wtorek, 28 września 2010

:: Proboszcz w sercu piekła :: Nandino Capovilla

Nie wiem, jaki macie obraz konfliktu palestyńsko-izraelskiego, ale ja, dzięki mediom, mam dość jednoznaczny: palestyńscy terroryści i niewinnie mordowani żydowscy cywile. Do tej pory nie zastanawiałam się, dlaczego właśnie tak ten konflikt jest przedstawiany. Zważywszy na to, że jesteśmy w dość silnej orbicie politycznych wpływów Stanów Zjednoczonych, ale też będąc świadkami cierpień, jakie spotkały naród żydowski podczas II wojny światowej, chyba nietrudno zrozumieć, dlaczego Żydzi są zawsze obsadzani w roli ofiary.

Tymczasem maleńka książeczka, "Proboszcz w sercu piekła" - zapis wywiadu przeprowadzonego przez ks. Nandino Capovillę z abuną Manuelem Mussalamą, otrzymana dzięki uprzejmości Wydawnictwa eSPe, pokazuje drugą stronę medalu. Do tego z perspektywy naocznego świadka, palestyńskiego księdza, który pracował w Strefie Gazy. Konflikt palestyńsko-izraelski czy konflikt pomiędzy głównymi siłami politycznymi Palestyńczyków, Hamasem i Fatah, są niejako tłem. Na pierwszy plan wysuwają się cierpienia cywilnych ofiar konfliktu w jego odsłonie z Bożego Narodzenia 2008 r., kiedy to nastąpił atak Izraela na Gazę. Okazuje się, że Izraelczycy nie pozostają dłużni w stosowaniu przemocy - strzelają do małych dzieci i kobiet, stosują bomby fosforowe (powodujące palące się rany), bombardują palestyńskie karetki, utrudniają ludności Gazy dostęp do pożywienia, wody czy prądu. Prawa człowieka są łamane na wszystkie możliwe sposoby. Tymczasem Palestyńczycy są wobec siebie solidarni, mimo, że są wyznawcami dwóch różnych religii - chrześcijaństwa i islamu - potrafią udzielać sobie wzajemnej pomocy i wsparcia nawet w tak trudnych momentach. Do tego sugestywne zdjęcia, najbardziej chyba to, na którym może półtoraroczny chłopiec z obawą patrzy w niebo i to, z którego patrzy na nas może dwuletnia pacjentka palestyńskiego szpitala, mocno poparzona na buzi.

To, czego mi zabrakło, to nakreślenia tła politycznego konfliktu, tak, abyśmy wiedzieli, o co toczy się ta wojna, ale też nakreślenia układu sił politycznych wśród samych Palestyńczyków. Przyznam, że nie bardzo rozumiałam, czym różnią się Hamas i Fatah, poza tym, że za rządów Hamasu w Gazie panowała większa dyscyplina i porządek. Zabrakło mi też wyjaśnienia, skąd biorą się akty terroru popełniane przez Palestyńczyków (tylko niejasna sugestia, że popełniają je niektórzy Palestyńczycy i to oni powinni być pociągnięci do odpowiedzialności) i tego, skąd jednak bierze się broń w kanałach do transportu żywności (Strefa Gazy, ze względu na liczne embarga, jest zaopatrywana w żywność i inne produkty podziemnymi tunelami z Egiptu) i komu właściwie ona jest potrzebna. Nie przekonuje mnie stwierdzenie w rodzaju "czują się zagrożeni, to potrzebują mieć broń".

Rozmówcy mają w każdym razie nadzieję, że pokój jest możliwy. Informują o przebiegu europejskich polityków czy papieża Benedykta XVI, aby w ten sposób próbować wywrzeć większy nacisk na Izrael. Zabiegają także o zmianę sposobu omawiania konfliktu w mediach, tak, aby relacjonowany on był w sposób bardziej bezstronny, niż ma to miejsce do tej pory.

Nandino Capoville, "Proboszcz w sercu piekła", Wydawnictwo eSPe, Kraków 2010.

środa, 22 września 2010

:: Kolebka nawigatorów :: Karol Olgierd Borchardt

Książkę Karola Olgierda Borchardta "Znaczy kapitan" przez wiele lat widziałam na półkach z książkami w domu moich rodziców. Tytuł intrygował mnie do tego stopnia, że w wieku -nastu lat w końcu po nią sięgnęłam. Bardzo mi się podobała. Dlatego, gdy dwa tygodnie temu zobaczyłam, że moja biblioteka ma w katalogu inną książkę Karola Olgierda Borchardta, "Kolebka nawigatorów", zarezerwowałam ją bez wahania.


