grudnia 2010
2010
71 książek - nie licząc tych religijnych i psychologicznych (których nie ma w spisie w pasku) oraz książek branżowych (czasem recenzowanych na moim blogu zawodowym, głównie jednak czytanych bardzo naprędce, ze względu na prace nad doktoratem). W tym roku nieodmiennie moimi ulubionymi pisarzami pozostają Mario Vargas Llosa, Orhan Pamuk, Michał Olszewski, Andrzej Stasiuk, Trudi Canavan, z religijnych Tomas Halik, z psychologicznych Pia Mellody. Odkrycia: Antoni Kroh, Joanna Bator, Mariusz Szczygieł, z psychologicznych Eva-Maria Zurhorst. Do tego opracowania na temat mojej rodzinnej Warmii, gdzie najbardziej doceniam Jana Chłostę i albumy wydawnictwa Borussia. A także albumy wydawane przez warszawski Dom Spotkań z Historią, które pokazują, że historia nie musi być tylko nudnym zbiorem dat, a składa się z losów pojedynczych ludzi.
Nie wszystkie książki byłam w stanie zrecenzować na blogu, ze względu na intensywne prace nad doktoratem. Na szczęście ten został zakończony i obroniony, co oznacza, że będzie więcej czasu na czytanie :) Czego Wam również w nadchodzącym roku życzę.
Nie wszystkie książki byłam w stanie zrecenzować na blogu, ze względu na intensywne prace nad doktoratem. Na szczęście ten został zakończony i obroniony, co oznacza, że będzie więcej czasu na czytanie :) Czego Wam również w nadchodzącym roku życzę.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
::.. a życie toczy się dalej :: Edward Cyfus
Wielu moich znajomych myśli, że Olsztyn leży na Mazurach. Ale to taki sam błąd, jakby powiedzieć, że Warszawa leży na Podlasiu. Ci, którzy są stąd, czują różnicę, chociaż nie zawsze wiedzą, skąd się ona wzięła.
Dla przypomnienia, Warmia to historyczna kraina na terenie obecnego województwa warmińsko-mazurskiego, ziemie dawnego biskupstwa warmińskiego (więcej plus mapki na Wikipedii). Wcześniej powiązana z Zakonem Krzyżackim, od 1466 roku, z Królestwem Polskim. Jej gwara przypomina mowę polską z XVI-XVII wieku, kiedy to była kolonizowana przez przybyszów z Mazowsza i Kujaw. Gdy Prusy (i należące do nich Mazury) uległy sekularyzacji w wyniku postępów reformacji, Warmia pozostała katolicka. W 1772 roku, podczas I rozbiorów Polski, dostała się pod pruskie panowanie i pozostała pod nim aż do zakończenia II wojny światowej. Stąd obecność w gwarze warmińskiej licznych niemieckich słów. Jednak jej obszar, w przeciwieństwie do Mazur, zamieszkiwała głównie ludność polskojęzyczna. Czasy wojenne i powojenne mocno zmieniły skład ludnościowy tych ziem - bardzo dużo Warmiaków wyjechało do Niemiec, na ich miejsce przyjechali z kolei mieszkańcy Kresów czy osoby przesiedlone w ramach akcji Wisła.
Książka Edwarda Cyfusa to fabularyzowana trzyczęściowa opowieść o losach najbliższych autora - dziadków, rodziców oraz jego samego i jego rodziny. Pierwszoplanową postacią jest babcia, Lyjnka (później Helenka), z której perspektywy oglądamy wiek XX na Warmii (i nie tylko na Warmii). W pierwszym tomie Lyjnka jest dzieckiem warmińskich gospodarzy ze wsi Wymój. Uczy się w miejscowej szkole, pomaga rodzicom w gospodarstwie. Jako nastoletnia panna zostaje wzięta w niewolę przez Rosjan-wyzwolicieli (Warmiak jest dla nich Niemcem) i przebywa przez ponad rok w obozie na Ukrainie. Po wielu perypetiach uda jej się jednak wrócić na rodzinną ziemię. Nie wiem, co jest w tomie drugim, gdyż tego mi właśnie brakuje, natomiast w trzecim Helenka jest już mężatką mieszkającą w Barczewie, matką kilkorga dzieci, następnie emigrantką w Niemczech, dokąd udaje się wraz ze swoim mężem.

