- To, co pisze Moller o Polakach, w dużej mierze zgadza się z tym, co sam widziałem w Niemczech - powiedział mi Michał, który spędził w tym kraju rok podczas nauki w liceum. - Jeśli dasz radę gdzieś tę książkę dostać, bo wyszła parę ładnych lat temu.
Dostałam, w naszej bibliotece. Przeczytałam jednym tchem i muszę powiedzieć, że też się zgadza. Chociażby z opowieściami, jak moi rodzice układali sobie relacje ze swoimi niemieckimi sąsiadami i jakie zachowania u nich obserwowali (a równocześnie dziwili się, że są tak różne od polskich). Ot, chociażby piłowanie drewna na pile tarczowej. Miejscowi na wsi zakładają robocze ciuchy, rękawice, i piłują dopóki nie wykonają całej pracy. Niemcy tymczasem metodycznie się przygotowywali: kupili specjalne ubrania w Praktikerze, zaplanowali czas na piłowanie, a potem czas na odpoczynek, pracę podzielili też na kilka dni. Wróćmy jednak do książki.
Steffena Mollera świetnie znają wszyscy, którzy oglądają telewizję. To niemiecki komik, któremu nasz kraj spodobał się tak bardzo, że nauczył się naszego niełatwego języka i zaczął w nim dość często bywać (a w końcu zamieszkał). Udziela się jako aktor (występ w serialu "M jak miłość") czy kabareciarz (pamiętacie taki program "Europa da się lubić", nadawany jeszcze przed naszym wstąpieniem do Unii Europejskiej?). Swoje spostrzeżenia na temat polskiej kultury spisał w tym oto leksykonie. To raczej garść żartobliwych anegdot, prawdziwych i hipotetycznych sytuacji i historii pokazujących polską mentalność, skontrastowaną z mentalnością naszych zachodnich sąsiadów. Czyta się łatwo, lekko i przyjemnie - i tak ma być. Bawiąc się, dowiadujemy się czegoś o nas samych, a wiele rzeczy, których do tej pory nie byliśmy świadomi, jawi się w nowym świetle. Niektóre polskie wady okazują się być zaletami, zaś to, co uważaliśmy za zaletę, staje się wadą...
Ot, chociażby takie spostrzeżenia dotyczące polskiej gościnności. Jesteśmy gościnni, bo przychodzący do domu zostanie zawsze nakarmiony - chociażby ciastkami, paluszkami, czymkolwiek - a nie tylko napojony kawą, jak to bywa w Niemczech. Do tego gości w Polsce do jedzenia zaprasza się aż trzykrotnie. Dopiero za trzecim razem, kiedy gospodyni bardzo nalega, a wręcz rozkazuje, goście zaczynają jeść. To samo ma miejsce, jeśli chodzi o świadczenie sobie wzajemnych przysług. Nie zauważyliście nigdy, że Polacy bardzo się certolą? Bo mnie to zawsze zastanawiało. Polacy są też ciekawi, wzajemnie się obserwują. I faktycznie, coś jest na rzeczy. Kiedy pojechałam do Anglii, moja siostra kazała mi się nie gapić za bardzo na ludzi (mimo, że w Polsce ten sposób spoglądania jeszcze nie jest odbierany jako nachalny). Jeszcze inna sprawa to tradycyjne polskie narzekanie, czy też dystans w stosunkach z obcymi ludźmi (ktoś dużo się uśmiechający i bardzo uprzejmy bywa odbierany jako dziwak). Inny ciekawy zwyczaj, funkcjonujący w Polsce, to używanie zdrobnień imion (nierzadko dość odległych od oryginału, weźmy dla przykładu Aleksandrę i Olę - też się kiedyś dziwiłam, czemu moja siostra ma zdrobnienie, które nijak nie pasuje do jej oryginalnego imienia). Bardzo polskie jest też zamiłowanie do absurdalnej formy humoru, podobnie jak brak długofalowego planowania, nieufność względem innych, narzekanie jako rytualna forma wymiany informacji czy pesymizm. Dobra, więcej nie zdradzę. Przeczytajcie sami :)
Steffen Moller, Polska da się lubić. Mój prywatny przewodnik po Polsce i Polakach, Wydawnictwo Publicat, Poznań 2006
recenzje książkowe, nowości książkowe, literatura, kreatywne pisanie - i nie tylko.
niedziela, 29 kwietnia 2012
wtorek, 10 kwietnia 2012
Lokatorka Wildfell Hall - Anne Bronte
Za oknami hula północny, porywisty wiatr. Co i rusz nadciągają chmury niosące śnieżycę. Nawet koty nie wystawiają nosa na dwór - wolą cały dzień okupować kolana właścicieli i gości. Herbata, kawałek ciasta i mól książkowy w takich warunkach może oddawać się swojemu ulubionemu nałogowi - czytaniu.
Akurat lektura w sam raz współgrająca z ponurą kwietniową aurą. W Polsce po raz pierwszy opublikowano powieść trzeciej, najmłodszej siostry Bronte - Anny, "Lokatorka Wildfell Hall". Anna napisała ich raptem dwie: debiutancką "Agnes Grey" (nadal pozostaje ona nieprzetłumaczona), a następnie "Lokatorkę". "Lokatorka" to opowiedziana oczami mężczyzny, Gilberta Markhama, historia jego sąsiadki, Helen Graham. Pojawienie się samotnej, młodej kobiety z dzieckiem wzbudza na wsi huragan plotek i domysłów, zwłaszcza, że Helen niechętnie mówi o sobie i swojej przeszłości. Już i tak to, że Helen utrzymuje się sama ze sprzedaży swoich obrazów, jest ewenementem. Jak też i jej poglądy, że kobiety są równe mężczyznom pod kątem możliwości intelektualnych i powinny mieć możliwość samostanowienia. Zafascynowany kobietą Gilbert stopniowo odkrywa jej największą tajemnicę - ucieczkę i ukrywanie się Helen przed mężem, notorycznie zdradzającym ją alkoholikiem. Ale czy ta historia będzie miała swój szczęśliwy koniec, tego Wam już nie zdradzę.
W porównaniu z powieściami pozostałych sióstr Bronte, Charlotte i Emily, które miałam okazję czytać, książka Anne wypada dość blado. Brakuje jej realistycznych, dokładnych opisów społeczeństwa, obecnych w książkach Charlotte czy też temperatury emocji charakterystycznych dla "Wichrowych Wzgórz" Emilii. Jednak to nie warsztat decyduje w tym przypadku o unikalności książki, a podjęty temat. W czasach sióstr Bronte ucieczka od męża była traktowana jako przestępstwo, kobiety nie miały możliwości samostanowienia, a także niewielki wybór zajęć, w których mogły realizować się zawodowo (niezamożne Anne i Charlotte Bronte próbowały swoich sił jako guwernantki i nauczycielki). Stąd wydanie książki wywołało skandal. W obecnych czasach, gdy praca kobiet jest czymś powszechnym i naturalnym, a rozwody są łatwo udzielane - może być przyczynkiem do dyskusji, czy mimo zmian w społeczeństwie nie zmieniły się krzywdzące wobec kobiet stereotypy.