Jeśli ktoś czytał książkę "Znaczy Kapitan", "Kolebka" jest dość podobna - to ciąg luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Niektóre dotyczą narodzin polskiej marynarki w momencie odzyskania niepodległości i dalszej jej historii, pokazanej przez życiorysy ludzi, którzy tę marynarkę tworzyli. Inne wspominają historie z życia autora i jego kolegów z czasów rejsów na statku szkoleniowym Szkoły Morskiej w Tczewie "Lwów". Jeszcze inne to dalsze losy autora - a to z czasów służby na morzu, a to wykładowcy starającego się swoim studentom przekazać nie tylko swoją wiedzę, ale też swoją filozofię życia. Jeszcze inne zawierają wyniki poszukiwań historycznych Borchardta związanych z tematyką morską - jak na przykład opowieść o chronometrach, występująca zresztą w książce w dwóch wersjach czy historia statku "Krótka Koszulka", która jest bardzo długim wstępem do informacji o nagrodzie zdobytej przez polskiego kapitana "Daru Pomorza". Całość opowiedziana z humorem i pogodą ducha oraz lekkim patosem.

Karol Olgierd Borchardt był zresztą sam ciekawą postacią. Według biogramu, zamieszczonego na stronie Wydawnictwa Bernardinum, Żył w latach 1905-1986, urodził się w Moskwie, dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Wilnie. Ukończył szkołę Morską w Tczewie. Całe swoje życie służył morzu. Przed wojną pływał m.in. na transatlantykach "Polonia", "Kościuszko" i "Piłsudski". Podczas wojny pełnił służbę na morzu. Po powrocie do kraju w 1949 pracował już tylko na lądzie, pozbawiony decyzją polityczną prawa uprawiania zawodu oficera Marynarki Handlowej. Wykładał w Wyższej Szkole Morskiej, ucząc przyszłych oficerów floty handlowej i rybackiej m.in. astronawigacji, nawigacji, locji, oceanografii i wiedzy okrętowej. Był autorem artykułów i książek poświęconych tematyce marynistycznej, ale co ciekawsze, także malował akwarele i szkicował (kilka jego prac zostało zreprodukowanych w książce). Więcej na jego temat na poświęconej mu stronie.

Karol Olgierd Borchardt, "Kolebka nawigatorów", Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin 2010.

niedziela, 12 września 2010

:: Officium Secretum. Pies Pański :: Marcin Wroński

Bardzo rzadko sięgam po kryminały. Kiedyś miałam fazę na Raymonda Chandlera, bo swego czasu polecał go Tomasz Beksiński w jednej ze swoich audycji, potem siostra poleciła mi "Lesia" Joanny Chmielewskiej, który jest nie tyle kryminałem, co jego parodią. Ale do gatunku jako takiego mnie nie ciągnie. No, chyba, że porusza inne, ciekawe dla mnie wątki.

Na przykład wątki związane z dominikanami. Stąd znalazły się swego czasu w szafce książeczka "Bezpański pies" i książka "Pan Szatan" Irka Grina. Bohaterem obu jest prywatny detektyw Józef Maria Dyduch, były dominikanin, w tle miasto Kraków. Postać dosyć oryginalna. Dlatego też ostatnio znalazła się w szafce książka Marcina Wrońskiego "Officium Secretum. Pies Pański".


Główny bohater książki to dominikanin, ojciec Marek Gliński, który wraca do Lublina oficjalnie jako wykładowca KUL, jednak mając do wykonania także misję nieoficjalną. Jaką, tego stopniowo dowiadujemy się wraz z rozwojem akcji, nie tylko obserwując poczynania samego Glińskiego, ale również oczami tropiących go dziennikarza i policjanta. Stopniowo poznajemy też jego przeszłość - okazuje się, że przed wstąpieniem do zakonu był agentem SB, co nadal pamięta jeszcze wiele osób, między innymi pewien pracownik Uniwersytetu... Z kolei ambitna córka tegoż pracownika próbuje zrobić karierę polityczną wykorzystując to, że jej ojciec był prześladowany przez służby - nawet jeśli samego ojca zdążyła znienawidzić za ciągłą nieobecność w domu. A skoro jest kryminał, musi być też trup, tym razem franciszkański. Ale wszystkiego nie zdradzę. Przeczytajcie sami. Chociaż gdybym miała wybierać, to zdecydowanie bardziej podobają mi się książki Irka Grina, ze względu na chandlerowski, podszyty ironią i dystansem, sposób sportretowania głównego bohatera. Gliński wydaje się mało wyrazisty, także przez to, że jest pokazany z dwóch perspektyw równocześnie: wszechwiedzącego (lecz mało gadatliwego) narratora w trzeciej osobie, który głównie rejestruje zachowania, ale też ciekawskiego dziennikarza, który nie wie wszystkiego, ale za to myśli bardzo schematycznie.

Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego dominikanie są w Polsce tak dobrymi kandydatami na bohaterów kryminałów? Wielowiekowe skojarzenia z Inkwizycją? Może też prestiż samego zakonu - obydwu dominikańskich bohaterów, i Dyducha, i Glińskiego, wyróżnia zamiłowanie do luksusu i drogich gadżetów, co może być pewną wskazówką, swego rodzaju chińskim portretem (dla niewtajemniczonych: to technika projekcyjna stosowana w badaniu marek - badani maja za zadanie wyobrazić sobie markę jako człowieka, i po tym jak go opiszą, można wnioskować, jaki wizerunek marki naprawdę noszą w głowie). A może macie jeszcze jakieś inne pomysły?

Marcin Wroński, Officium Secretum. Pies Pański, WAB, Warszawa 2010

czwartek, 9 września 2010

:: Czas w dom zaklęty :: Katarzyna Enerlich

Szybko zapadający jesienny zmierzch i wiatr zacinający deszczem o szyby, a w domu herbata, ciepły koc, i książka. Najlepiej z optymistycznym przesłaniem, że w życiu po tych trudniejszych momentach przychodzi czas na lepsze, że kiedyś znowu będzie słonecznie i ciepło. Jak chociażby "Czas w dom zaklęty", trzecia książka Katarzyny Enerlich.


Książka opowiada historię Ruty, mieszkanki małego mazurskiego miasteczka i jest w niej kilka planów czasowych. Ruta, wówczas jeszcze uczennica, wprowadza się z matką do starego domu na przedmieściu. Wymarzona sielanka, dzięki wyjątkowo toksycznej sąsiadce, szybko stanie się koszmarem: podsłuchiwanie, awantury, pobicia, mniejsze lub większe nieprzyjemności. Nie wytrzyma tego ani zdrowie matki Ruty, ani samej Ruty, która poroni upragnione dziecko, ani też mężczyzna, z którym żyje Ruta i który - na skutek intryg sąsiadki - odejdzie. Ruta musi określić i ułożyć swoje życie na nowo, a pretekstem stanie się prośba umierającej sąsiadki o wizytę i o wybaczenie win.

Wciągająca jest sama historia. Trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę, że tacy ludzie jak owa powieściowa sąsiadka, istnieją. Że czyjaś manipulacja może tak skutecznie odebrać nam wiarę w siebie i we własne zdolności, czy chęć do walki o siebie. Dlatego opowieść Ruty tak bardzo porusza. Daje też nadzieję: nawet na gruzach starego można zacząć budować na nowo (Ruta nie może mieć dzieci, nie może być z ukochanym mężczyzną, który po niepowodzeniu związku wrócił do kapłaństwa, jedyne, co może zrobić, to zrealizować swój talent artystyczny), ale też można okrężną drogą dojść do spełnienia swoich pragnień i marzeń (mimo niepowodzenia w egzaminach na studia plastyczne, Ruta kończy inny kierunek, ale równocześnie doskonali swój talent). Można też wybaczyć dawnym wrogom i w ten sposób ostatecznie zakończyć ciągnące się sprawy z przeszłości.

Podoba mi się pomysł z zamieszczeniem w książce obrazów - autorką prac jest Monika Bogdanowicz, artystka z Reszla. To, co bym zmieniła, to opowiedziałabym historię krótszymi i prostszymi zdaniami - jest tak mocna, że prosi się o surowość i oszczędność stylu. Wyrzuciłabym też przypis ze strony 84, który brzmi następująco:
O wyższości prowincji nad wielkimi miastami Autorka pisze również w swoich wcześniejszych powieściach: "Prowincja pełna marzeń" oraz "Prowincja pełna gwiazd", wydanych przez wydawnictwo MG, w 2009 i 2010 roku.
co o tym sama myślę, pisałam przy okazji recenzji poprzedniej książki tu, więc nie chcę się już powtarzać. I mam cichą nadzieję, że kolejna, zapowiadana już przez wydawcę książka, "Kwiat Diabelskiej Góry", będzie wolna od wprost wyłożonej tezy.