Edward Cyfus umie opowiadać historie i dobrze się je czyta. Poza losami pojedycznych osób, stara się nakreślić szersze tło - tłumaczy zwyczaje i obrzędy, rolę poszczególnych przedmiotów w gospodarstwie czy domostwie. Niektóre dialogi pisane są gwarą warmińską, dzisiaj zupełnie już nieznaną w tych stronach - Edward Cyfus jest zresztą niestrudzonym jej piewcą, prowadząc audycje w Radiu Olsztyn czy pisząc teksty gwarą dla lokalnych gazet.
Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie też, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich trzech pokoleń. Moi pradziadkowie z obu stron gospodarzyli na Kaszubach i na Kresach, podobnie jak dziadkowie Edwarda Cyfusa (pisarz jest z pokolenia moich rodziców). Kolejne pokolenie odeszło od gospodarzenia, podejmując pracę w usługach czy instytucjach publicznych, a niektórzy podejmowali nawet wyższe studia. W moim pokoleniu wyższe wykształcenie stało się jeszcze bardziej powszechne, a w przypadku co zdolniejszych dzieci, wyższe studia stały się wręcz standardem. Gospodarzących na roli jest z kolei coraz mniej, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy premiowane są raczej duże niż małe gospodarstwa.
Kolejna trudna sprawa, to tożsamość i sytuacja samych Warmiaków. Pierwsze rozczarowanie przeżyłam, gdy dowiedziałam się, że chociaż urodziłam się na tych ziemiach, to moja rodzina nie jest stąd. A kto to jest Warmiak, pytałam. Mama podawała mi przykłady osób z naszego najbliższego otoczenia - dziadków koleżanek (chociażby ten dziadek, który kazał mówić na siebie swoim wnukom "Opa") czy swoich dawnych uczniów, w większości przebywających w Niemczech. Ale dlaczego zostawili swój kraj i wyjechali? To mi długo nie dawało spokoju. Mój tata tłumaczył to chęcią polepszenia sobie warunków życia - w Niemczech w końu żyło się na wyższym poziomie. Kaszubi nie dali się tak łatwo zgermanizować, złościł się. Jednak sytuacja wcale nie była taka prosta, jakby chciał. Polityka PRL-owskich władz, która miała na celu wyrugowanie różnic lokalnych, a z dawnych obywateli państwa niemieckiego uczynienie ludzi drugiej kategorii. Napływowa ludność nieufnie nastawiona do miejscowych, do ich gwary i zwyczajów. To wszystko spowodowało kolejne fale wyjazdów, ostatnią w okolicach 1990 roku. Ci, którzy wyjechali, często wracają. Nawet osoby z mojego pokolenia - do tej pory pamiętam rozdarcie mojego kolegi, który wywieziony z Polski w wieku 11 lat nie może odnaleźć się ani w Niemczech ani w kraju rodzinnym, który często odwiedza; ani tu, ani tu nie czuje się do końca u siebie. Emigranci zachłystywali się niemiecką stopą życiową, wyższym poziomem rozwoju cywilizacyjnego - a potem odkrywali, że mimo wszystko ciągnie ich w dawne strony.
Nie wiem, jak teraz uczy się w szkołach podstawowych czy liceach na Warmii o Warmii, ale za moich czasów edukacja dotycząca lokalnej kultury czy historii po prostu leżała. W podstawówce jedyne, co znaliśmy, to kilka warmińskich pieśni, których nauczyła nas nauczycielka muzyki, Warmiaczka zresztą. W którymś momencie marzyłam nawet o odkrywaniu i opisywaniu zapomnianej historii mojej wsi. Pamiętam też wstyd, jaki przeżyłam w liceum, gdy przyszła do nas studentka ówczesnej WSP z ankietami, w których padały pytania o znanych warmińskich i mazurskich pisarzy, artystów czy kompozytorów. Potrafiłam jedynie podać Feliksa Nowowiejskiego czy Ignacego Krasickiego, to jeszcze wiedziałam, nauczycielka Warmiaczka opowiadała nam o nim. Ale Hieronim Skurpski czy Erwin Kruk - studentka po zebraniu naszych ankiet podała nam przykładowe odpowiedzi, bo ją o to poprosiliśmy, zdziwieni. Na polskim się o tym nie mówiło. Nie wiem, czy wyniki tych ankiet zostały potem wykorzystane do jakichś praktycznych celów. Wiem tylko, że zostało mi jeszcze bardzo dużo do nadrobienia. Nie ma kogo już spytać o dawną historię tych ziem, przynajmniej w mojej rodzinnej miejscowości. Na szczęście są pasjonaci tacy jak Edward Cyfus, którzy próbują ocalić od zapomnienia to, co usłyszeli i zobaczyli w swoich rodzinnych domach.