Anne Bronte, Lokatorka Wildfell Hall, Wydawnictwo MG, Warszawa 2012.
Akurat lektura w sam raz współgrająca z ponurą kwietniową aurą. W Polsce po raz pierwszy opublikowano powieść trzeciej, najmłodszej siostry Bronte - Anny, "Lokatorka Wildfell Hall". Anna napisała ich raptem dwie: debiutancką "Agnes Grey" (nadal pozostaje ona nieprzetłumaczona), a następnie "Lokatorkę". "Lokatorka" to opowiedziana oczami mężczyzny, Gilberta Markhama, historia jego sąsiadki, Helen Graham. Pojawienie się samotnej, młodej kobiety z dzieckiem wzbudza na wsi huragan plotek i domysłów, zwłaszcza, że Helen niechętnie mówi o sobie i swojej przeszłości. Już i tak to, że Helen utrzymuje się sama ze sprzedaży swoich obrazów, jest ewenementem. Jak też i jej poglądy, że kobiety są równe mężczyznom pod kątem możliwości intelektualnych i powinny mieć możliwość samostanowienia. Zafascynowany kobietą Gilbert stopniowo odkrywa jej największą tajemnicę - ucieczkę i ukrywanie się Helen przed mężem, notorycznie zdradzającym ją alkoholikiem. Ale czy ta historia będzie miała swój szczęśliwy koniec, tego Wam już nie zdradzę.
W porównaniu z powieściami pozostałych sióstr Bronte, Charlotte i Emily, które miałam okazję czytać, książka Anne wypada dość blado. Brakuje jej realistycznych, dokładnych opisów społeczeństwa, obecnych w książkach Charlotte czy też temperatury emocji charakterystycznych dla "Wichrowych Wzgórz" Emilii. Jednak to nie warsztat decyduje w tym przypadku o unikalności książki, a podjęty temat. W czasach sióstr Bronte ucieczka od męża była traktowana jako przestępstwo, kobiety nie miały możliwości samostanowienia, a także niewielki wybór zajęć, w których mogły realizować się zawodowo (niezamożne Anne i Charlotte Bronte próbowały swoich sił jako guwernantki i nauczycielki). Stąd wydanie książki wywołało skandal. W obecnych czasach, gdy praca kobiet jest czymś powszechnym i naturalnym, a rozwody są łatwo udzielane - może być przyczynkiem do dyskusji, czy mimo zmian w społeczeństwie nie zmieniły się krzywdzące wobec kobiet stereotypy.
Anne Bronte, Lokatorka Wildfell Hall, Wydawnictwo MG, Warszawa 2012.
środa, 4 kwietnia 2012
Moja pierwsza książka
Myślę o napisaniu powieści, ale życie tak się ułożyło, że moja pierwsza książka to książka specjalistyczna, dotycząca public relations. Po kilku miesiącach wytężonej pracy mogę Wam ją już oficjalnie zaprezentować - właśnie rozpoczęła się jej przedsprzedaż w Wydawnictwie Difin.
To jest też powód mojej mniejszej aktywności na blogach i wolniejszego tempa czytania książek. Przez kilka ostatnich miesięcy byłam zajęta jej pisaniem. Część materiałów pochodziła z mojej pracy doktorskiej o mierzeniu efektów działań PR, ale drugą część musiałam napisać. Do tego fragmenty pracy doktorskiej trzeba było przeredagować - dla odbiorcy książki język naukowy byłby za trudny. Samo pisanie jest fascynującym procesem. Wiadomo, gdzie się zacznie. Ale nigdy nie wiadomo, gdzie się skończy - mnóstwo informacji pojawia się w trakcie. Poprawki robi się praktycznie do ostatniej chwili.
Teraz czeka mnie spotkanie z rynkiem. Do tej pory opisywałam czyjeś książki, teraz sama będę czytać opinie na temat tego, co sama napisałam. Nie wszystkie będą zapewne przychylne - ale tak sobie myślę, że krytyczna opinia kogoś, kto włożył wysiłek w przeczytanie książki i napisanie jej, jest tak samo dużo warta, jak pochwały. Bo pokazuje to, co warte jest poprawienia, ulepszenia. Jakieś wnioski do wyciągnięcia na przyszłość.
A ja? Biorę się za pisanie kolejnej książki... też branżowej. Na powieści przyjdzie jeszcze czas.
Anna Miotk, Badania w public relations. Wprowadzenie, Wydawnictwo Difin, Warszawa 2012.
To jest też powód mojej mniejszej aktywności na blogach i wolniejszego tempa czytania książek. Przez kilka ostatnich miesięcy byłam zajęta jej pisaniem. Część materiałów pochodziła z mojej pracy doktorskiej o mierzeniu efektów działań PR, ale drugą część musiałam napisać. Do tego fragmenty pracy doktorskiej trzeba było przeredagować - dla odbiorcy książki język naukowy byłby za trudny. Samo pisanie jest fascynującym procesem. Wiadomo, gdzie się zacznie. Ale nigdy nie wiadomo, gdzie się skończy - mnóstwo informacji pojawia się w trakcie. Poprawki robi się praktycznie do ostatniej chwili.
![]() |
Teraz czeka mnie spotkanie z rynkiem. Do tej pory opisywałam czyjeś książki, teraz sama będę czytać opinie na temat tego, co sama napisałam. Nie wszystkie będą zapewne przychylne - ale tak sobie myślę, że krytyczna opinia kogoś, kto włożył wysiłek w przeczytanie książki i napisanie jej, jest tak samo dużo warta, jak pochwały. Bo pokazuje to, co warte jest poprawienia, ulepszenia. Jakieś wnioski do wyciągnięcia na przyszłość.
A ja? Biorę się za pisanie kolejnej książki... też branżowej. Na powieści przyjdzie jeszcze czas.
Anna Miotk, Badania w public relations. Wprowadzenie, Wydawnictwo Difin, Warszawa 2012.
sobota, 10 marca 2012
Miłosz - Andrzej Franaszek
Książkę Andrzeja Franaszka kupiłam, bo interesowało mnie, jakim człowiekiem był naprawdę Czesław Miłosz. W ostatnich latach jego życia media ukazywały go jako nobliwego mędrca, opromienionego nimbem Nagrody Nobla i wybitnych osiągnięć na polu literatury. Ale czy była to prawda?
Dość długo dzieło czekało na swoją kolej. Dzieło - rozmiar książki to ponad 800 stron. Dałabym jej pewnie radę podczas którejś z dłuższych podróży, ale rozmiar skutecznie odstraszał od jej noszenia. Czekała zatem na czas, kiedy będę miała czas na lekturę w domu. Pochłonęłam ją w ciągu któregoś deszczowego lutowego weekendu, ale dopiero teraz mam czas, aby ją opisać.