Tak w ogóle, pani Katarzyna prowadzi bloga, którego podczytuję. Z tego, co pisze o korespondencji od czytelników, widać, jak bardzo są potrzebne takie książki: pełne ciepła i wiary w to, że nawet to, co najbardziej zagmatwane, w końcu się poukłada. Zresztą... Sama też lubię takie czytać. Zwłaszcza w długie, jesienne wieczory.


Katarzyna Enerlich, Czas w dom zaklęty, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010

wtorek, 7 września 2010

:: Zeszyty don Rigoberta :: Mario Vargas Llosa

Zbieram wszystkie powieści Mario Vargasa Llosy, to jeden z moich ulubionych pisarzy i jego powieści zazwyczaj mnie nie rozczarowują. Zazwyczaj, bo właśnie przyszedł czas na pierwsze rozczarowanie. "Zeszyty don Rigoberta" to dalszy ciąg losów don Rigoberta i jego synka Fonsito oraz donii Lukrecji (niezwykle ponętnej żony don Rigoberta oraz macochy Fonsito), znanych z "Pochwały macochy". Po tym, jak don Rigoberto i donia Lukrecja rozstali się na skutek przemyślnej intrygi Fonsito, w tej książce znowu się schodzą (i również na skutek matactw chłopca). Zanim jednak się zejdą, wysyłają sobie anonimy z fantazjami erotycznymi czy pseudo-intelektualnymi rozważaniami.


Sequele niestety często nie wychodzą. Ten wybitnie nie wyszedł. O ile "Pochwała macochy" jeszcze może wydać się ciekawa, o tyle "Zeszyty don Rigoberta" wydają się przy niej rozwlekłe i przegadane. Wynudziłam się nad tą książką jak mops. Dokładnie tak, jak ostrzegał mnie kolega z pracy, który wcześniej to czytał (chociaż jemu podobały się jeszcze niektóre rozważania, na przykład o ekologii). Na domiar złego moja walizka z innymi książkami była wysoko nade mną i raczej trudno było dokonać w trakcie jazdy pociągu stosownej podmiany. Nawet książkowe perwersje już aż tak nie szokują, po tym co pisali w minionym wieku Jerzy Kosiński, Henry Miller i inni pisarze. Czasem odnoszę też wrażenie, czytając niektóre z tego typu książek - i miałam to wrażenie czytając "Zeszyty", że pisarz szukał pretekstu dla uzewnętrznienia swoich fantazji erotycznych, a akcja została jedynie do nich sztucznie dodana, i ostatecznie całość się po prostu nie klei.

Wbrew cytatowi z San Francisco Chronicle zamieszczonemu na okładce, tej oto treści:
Powieść peruwiańskiego pisarza jest komiczna, erotyczna, pedantyczna i tajemnicza - nigdy zaś nudna.
stwierdzę krótko: nuda jak flaki z olejem. Jedyne, co się może podobać, to wykorzystanie rysunków i liczne nawiązania do biografii Egona Schiele. Ponieważ ostatnio bardziej interesuję się sztuką, ten wątek chłonęłam z ciekawością.

Mario Vargas Llosa, "Zeszyty don Rigoberta", Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

czwartek, 2 września 2010

:: Topiel :: Junot Diaz

Sięgnęłam po "Topiel" Junota Diaza, bo podobał mi się "Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao" tegoż samego autora. Również się nie zawiodłam.

Narracja "Topieli" jest podzielona na mini-opowiadania, a do tego mamy dwa, a nawet trzy przenikające się plany czasowe. Pierwszy to dzieciństwo głównego bohatera - Ramona - spędzone w ubogiej dzielnicy Dominikany, niełatwe relacje z ojcem, potem emigracja ojca do Stanów i jego wieloletnia nieobecność, a przy tym niezrozumiałe - bo oglądane oczami dziecka - zachowania matki, związane ze sporadycznymi powrotami męża. Drugi plan to aktualne życie narratora - pokręcony związek, który ostatecznie się rozpada, praca robotnika firmy meblarskiej, dorabianie sobie sprzedażą narkotyków, trawka i inne narkotyki. Ostatnia część książki przynosi wyjaśnienie losów ojca i z tym wiąże się ciekawy zabieg literacki - narrator rezygnuje z perspektywy dziecka, a staje się narratorem trzecioosobowym, wszechwiedzącym.