Edward Cyfus, ...a życie toczy się dalej, Elset Olsztyn, cz. 1 (2006), cz. 3 (2010).
Dla przypomnienia, Warmia to historyczna kraina na terenie obecnego województwa warmińsko-mazurskiego, ziemie dawnego biskupstwa warmińskiego (więcej plus mapki na Wikipedii). Wcześniej powiązana z Zakonem Krzyżackim, od 1466 roku, z Królestwem Polskim. Jej gwara przypomina mowę polską z XVI-XVII wieku, kiedy to była kolonizowana przez przybyszów z Mazowsza i Kujaw. Gdy Prusy (i należące do nich Mazury) uległy sekularyzacji w wyniku postępów reformacji, Warmia pozostała katolicka. W 1772 roku, podczas I rozbiorów Polski, dostała się pod pruskie panowanie i pozostała pod nim aż do zakończenia II wojny światowej. Stąd obecność w gwarze warmińskiej licznych niemieckich słów. Jednak jej obszar, w przeciwieństwie do Mazur, zamieszkiwała głównie ludność polskojęzyczna. Czasy wojenne i powojenne mocno zmieniły skład ludnościowy tych ziem - bardzo dużo Warmiaków wyjechało do Niemiec, na ich miejsce przyjechali z kolei mieszkańcy Kresów czy osoby przesiedlone w ramach akcji Wisła.
Książka Edwarda Cyfusa to fabularyzowana trzyczęściowa opowieść o losach najbliższych autora - dziadków, rodziców oraz jego samego i jego rodziny. Pierwszoplanową postacią jest babcia, Lyjnka (później Helenka), z której perspektywy oglądamy wiek XX na Warmii (i nie tylko na Warmii). W pierwszym tomie Lyjnka jest dzieckiem warmińskich gospodarzy ze wsi Wymój. Uczy się w miejscowej szkole, pomaga rodzicom w gospodarstwie. Jako nastoletnia panna zostaje wzięta w niewolę przez Rosjan-wyzwolicieli (Warmiak jest dla nich Niemcem) i przebywa przez ponad rok w obozie na Ukrainie. Po wielu perypetiach uda jej się jednak wrócić na rodzinną ziemię. Nie wiem, co jest w tomie drugim, gdyż tego mi właśnie brakuje, natomiast w trzecim Helenka jest już mężatką mieszkającą w Barczewie, matką kilkorga dzieci, następnie emigrantką w Niemczech, dokąd udaje się wraz ze swoim mężem.

Edward Cyfus umie opowiadać historie i dobrze się je czyta. Poza losami pojedycznych osób, stara się nakreślić szersze tło - tłumaczy zwyczaje i obrzędy, rolę poszczególnych przedmiotów w gospodarstwie czy domostwie. Niektóre dialogi pisane są gwarą warmińską, dzisiaj zupełnie już nieznaną w tych stronach - Edward Cyfus jest zresztą niestrudzonym jej piewcą, prowadząc audycje w Radiu Olsztyn czy pisząc teksty gwarą dla lokalnych gazet.