Czesław Miłosz został sportretowany w tej książce wyjątkowo dokładnie, jako dziecko swojej epoki, XX wieku, z jego wszystkimi perturbacjami i niepokojami. Urodził się w 1911 roku (był rówieśnikiem mojej babci), miał być świadkiem okrucieństw i pierwszej, i drugiej wojny światowej, i komunistycznego reżimu w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej, i doświadczyć rozłąki z rodzinnym krajem a także rodzinnym kontynentem, i prywatnie mieć tendencję do nadmiernego komplikowania sobie życia osobistego - a przede wszystkim umieć o tym opowiedzieć w swojej twórczości.
Podziw budzi rzetelna praca autora, który z jednej strony dokopał się chyba do wszystkich możliwych źródeł dotyczących kolejnych etapów życia poety. Z tego, co napisał wydawca w materiałach promocyjnych książki, praca nad biografią trwała aż 10 lat. Równocześnie biograf nie stroni od literackiej egzegezy - cytując wiersze, szuka echa rzeczywistych wydarzeń, które mogły poruszyć emocje pisarza i przyczynić się do powstania tego czy owego wiersza. Analizuje również jego relacje z innymi postaciami świata literatury i sztuki. W książce pojawiają się również świadectwa znajomych. Nie wszystko autorowi udaje się jednak ustalić - na przykład prawdziwych losów jednego z młodzieńczych związków poety w Wilnie - i wtedy dzieli się z czytelnikiem swoją bezradnością. Czasem bywa wobec postępków Czesława Miłosza bezkrytyczny - opisując jego liczne romanse, próbuje go usprawiedliwić, cytując opinie znajomych lub pisząc, że jego literacki geniusz i siła witalna płyną z tego samego źródła (co brzmi mało przekonywająco). Być może wynikało to z obawy przed skonfliktowaniem się z bliskimi pisarza (co z kolei przerobił na sobie autor biografii Ryszarda Kapuścińskiego).
Ale - wracając do ostatniej książki Mario Vargasa Llosy - czy człowieka przekreślają jego złe czyny? Zwłaszcza, jeśli równocześnie w swoim życiu dokonał wiele dobrego dla innych, wniósł nadzwyczajny wkład w życie całej ludzkości?
Andrzej Franaszek, Miłosz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Dość długo dzieło czekało na swoją kolej. Dzieło - rozmiar książki to ponad 800 stron. Dałabym jej pewnie radę podczas którejś z dłuższych podróży, ale rozmiar skutecznie odstraszał od jej noszenia. Czekała zatem na czas, kiedy będę miała czas na lekturę w domu. Pochłonęłam ją w ciągu któregoś deszczowego lutowego weekendu, ale dopiero teraz mam czas, aby ją opisać.
Czesław Miłosz został sportretowany w tej książce wyjątkowo dokładnie, jako dziecko swojej epoki, XX wieku, z jego wszystkimi perturbacjami i niepokojami. Urodził się w 1911 roku (był rówieśnikiem mojej babci), miał być świadkiem okrucieństw i pierwszej, i drugiej wojny światowej, i komunistycznego reżimu w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej, i doświadczyć rozłąki z rodzinnym krajem a także rodzinnym kontynentem, i prywatnie mieć tendencję do nadmiernego komplikowania sobie życia osobistego - a przede wszystkim umieć o tym opowiedzieć w swojej twórczości.
Podziw budzi rzetelna praca autora, który z jednej strony dokopał się chyba do wszystkich możliwych źródeł dotyczących kolejnych etapów życia poety. Z tego, co napisał wydawca w materiałach promocyjnych książki, praca nad biografią trwała aż 10 lat. Równocześnie biograf nie stroni od literackiej egzegezy - cytując wiersze, szuka echa rzeczywistych wydarzeń, które mogły poruszyć emocje pisarza i przyczynić się do powstania tego czy owego wiersza. Analizuje również jego relacje z innymi postaciami świata literatury i sztuki. W książce pojawiają się również świadectwa znajomych. Nie wszystko autorowi udaje się jednak ustalić - na przykład prawdziwych losów jednego z młodzieńczych związków poety w Wilnie - i wtedy dzieli się z czytelnikiem swoją bezradnością. Czasem bywa wobec postępków Czesława Miłosza bezkrytyczny - opisując jego liczne romanse, próbuje go usprawiedliwić, cytując opinie znajomych lub pisząc, że jego literacki geniusz i siła witalna płyną z tego samego źródła (co brzmi mało przekonywająco). Być może wynikało to z obawy przed skonfliktowaniem się z bliskimi pisarza (co z kolei przerobił na sobie autor biografii Ryszarda Kapuścińskiego).
Ale - wracając do ostatniej książki Mario Vargasa Llosy - czy człowieka przekreślają jego złe czyny? Zwłaszcza, jeśli równocześnie w swoim życiu dokonał wiele dobrego dla innych, wniósł nadzwyczajny wkład w życie całej ludzkości?
Andrzej Franaszek, Miłosz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
środa, 29 lutego 2012
Bex@ - Liliana Śnieg-Czaplewska
Tragiczna śmierć Zdzisława Beksińskiego (i nie mniej tragiczna wcześniejsza śmierć jego syna, Tomasza) spowodowała wysyp wielu fantastycznych opinii na jego temat. Postanowiła im się sprzeciwić dziennikarka Liliana Śnieg-Czaplewska. Publikując swoją codzienną mailową korespondencję z malarzem chciała pokazać go takim, jak go widziała. Książka wyszła jeszcze w 2005 roku, tym samym, na początku którego zginął malarz, jednak jej nakład jest już wyczerpany - jest dostępna tylko w tanich książkach czy na Allegro.
Sięgnęłam po nią z kilku powodów. Mieszkam na tym samym osiedlu, pomieszkiwałam na nim wcześniej, w czasie, kiedy Zdzisław Beksiński jeszcze żył (ale wtedy jakoś tego nie skojarzyłam). Dopiero, gdy się wprowadzałam do mojego obecnego mieszkania, poprzednicy wskazali mi blok z charakterystycznym graffiti upamiętniającym twórcę. Mijam go idąc do metra czy po zakupy. W przejściu tego bloku namalowane jest zresztą drugie graffiti (to, które widać na zdjęciu poniżej). I aż szkoda, że nie mogę przejść się dalej, wzdłuż okien, aby popatrzeć, jak Beksiński maluje (podobno niektórzy mieszkańcy osiedla tak robili).
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, PIW, Warszawa 2005 r.