Wszystko opowiedziane oszczędną, realistyczną (momentami wręcz naturalistyczną) prozą. Brak ocen, brak interpretacji, brak moralizowania, tylko same fakty i zachowania postaci. To częsty zabieg stosowany w sytuacjach, gdy dana rzeczywistość nieco przerasta piszącego, gdy tak naprawdę nie ma na nią wytłumaczenia ani lekarstwa. Dzięki temu sami jesteśmy w stanie w nią wejść, spróbować jej, wręcz doświadczyć, jak wygląda życie dzieciaków w ubogiej dzielnicy, a potem - życie tych samych dzieciaków jako dorosłych. Mamy poczucie czegoś zmarnowanego, jakiejś kompletnej beznadziei, w której coraz bardziej grzęźniemy, a tylko czasem przebłysk tęsknoty za czymś innym, lepszym - tak, jak bohaterowie książki Diaza.

Junot Diaz, Topiel, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

wtorek, 31 sierpnia 2010

:: Sklep potrzeb kulturalnych :: Antoni Kroh

Mam w firmie kolegę, z którym czasem ucinamy sobie mniej lub bardziej intelektualne dyskusje. Dyskusja o paradygmatach zaowocowała tym, że zaproponowałam koledze przeczytanie książki Thomasa Kuhna "Struktura rewolucji naukowych". Kolega nie pozostał mi dłużny i przyniósł mi książkę N. Davida Mermina "Czas na czas. Klucz do teorii Einsteina". Spodziewając się, że jako rasowa humanistka na widok wzorów zawyję z rozpaczy i zazgrzytam zębami, powiedział "A tu masz drugą książkę, gdyby ta pierwsza była za trudna". Ku swojemu zdziwieniu zobaczyłam "Sklep potrzeb kulturalnych" Antoniego Kroha. Rzecz jasna, nie muszę mówić, co czytałam w miniony weekend, a która książka czeka dopiero na swoją kolej na stosiku...



Antoni Kroh nie rozczarował, a wciągnął tak, że czytałam cały weekend. "Sklep Potrzeb Kulturalnych" również opowiada jego własną biografię, ale inny jej fragment, również w formie krótkich opowiadań. Tym razem jednak nie ciotki i wujkowie są ich bohaterami. Autor wraca do trzech lat dzieciństwa, spędzonych w Bukowinie Tatrzańskiej. Książka zawiera liczne obserwacje dotyczące kultury góralskiej, tej, jaką ona faktycznie była w czasach młodości autora, a za jaką ją uważano. Ot, chociażby zbójnicki, czyli taniec wymyślony współcześnie (czy zbójnicy byli w stanie uczyć się na pamięć skomplikowanych układów tanecznych?). Co się chyba nie za bardzo zmieniło. Rozprawia się z polskim mitem "śwarnego harnasia" - silnego, niezależnego i wolnego człowieka. Pokazuje dystans górali do "ponów", czyli miastowych. Snuje liczne dygresje dotyczące Podhala i okolic - można się dowiedzieć, że językowo polski góral ma więcej wspólnego z jego słowackim odpowiednikiem, niż na przykład z nizinnym chłopem z Mazowsza. Opowiada historię wysiedlenia Łemków czy emigracji zarobkowej górali.

Ale Sklep Potrzeb Kulturalnych to przede wszystkim historie z dzieciństwa. Mamy i opowieść o ciotce, rolniczej edukatorce, która jednemu z gazdów podarowała plakat tej oto treści: "Jaja w gnieździe przetrzymane, to są jaja zmarnowane" (który to plakat budził potem wielką uciechę wśród ponów). O niezrozumieniu przez młodego Antka, jak to Hawrań, góra oglądana przez okno domu Babuni, może się znajdować po drugiej stronie granicy. O tym, że tradycyjne góralskie buty były jadalne i nierzadko dziewczyna sądziła, że chłopak spotyka się z nią z czystej sympatii, a tymczasem okazywało się, że chodziło tylko i wyłącznie o konsumpcję jej... kierpców. O lokalnym jasnowidzu Kikli, po którego śmierci nadchodzące wojny wróżył niszczejący krzyż na grobie czy mężczyznach, którzy wykopali z grobu i spalili na stosie ciało gazdy podejrzewanego o pośmiertne sprowadzenie klęsk na wieś. No, ale nie będę ujawniać zbyt wiele - sprawdźcie sami, jakie jeszcze niezwykłe opowieści kryją się w tej książce.