Czytając tę książkę, uświadomiłam sobie też, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich trzech pokoleń. Moi pradziadkowie z obu stron gospodarzyli na Kaszubach i na Kresach, podobnie jak dziadkowie Edwarda Cyfusa (pisarz jest z pokolenia moich rodziców). Kolejne pokolenie odeszło od gospodarzenia, podejmując pracę w usługach czy instytucjach publicznych, a niektórzy podejmowali nawet wyższe studia. W moim pokoleniu wyższe wykształcenie stało się jeszcze bardziej powszechne, a w przypadku co zdolniejszych dzieci, wyższe studia stały się wręcz standardem. Gospodarzących na roli jest z kolei coraz mniej, zwłaszcza w obecnych czasach, gdy premiowane są raczej duże niż małe gospodarstwa.
Kolejna trudna sprawa, to tożsamość i sytuacja samych Warmiaków. Pierwsze rozczarowanie przeżyłam, gdy dowiedziałam się, że chociaż urodziłam się na tych ziemiach, to moja rodzina nie jest stąd. A kto to jest Warmiak, pytałam. Mama podawała mi przykłady osób z naszego najbliższego otoczenia - dziadków koleżanek (chociażby ten dziadek, który kazał mówić na siebie swoim wnukom "Opa") czy swoich dawnych uczniów, w większości przebywających w Niemczech. Ale dlaczego zostawili swój kraj i wyjechali? To mi długo nie dawało spokoju. Mój tata tłumaczył to chęcią polepszenia sobie warunków życia - w Niemczech w końu żyło się na wyższym poziomie. Kaszubi nie dali się tak łatwo zgermanizować, złościł się. Jednak sytuacja wcale nie była taka prosta, jakby chciał. Polityka PRL-owskich władz, która miała na celu wyrugowanie różnic lokalnych, a z dawnych obywateli państwa niemieckiego uczynienie ludzi drugiej kategorii. Napływowa ludność nieufnie nastawiona do miejscowych, do ich gwary i zwyczajów. To wszystko spowodowało kolejne fale wyjazdów, ostatnią w okolicach 1990 roku. Ci, którzy wyjechali, często wracają. Nawet osoby z mojego pokolenia - do tej pory pamiętam rozdarcie mojego kolegi, który wywieziony z Polski w wieku 11 lat nie może odnaleźć się ani w Niemczech ani w kraju rodzinnym, który często odwiedza; ani tu, ani tu nie czuje się do końca u siebie. Emigranci zachłystywali się niemiecką stopą życiową, wyższym poziomem rozwoju cywilizacyjnego - a potem odkrywali, że mimo wszystko ciągnie ich w dawne strony.
Nie wiem, jak teraz uczy się w szkołach podstawowych czy liceach na Warmii o Warmii, ale za moich czasów edukacja dotycząca lokalnej kultury czy historii po prostu leżała. W podstawówce jedyne, co znaliśmy, to kilka warmińskich pieśni, których nauczyła nas nauczycielka muzyki, Warmiaczka zresztą. W którymś momencie marzyłam nawet o odkrywaniu i opisywaniu zapomnianej historii mojej wsi. Pamiętam też wstyd, jaki przeżyłam w liceum, gdy przyszła do nas studentka ówczesnej WSP z ankietami, w których padały pytania o znanych warmińskich i mazurskich pisarzy, artystów czy kompozytorów. Potrafiłam jedynie podać Feliksa Nowowiejskiego czy Ignacego Krasickiego, to jeszcze wiedziałam, nauczycielka Warmiaczka opowiadała nam o nim. Ale Hieronim Skurpski czy Erwin Kruk - studentka po zebraniu naszych ankiet podała nam przykładowe odpowiedzi, bo ją o to poprosiliśmy, zdziwieni. Na polskim się o tym nie mówiło. Nie wiem, czy wyniki tych ankiet zostały potem wykorzystane do jakichś praktycznych celów. Wiem tylko, że zostało mi jeszcze bardzo dużo do nadrobienia. Nie ma kogo już spytać o dawną historię tych ziem, przynajmniej w mojej rodzinnej miejscowości. Na szczęście są pasjonaci tacy jak Edward Cyfus, którzy próbują ocalić od zapomnienia to, co usłyszeli i zobaczyli w swoich rodzinnych domach.
Edward Cyfus, ...a życie toczy się dalej, Elset Olsztyn, cz. 1 (2006), cz. 3 (2010).
Subskrybuj:
Posty (Atom)