Sięgnęłam po nią z kilku powodów. Mieszkam na tym samym osiedlu, pomieszkiwałam na nim wcześniej, w czasie, kiedy Zdzisław Beksiński jeszcze żył (ale wtedy jakoś tego nie skojarzyłam). Dopiero, gdy się wprowadzałam do mojego obecnego mieszkania, poprzednicy wskazali mi blok z charakterystycznym graffiti upamiętniającym twórcę. Mijam go idąc do metra czy po zakupy. W przejściu tego bloku namalowane jest zresztą drugie graffiti (to, które widać na zdjęciu poniżej). I aż szkoda, że nie mogę przejść się dalej, wzdłuż okien, aby popatrzeć, jak Beksiński maluje (podobno niektórzy mieszkańcy osiedla tak robili).
Do tego w czasach licealnych byłam wielką fanką audycji Tomasza. Zawdzięczam im sporo muzycznych inspiracji. Ich depresyjność współbrzmiała też z depresyjnymi nastrojami nastolatki. Dokładnie tak, jak zauważył jego ojciec, niektóre osoby kojarzyły najpierw jego syna i wspominały jego audycje muzyczne, a dopiero potem komentowały z zaskoczeniem "to pan jest ojcem tego znanego dziennikarza?". Stąd zainteresowanie losami i Tomasza, i jego bliskich. I ojcu, i synowi dane było tragiczne zakończenie życia. Tomasz popełnił samobójstwo w Wigilię 1999 roku. Zdzisław został zamordowany przez syna znajomych w lutym 2005 roku.
Korespondencja Liliany Śnieg-Czaplewskiej i Zdzisława Beksińskiego odkrywa jakiś rąbek tej tajemnicy. On miał wbudowane dążenie do autodestrukcji, mówi Zdzisław Beksiński o swoim nieżyjącym synu. Opowiada, jak wypełniał jego ostatnią wolę czy też o swoich spotkaniach z jego fanami. Wspomina również swoją nieżyjącą już żonę. I mimo tego, że dane mu było pożegnać i żonę, i syna, mimo, że maluje dość ponure prace, w codziennym życiu zachowuje pokój ducha i jest całkiem pogodzony z życiem w pojedynkę. Nie boi się wygłaszać kontrowersyjnych sądów, czy iść pod prąd wbrew utartym zwyczajom. Czasem opowiada o tak intymnych sprawach, jak fantazje erotyczne. A równocześnie cały czas świadomie wybiera samotność - jego listy pełne są również relacji, jak po śmierci żony Beksińskiego próbowały uwodzić różne kobiety i jak to się kończyło. Jest przezorny w prowadzeniu swoich spraw, chociaż przyznaje, że jest świadomy tego, że niektóre osoby go naciągają. Pisze o malowaniu, o tym, jak tworzy kolejne prace, jak ważne są dla niego prywatność i spokój. Z maili do Liliany Śnieg-Czaplewskiej wyłania się całkiem ciekawy i nietuzinkowy autoportret - i zgodnie z tym, co autorka książki zapowiada we wstępie "z jego listów bije prawda, jakim był człowiekiem".
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, PIW, Warszawa 2005 r.
poniedziałek, 6 lutego 2012
Żony i córki - Elisabeth Gaskell
Po pół roku od mojej poprzedniej notki o książce Elisabeth Gaskell, "Północ i południe", doczekałam się tłumaczenia "Żon i córek". To również saga rodzinna z panoramą społeczną angielskiej prowincji w epoce wiktoriańskiej w tle.
Główną bohaterką książki jest Molly, córka lekarza w miasteczku Hollingford. To zwyczajna dziewczyna z sąsiedztwa, skromna, sympatyczna, pełna ciepła i życzliwości, prostolinijna i uczciwa, podobnie jak jej ojciec. Wcześnie straciła matkę, a gdy jest w wieku -nastu lat, jej ojciec żeni się ponownie. Macocha okazuje się jednak skrajnie odmienną osobowością od doktora i jego córki. Lubi życie na pokaz, ceni innych ludzi, o ile może dzięki nim uzyskać określone korzyści materialne, jest mistrzynią intryg i manipulacji, zręcznie porusza się w swoim małomiasteczkowym środowisku, jak również wśród wyższych sfer. Jej córka Cynthia, przybrana siostra Molly, jest z kolei notoryczną flirciarą. Niestała w uczuciach, bawi się rozkochiwaniem w sobie kolejnych adoratorów. Taka mieszanka charakterów rzecz jasna musi zaowocować konfliktem, a nawet kilkoma.
Ciekawie śledzi się nie tylko losy głównych bohaterów, ale również same opisy przeróżnych sytuacji społecznych w miasteczku i porównuje się z innymi czasami, innymi ludźmi. Wbrew różnicom, jesteśmy dość podobni - tak samo żyjemy życiem innych i plotkujemy o nich, a czasem obmawiamy mylnie interpretując jakieś informacje. Mamy jednak o wiele większą swobodę. Dawniej kręcący się w pobliżu panny kawaler, który ograniczał się do rzucania jej powłóczystych spojrzeń i kręcenia się wokół niej bez wyraźnej deklaracji, przyczyniał się do narażenia na szwank jej i swojej reputacji. Otoczenie robiło wobec tego wszystko, aby skłonić go do oświadczyn. Obecnie taki facet staje się przede wszystkim pośmiewiskiem swoich kolegów. Do tego osoby wolne mogą bez przeszkód spacerować z osobami płci przeciwnej. W czasach Gaskell młodzi ludzie, mogli spotykać się wyłącznie pod kontrolą rodziców, a do krótkich rozmów na osobności dochodziło dopiero wtedy, gdy należało omówić kwestie wzajemnych uczuć. Dzisiaj istnieją portale randkowe, kluby, imprezy... Takich spostrzeżeń możemy dokonać jeszcze wiele.
Książkę czyta się o wiele lepiej niż "Północ i południe". Język pani Gaskell, elegancki i wytworny, w tej książce nie wydaje się specjalnie zawiły i utrudniający lekturę. A może to ja się już przyzwyczaiłam? Liczne konflikty i szybko rozwijająca się fabuła powodują, że jest się trudno oderwać od lektury (przesiedziałam nad książką sobotni wieczór i niedzielne przedpołudnie - ma ona ponad 800 stron). Polecam wszystkim amatorom sag rodzinnych, którzy lubią nie tylko wartką i szybko rozwijającą się akcję, ale również są ciekawi jej szerszego społecznego tła. A ja oczywiście po cichu liczę, że kolejne książki pani Gaskell również zostaną spolszczone :)
Elisabeth Gaskell, Żony i córki, Świat Książki, Warszawa 2012. Za książkę dziękuję p. Katarzynie Kwiatkowskiej, tłumaczce.
Główną bohaterką książki jest Molly, córka lekarza w miasteczku Hollingford. To zwyczajna dziewczyna z sąsiedztwa, skromna, sympatyczna, pełna ciepła i życzliwości, prostolinijna i uczciwa, podobnie jak jej ojciec. Wcześnie straciła matkę, a gdy jest w wieku -nastu lat, jej ojciec żeni się ponownie. Macocha okazuje się jednak skrajnie odmienną osobowością od doktora i jego córki. Lubi życie na pokaz, ceni innych ludzi, o ile może dzięki nim uzyskać określone korzyści materialne, jest mistrzynią intryg i manipulacji, zręcznie porusza się w swoim małomiasteczkowym środowisku, jak również wśród wyższych sfer. Jej córka Cynthia, przybrana siostra Molly, jest z kolei notoryczną flirciarą. Niestała w uczuciach, bawi się rozkochiwaniem w sobie kolejnych adoratorów. Taka mieszanka charakterów rzecz jasna musi zaowocować konfliktem, a nawet kilkoma.
Ciekawie śledzi się nie tylko losy głównych bohaterów, ale również same opisy przeróżnych sytuacji społecznych w miasteczku i porównuje się z innymi czasami, innymi ludźmi. Wbrew różnicom, jesteśmy dość podobni - tak samo żyjemy życiem innych i plotkujemy o nich, a czasem obmawiamy mylnie interpretując jakieś informacje. Mamy jednak o wiele większą swobodę. Dawniej kręcący się w pobliżu panny kawaler, który ograniczał się do rzucania jej powłóczystych spojrzeń i kręcenia się wokół niej bez wyraźnej deklaracji, przyczyniał się do narażenia na szwank jej i swojej reputacji. Otoczenie robiło wobec tego wszystko, aby skłonić go do oświadczyn. Obecnie taki facet staje się przede wszystkim pośmiewiskiem swoich kolegów. Do tego osoby wolne mogą bez przeszkód spacerować z osobami płci przeciwnej. W czasach Gaskell młodzi ludzie, mogli spotykać się wyłącznie pod kontrolą rodziców, a do krótkich rozmów na osobności dochodziło dopiero wtedy, gdy należało omówić kwestie wzajemnych uczuć. Dzisiaj istnieją portale randkowe, kluby, imprezy... Takich spostrzeżeń możemy dokonać jeszcze wiele.
Książkę czyta się o wiele lepiej niż "Północ i południe". Język pani Gaskell, elegancki i wytworny, w tej książce nie wydaje się specjalnie zawiły i utrudniający lekturę. A może to ja się już przyzwyczaiłam? Liczne konflikty i szybko rozwijająca się fabuła powodują, że jest się trudno oderwać od lektury (przesiedziałam nad książką sobotni wieczór i niedzielne przedpołudnie - ma ona ponad 800 stron). Polecam wszystkim amatorom sag rodzinnych, którzy lubią nie tylko wartką i szybko rozwijającą się akcję, ale również są ciekawi jej szerszego społecznego tła. A ja oczywiście po cichu liczę, że kolejne książki pani Gaskell również zostaną spolszczone :)
Elisabeth Gaskell, Żony i córki, Świat Książki, Warszawa 2012. Za książkę dziękuję p. Katarzynie Kwiatkowskiej, tłumaczce.
piątek, 3 lutego 2012
Ksiądz Paradoks - Magdalena Grzebałkowska
Jakoś tak mi się kącik biograficzny ostatnio na blogu zrobił, ale nic na to nie poradzę, że lubię czytać o innych ludziach. O ich życiowych wyborach, nierzadko poplątanych drogach, skomplikowanych charakterach. Stąd też i moje zainteresowanie biografią ks. Jana Twardowskiego "Ksiądz Paradoks", napisaną przez Magdalenę Grzebałkowską, dziennikarkę "Gazety Wyborczej". Niektórzy z Was mogą kojarzyć fragmenty tej książki, ponieważ pojawiały się jako reportaże w "Gazecie".
Książka zaczyna się od historii odchodzenia księdza Jana. Warszawski szpital, zgromadzone bliskie osoby, słabnący ksiądz-poeta, który dyktuje swój ostatni wiersz. A potem przeskok do Warszawy w czasie pierwszej wojny światowej, gdy na świat przychodzi mały Jaś. Ojciec widziałby w nim kolejarza, chłopcu pisana jest jednak inna droga: chce być literatem. Po studiach polonistycznych zdecyduje się jednak na wstąpienie do seminarium duchownego. Ten wątek często jest obecny w wojennych biografiach: odpowiedzią na bezsens śmierci panoszącej się wokół, staje się wiara i dokonywane pod jej wpływem wybory. Równocześnie nadal będzie pisał wiersze i stopniowo zyska sławę oraz popularność. Ksiądz-poeta jest człowiekiem licznych paradoksów: cichy, skromny, nieprzepadający za publicznymi wystąpieniami, a równocześnie maskujący powiększającą się łysinę sztucznymi włosami (tzw. tupecikiem). Choć oblegany przez licznych wielbicieli i wielbicielki jego twórczości, a niekiedy też i odwiedzany przez duchy (na przykład ducha policjanta wchodzącego mu do łóżka), pozostaje człowiekiem samotnym. Bardzo wymowny jest sposób spędzania przez niego Wigilii: chodzenie po mieście i zaglądanie w okna znajomych i obcych ludzi...
Wiele pozostaje jednak niewiadome biografce i jej czytelnikom: fakty z życia księdza są niekiedy trudne do ustalenia, gdyż wielu jego bliskich już nie żyje, z kolei o wszelkich trudnych sprawach jego znajomi nie chcą mówić. Wiele kontrowersji budzi też fakt zapisania przez księdza Jana całej swojej spuścizny jednej z opiekujących się nim młodych kobiet i sposób, w jaki spadkobierczyni dochodziła potem swoich praw. Kolejną szeroko dyskutowaną sprawą było niespełnienie przez prymasa Józefa Glempa ostatniej woli zmarłego Księdza-Poety: chciał zostać pochowany na Powązkach, a znalazł się w grobowcach w Świątyni Opatrzności w Wilanowie. Wielbiciele jego twórczości wciąż zostawiają przy jego płycie nagrobnej figurki biedronek...
Książka jest zilustrowana licznymi zdjęciami. Czarno-białe są dopowiedzeniem do historii życia księdza Jana. Jedyna wklejka przedstawia jego skromne, przytulne mieszkanie przy warszawskim kościele sióstr Wizytek. Zdjęcia zostały zapewne wykonane jeszcze za życia księdza, gdyż mieszkanie jest pełne przedmiotów (tymczasem autorka książki pisze o wizycie w mieszkaniu, które po śmierci księdza zostało częściowo opróżnione z rzeczy po nim). Zdjęcia bliskich na dużym regale z książkami, drewniane figurki, kolorowe poduszki, stare modlitewniki i różańce, czy stojące pod łóżkiem buty mówią o księdzu Twardowskim równie dużo, co tekst...
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Książka zaczyna się od historii odchodzenia księdza Jana. Warszawski szpital, zgromadzone bliskie osoby, słabnący ksiądz-poeta, który dyktuje swój ostatni wiersz. A potem przeskok do Warszawy w czasie pierwszej wojny światowej, gdy na świat przychodzi mały Jaś. Ojciec widziałby w nim kolejarza, chłopcu pisana jest jednak inna droga: chce być literatem. Po studiach polonistycznych zdecyduje się jednak na wstąpienie do seminarium duchownego. Ten wątek często jest obecny w wojennych biografiach: odpowiedzią na bezsens śmierci panoszącej się wokół, staje się wiara i dokonywane pod jej wpływem wybory. Równocześnie nadal będzie pisał wiersze i stopniowo zyska sławę oraz popularność. Ksiądz-poeta jest człowiekiem licznych paradoksów: cichy, skromny, nieprzepadający za publicznymi wystąpieniami, a równocześnie maskujący powiększającą się łysinę sztucznymi włosami (tzw. tupecikiem). Choć oblegany przez licznych wielbicieli i wielbicielki jego twórczości, a niekiedy też i odwiedzany przez duchy (na przykład ducha policjanta wchodzącego mu do łóżka), pozostaje człowiekiem samotnym. Bardzo wymowny jest sposób spędzania przez niego Wigilii: chodzenie po mieście i zaglądanie w okna znajomych i obcych ludzi...
Wiele pozostaje jednak niewiadome biografce i jej czytelnikom: fakty z życia księdza są niekiedy trudne do ustalenia, gdyż wielu jego bliskich już nie żyje, z kolei o wszelkich trudnych sprawach jego znajomi nie chcą mówić. Wiele kontrowersji budzi też fakt zapisania przez księdza Jana całej swojej spuścizny jednej z opiekujących się nim młodych kobiet i sposób, w jaki spadkobierczyni dochodziła potem swoich praw. Kolejną szeroko dyskutowaną sprawą było niespełnienie przez prymasa Józefa Glempa ostatniej woli zmarłego Księdza-Poety: chciał zostać pochowany na Powązkach, a znalazł się w grobowcach w Świątyni Opatrzności w Wilanowie. Wielbiciele jego twórczości wciąż zostawiają przy jego płycie nagrobnej figurki biedronek...
Książka jest zilustrowana licznymi zdjęciami. Czarno-białe są dopowiedzeniem do historii życia księdza Jana. Jedyna wklejka przedstawia jego skromne, przytulne mieszkanie przy warszawskim kościele sióstr Wizytek. Zdjęcia zostały zapewne wykonane jeszcze za życia księdza, gdyż mieszkanie jest pełne przedmiotów (tymczasem autorka książki pisze o wizycie w mieszkaniu, które po śmierci księdza zostało częściowo opróżnione z rzeczy po nim). Zdjęcia bliskich na dużym regale z książkami, drewniane figurki, kolorowe poduszki, stare modlitewniki i różańce, czy stojące pod łóżkiem buty mówią o księdzu Twardowskim równie dużo, co tekst...
Magdalena Grzebałkowska, Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
wtorek, 31 stycznia 2012
Bóg, kasa, rock'n'roll - Szymon Hołownia i Marcin Prokop
Prawdę mówiąc, to obawiałam się tej książki. Nie tylko ja, Wy również się obawialiście. Po "Bogu - życiu i twórczości", produkowanie przez Szymona Hołownię kolejnej książki w tak zastraszającym tempie nie wróżyło dobrze. Do tego telewizyjny wizerunek Marcina Prokopa nie zachęcał do sięgnięcia po tę książkę. Bo o czym to ci dwaj panowie mogą rozmawiać i jaki będzie poziom ich dyskusji?
Z tymi wszystkimi wątpliwościami sięgnęłam po książkę "Bóg, kasa, rock'n'roll". To spisane rozmowy prowadzących "Mam Talent" na ważkie tematy: istnienia Boga, Kościoła katolickiego w jego obecnej formie, współczesnej popkultury z jej idolami, modlitwy, pieniędzy. Mamy tutaj ciekawe zderzenie dwóch osobowości: poszukującego Marcina oraz wierzącego Szymona. Marcin dzieli się swoimi wątpliwościami i przemyśleniami, nie obawia się wyrażać krytycznie o tym, co nie podoba mu się w katolicyzmie czy Kościele, Szymon próbuje znaleźć odpowiedź. Ciekawy to kontrast. A równocześnie pytania znane wierzącym i niewierzącym z ich osobistego doświadczenia rozmów z tymi, którzy mają zupełnie inny światopogląd. Dobrze, że powstała taka książka - utożsamiający się z Marcinem mogą przeczytać, jak na ich wątpliwości odpowiada Szymon. Ci, którzy podzielają poglądy Szymona, mogą przekonać się, z jakimi pytaniami od znajomych mogą się spotkać i dostać inspirację do poszukiwania własnych odpowiedzi. Kontrast stanowią też style obu autorów: wypowiedzi Marcina bardziej przypominają język mówiony, nieformalny, Szymona zaś - język pisany, i bardziej formalny, zwłaszcza tam, gdzie Szymon próbuje zahaczać o wiedzę z zakresu teologii. Jednak i tak jego wypowiedzi są zrozumiałe, a słownictwo bliskie doświadczeniu przeciętnego człowieka (dla porównania, gdy przeczytałam tekst w ostatnim numerze "W Drodze" z analizą języka kościelnych tekstów o ludzkiej seksualności, po prostu się załamałam).
Panowie nie szczędzą sobie, rzecz jasna, żartów, czasem dość uszczypliwych. Czasem śmiałam się na całe gardło. Możemy też dowiedzieć się, że odróżniają swój publiczny wizerunek (który przez opinię publiczną jest z nimi utożsamiany) od wizerunku prywatnego. Marcin Prokop o swojej prywatności mówi jednak niewiele, równie oszczędnie opowiada o niej Szymon. Poza kilkoma wyjątkami: możemy dowiedzieć się, jaka była Szymonowa droga wiary i dlaczego aż dwukrotnie wiodła przez nowicjat zakonu dominikanów, do których zresztą Szymon do dziś ma duży sentyment. Dowiadujemy się, jak Szymon rozmawia z Bogiem, a przy okazji o tym, że lubi kupować różańce.Mnie osobiście najbardziej poruszył opis historii, kiedy Szymon zorientował się, że modlitwa o życie jego krewnego nie będzie wysłuchana: "Nie wiem, do czego to porównać - może do uderzania w struny - słyszysz, które dźwięczą, a które są głuche". Mam podobne doświadczenia. I podobnie lubię słuchać kazań o. Pawła Krupy. Ale wróćmy do książki. Dobrze, że pojawiły się w niej kwestie, które obecnie bardzo mocno są dyskutowane w polskim społeczeństwie: in vitro, pozycja Kościoła katolickiego w Polsce, pedofilia w Kościele, eutanazja, aborcja, ksiądz Rydzyk... Dobrze, że pojawiły się tematy związane ze statusem celebrytów (w końcu obaj panowie nimi są) czy pieniędzmi. Tutaj częściej głos zabiera Marcin Prokop, który mówi o tym, jak gwiazdy showbusinessu są traktowane przez media, czy też opowiada o swoim stosunku do pieniędzy. Zabrakło mi takiego wątku, jak relacje z ludźmi, bo to też jest sfera, na którą duży wpływ ma światopogląd, ale też wokół której toczy się debata (związki osób tej samej płci, małżeństwo, etc. - to się rzecz jasna w tej książce przewija, ale jakby mimochodem).
Poleciłabym tę książkę przede wszystkim wątpiącym lub niewierzącym, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej, ale równocześnie aby to coś więcej było napisane w przystępnym dla nich języku. Z drugiej strony zaś tym wierzącym, którzy zastanawiają się, jak rozmawiać z ich wątpiącymi lub niewierzącymi znajomymi zadającymi mnóstwo pytań. A także tym wszystkim, którzy są zwyczajnie ciekawi celebryckiego życia - wcale nie jest ono tak usłane różami, jak wydaje się to na ekranie telewizora...
Szymon Hołownia, Marcin Prokop, Bóg, kasa i rock'n'roll, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Z tymi wszystkimi wątpliwościami sięgnęłam po książkę "Bóg, kasa, rock'n'roll". To spisane rozmowy prowadzących "Mam Talent" na ważkie tematy: istnienia Boga, Kościoła katolickiego w jego obecnej formie, współczesnej popkultury z jej idolami, modlitwy, pieniędzy. Mamy tutaj ciekawe zderzenie dwóch osobowości: poszukującego Marcina oraz wierzącego Szymona. Marcin dzieli się swoimi wątpliwościami i przemyśleniami, nie obawia się wyrażać krytycznie o tym, co nie podoba mu się w katolicyzmie czy Kościele, Szymon próbuje znaleźć odpowiedź. Ciekawy to kontrast. A równocześnie pytania znane wierzącym i niewierzącym z ich osobistego doświadczenia rozmów z tymi, którzy mają zupełnie inny światopogląd. Dobrze, że powstała taka książka - utożsamiający się z Marcinem mogą przeczytać, jak na ich wątpliwości odpowiada Szymon. Ci, którzy podzielają poglądy Szymona, mogą przekonać się, z jakimi pytaniami od znajomych mogą się spotkać i dostać inspirację do poszukiwania własnych odpowiedzi. Kontrast stanowią też style obu autorów: wypowiedzi Marcina bardziej przypominają język mówiony, nieformalny, Szymona zaś - język pisany, i bardziej formalny, zwłaszcza tam, gdzie Szymon próbuje zahaczać o wiedzę z zakresu teologii. Jednak i tak jego wypowiedzi są zrozumiałe, a słownictwo bliskie doświadczeniu przeciętnego człowieka (dla porównania, gdy przeczytałam tekst w ostatnim numerze "W Drodze" z analizą języka kościelnych tekstów o ludzkiej seksualności, po prostu się załamałam).
Panowie nie szczędzą sobie, rzecz jasna, żartów, czasem dość uszczypliwych. Czasem śmiałam się na całe gardło. Możemy też dowiedzieć się, że odróżniają swój publiczny wizerunek (który przez opinię publiczną jest z nimi utożsamiany) od wizerunku prywatnego. Marcin Prokop o swojej prywatności mówi jednak niewiele, równie oszczędnie opowiada o niej Szymon. Poza kilkoma wyjątkami: możemy dowiedzieć się, jaka była Szymonowa droga wiary i dlaczego aż dwukrotnie wiodła przez nowicjat zakonu dominikanów, do których zresztą Szymon do dziś ma duży sentyment. Dowiadujemy się, jak Szymon rozmawia z Bogiem, a przy okazji o tym, że lubi kupować różańce.Mnie osobiście najbardziej poruszył opis historii, kiedy Szymon zorientował się, że modlitwa o życie jego krewnego nie będzie wysłuchana: "Nie wiem, do czego to porównać - może do uderzania w struny - słyszysz, które dźwięczą, a które są głuche". Mam podobne doświadczenia. I podobnie lubię słuchać kazań o. Pawła Krupy. Ale wróćmy do książki. Dobrze, że pojawiły się w niej kwestie, które obecnie bardzo mocno są dyskutowane w polskim społeczeństwie: in vitro, pozycja Kościoła katolickiego w Polsce, pedofilia w Kościele, eutanazja, aborcja, ksiądz Rydzyk... Dobrze, że pojawiły się tematy związane ze statusem celebrytów (w końcu obaj panowie nimi są) czy pieniędzmi. Tutaj częściej głos zabiera Marcin Prokop, który mówi o tym, jak gwiazdy showbusinessu są traktowane przez media, czy też opowiada o swoim stosunku do pieniędzy. Zabrakło mi takiego wątku, jak relacje z ludźmi, bo to też jest sfera, na którą duży wpływ ma światopogląd, ale też wokół której toczy się debata (związki osób tej samej płci, małżeństwo, etc. - to się rzecz jasna w tej książce przewija, ale jakby mimochodem).
Poleciłabym tę książkę przede wszystkim wątpiącym lub niewierzącym, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej, ale równocześnie aby to coś więcej było napisane w przystępnym dla nich języku. Z drugiej strony zaś tym wierzącym, którzy zastanawiają się, jak rozmawiać z ich wątpiącymi lub niewierzącymi znajomymi zadającymi mnóstwo pytań. A także tym wszystkim, którzy są zwyczajnie ciekawi celebryckiego życia - wcale nie jest ono tak usłane różami, jak wydaje się to na ekranie telewizora...
Szymon Hołownia, Marcin Prokop, Bóg, kasa i rock'n'roll, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
sobota, 28 stycznia 2012
Cukiernia pod Amorem. Hryciowie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Dwie poprzednie książki z cyklu "Cukiernia pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk tak mnie wciągnęły, że z niecierpliwością czekałam trzeciej. Bardzo się zmartwiłam, gdy autorka na swojej stronie napisała, że wydanie książki się opóźni - straciła tekst z powodu awarii komputera. "Hryciowie" ukazali się zatem nie w kwietniu zeszłego roku, jak planowano, ale dopiero jesienią. Ja zaś dopadłam książkę w naszej mokotowskiej bibliotece dopiero teraz. Wieczór, rzecz jasna, miałam z głowy - gdy zaczęłam czytać po powrocie do domu z basenu, skończyłam dopiero późno w nocy, a do pracy poszłam niewyspana.
Książka jest tak samo wciągająco napisana, jak dwie poprzednie. Do tego pchała mnie zwykła ludzka ciekawość, jak dalej potoczyły się losy bohaterów. Współczesnych Hryciów - Igi, jej ojca i wuja (zamieszanych w romans z tą samą kobietą) czy babki Igi, Celiny Hryć i Adama Toroszyna, jej ukochanego z młodzieńczych lat. Czy Tomasz Zajezierski dowiedział się o istnieniu jego nieślubnego syna, Pawła Cieślaka? Czy zwłoki kobiety odnalezione w podziemnym przejściu, to aby na pewno żydowska bojowniczka Lilith Cukierman? Skąd miała na palcu rodowy pierścień Zajezierskich? Czy w czasie wojny aktorka Gina Weylen zdradziła Polskę śpiewajac dla Hitlera? Swoją drogą, jej postać jest tak sugestywnie przedstawiona, że aż chciałam sprawdzić, czy istniała naprawdę - i po wejściach z wyszukiwarek na mojego bloga widzę, że nie tylko ja dałam się złapać ;) Na część tych pytań znajdziecie odpowiedź, jednak lojalnie uprzedzam, że nie na wszystkie - zgodnie z regułami sztuki, czytający zostaje z lekkim niedosytem...
Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Hryciowie, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.
niedziela, 22 stycznia 2012
Ratując Amy - Daphne Barak
Moja poszła do wydawnictwa, a ja wróciłam do czytania literatury. Nareszcie! Mogłam zajrzeć do biblioteki i wypożyczyć parę nowości wyszperanych na półce z nowościami.
Na pierwszy ogień poszła biografia napisana przez Daphne Barak, "Ratując Amy. Historia bez happy endu". Może dlatego, że bardzo wbił mi się w pamięć ten straszny film z ostatniego koncertu Amy Winehouse, który krążył po internecie. Później zobaczyłam przejmujące zdjęcie artystki, z którego patrzyła na fotografa oczami zaszczutego zwierzęcia. A potem była śmierć, do której, jak się okazało, przyczyniło się wypicie przez Amy dużej dawki alkoholu. Pamiętałam o wiele wcześniejsze recenzje dziennikarzy zachwyconych niezwykłym talentem wokalnym młodej dziewczyny. I ciągle zadawałam sobie pytanie: co takiego właściwie się stało?
Chyba dlatego właśnie sięgnęłam po tę książkę. Trochę byłam zawiedziona - Daphne Barak to biografka celebrytów i polityków, która nie chce zostać wyłącznie pasem transmisyjnym. Dyskretnie buduje swój ekspercki wizerunek, napomykając o tych, których już zna czy też o swoim powodzeniu materialnym. Pierwszoplanową postacią książki okazała się też wcale nie sama wokalistka, ale jej ojciec Mitchell Winehouse. I to głównie z jego perspektywy oglądamy historię jego córki.
Na samo pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Możemy o to obwiniać skomplikowaną sytuację w rodzinie Winehouse'ów - rozwiedzeni rodzice, matka Amy "nierozstana" psychicznie z mężem, który zostawił ją dla innej kobiety. Nadmiernie kontrolujący ojciec, w dodatku realizujący za pomocą córki swoje niespełnione artystyczne ambicje (sam jest uzdolniony muzycznie, ale Amy zdecydowanie go przerosła). Kompletnie niewidoczny i nieobecny w tej książce brat. Sama Amy, którą autorka opisuje jako niedojrzałą dziewczynkę. Czy choroba nie była dla niej przypadkiem sposobem na to, by mieć obydwoje rodziców przy sobie? A może po prostu nie była w stanie poradzić sobie ze swoim sukcesem? Pokazana też została całkowita bezradność całej rodziny w obliczu nałogu narkotykowego Amy (później narkotyki zastąpił alkohol). Matka uważała, że Amy nie chce sobie pomóc sama, ojciec próbował ją na wszelkie sposoby kontrolować.
Książka jest ilustrowana zdjęciami. Te najwcześniejsze, chociażby z Mercury Awards w 2004 r. przedstawiają młodą, pełną życia dziewczynę. Na kolejnych widać, jak Amy powoli staje się cieniem samej siebie, chociaż to nie są jeszcze te najbardziej drastyczne zdjęcia. Pozostała muzyka...
Daphne Barak - Ratując Amy. Historia bez happy endu, G+J Książki, Warszawa 2011
Na pierwszy ogień poszła biografia napisana przez Daphne Barak, "Ratując Amy. Historia bez happy endu". Może dlatego, że bardzo wbił mi się w pamięć ten straszny film z ostatniego koncertu Amy Winehouse, który krążył po internecie. Później zobaczyłam przejmujące zdjęcie artystki, z którego patrzyła na fotografa oczami zaszczutego zwierzęcia. A potem była śmierć, do której, jak się okazało, przyczyniło się wypicie przez Amy dużej dawki alkoholu. Pamiętałam o wiele wcześniejsze recenzje dziennikarzy zachwyconych niezwykłym talentem wokalnym młodej dziewczyny. I ciągle zadawałam sobie pytanie: co takiego właściwie się stało?
Chyba dlatego właśnie sięgnęłam po tę książkę. Trochę byłam zawiedziona - Daphne Barak to biografka celebrytów i polityków, która nie chce zostać wyłącznie pasem transmisyjnym. Dyskretnie buduje swój ekspercki wizerunek, napomykając o tych, których już zna czy też o swoim powodzeniu materialnym. Pierwszoplanową postacią książki okazała się też wcale nie sama wokalistka, ale jej ojciec Mitchell Winehouse. I to głównie z jego perspektywy oglądamy historię jego córki.
Na samo pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Możemy o to obwiniać skomplikowaną sytuację w rodzinie Winehouse'ów - rozwiedzeni rodzice, matka Amy "nierozstana" psychicznie z mężem, który zostawił ją dla innej kobiety. Nadmiernie kontrolujący ojciec, w dodatku realizujący za pomocą córki swoje niespełnione artystyczne ambicje (sam jest uzdolniony muzycznie, ale Amy zdecydowanie go przerosła). Kompletnie niewidoczny i nieobecny w tej książce brat. Sama Amy, którą autorka opisuje jako niedojrzałą dziewczynkę. Czy choroba nie była dla niej przypadkiem sposobem na to, by mieć obydwoje rodziców przy sobie? A może po prostu nie była w stanie poradzić sobie ze swoim sukcesem? Pokazana też została całkowita bezradność całej rodziny w obliczu nałogu narkotykowego Amy (później narkotyki zastąpił alkohol). Matka uważała, że Amy nie chce sobie pomóc sama, ojciec próbował ją na wszelkie sposoby kontrolować.
Książka jest ilustrowana zdjęciami. Te najwcześniejsze, chociażby z Mercury Awards w 2004 r. przedstawiają młodą, pełną życia dziewczynę. Na kolejnych widać, jak Amy powoli staje się cieniem samej siebie, chociaż to nie są jeszcze te najbardziej drastyczne zdjęcia. Pozostała muzyka...
Daphne Barak - Ratując Amy. Historia bez happy endu, G+J Książki, Warszawa 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)