Antoni Kroh, Sklep Potrzeb Kulturalnych, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

niedziela, 22 sierpnia 2010

:: Dziewczyna w złotych matkach :: Juan Marse

Kiedy czytam jakąś powieść - zwłaszcza obyczajową - zazwyczaj zastanawiam się, jak przełożyły się na nią wątki z życia autora. Co było prawdą, co zaś całkowitym zmyśleniem. W przypadku gatunków, których zadaniem jest dokumentowanie rzeczywistości - takich jak reportaż, publicystyka - to pytanie właściwie nie powinno być podnoszone, zrozumiałe przez się jest, że ich zadaniem jest wierne odzwierciedlanie. A jednak, jak pokazała kontrowersyjna biografia Ryszarda Kapuścińskiego, jest w nich miejsce także na koloryzację rzeczywistości.

Pytanie o relacje między prawdą a zmyśleniem w literaturze posłużyło za kanwę powieści Juana Marse, "Dziewczyna w złotych majtkach". Oto starzejący się pisarz, Luys Forest, który resztę swojego życia spędza w małej miejscowości Calafell, spisuje swoją biografię. Znienacka w jego życiu pojawia się wyjątkowo niesforna siostrzenica, Mariana, która oferuje mu przepisywanie jego wspomnień. Dzięki jej dociekliwości i trudnym pytaniom wiele spraw okazuje się być zupełnie innymi niż się wpierw wydawało, włącznie z tytułowymi złotymi majtkami. I to jeszcze jest w miarę ciekawe.



Sama powieść już aż tak ciekawa nie jest. Dawno nie wynudziłam się tak przy żadnej książce. Do tego erotyka, którą wydawnictwo Znak reklamowało książkę w materiałach promocyjnych, nie jest jakoś specjalnie powalająca. Ot, stary człowiek przygląda się młodej dziewczynie i jej przyjaciołom (oraz ich wspólnym igraszkom), a na końcu okazuje się, że też jeszcze może. Może tak było pod koniec lat 70., może w zestawieniu z wątkami politycznymi w Hiszpanii ta książka mogła budzić jakieś kontrowersje. Drugie moje wrażenie było takie, że autor wyszedł od jakiejś swojej erotycznej fantazji i próbował do niej coś naprędce dobudować. Z mojej perspektywy - nic specjalnie mocnego, a wręcz wrażenie, że aby podrasować niespecjalnie porywającą książkę, na koniec potrzebna była jakaś patologia - w końcu nic tak nie służy sztuce, jak ona (co widać zwłaszcza w przypadku polskich filmów z ostatnich lat, które zostały obwołane najlepszymi). Ogólne wrażenie: przereklamowane. Choć przyznam, że okładka ładna i intrygująca.

A może ktoś z Was miał zupełnie inne odczucia przy lekturze tej książki? A jeśli dopiero planuje przeczytać, proszę, aby podzielił się swoimi wrażeniami.

Juan Marre, Dziewczyna w złotych majtkach, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

wtorek, 17 sierpnia 2010

:: Starorzecza :: Antoni Kroh

Każdy z nas ma swoje wspomnienia, historie, ważne wątki, miejsca i osoby - czyli "starorzecza", jak nazywa je Antoni Kroh. O swoich własnych próbuje opowiedzieć w swojej najnowszej książce.

Okładka książki i tytuł zaciekawiły mnie już podczas przeglądu nowości na półce w Trafficu, zapamiętałam na tyle, aby zarezerwować w bibliotece, gdy tylko pojawiła się w katalogu. Pierwsze wrażenie w tym wypadku okazało się trafne. Antoni Kroh, etnograf, historyk kultury oraz tłumacz, potrafi pisać, jak mało kto. Nie wiem, jak i kiedy tak szybko pochłonęłam opasłe tomiszcze jego wspomnień, w których historia życia autora (a właściwie wybrane z niej wydarzenia) przeplatają się ze wspomnieniach o ważnych i bliskich dla niego osobach oraz utraconej posiadłości rodzinnej - majątku ziemskim w Serebryszczu.

"Starorzecza" są nietypową książką. Autobiografie czy biografie pisane są zazwyczaj chronologicznie. Tutaj narracja wije się zakolami jak meandry rzeki, czasem zbacza w dygresje, w których się urywa, a później dany wątek powraca jeszcze w innym rozdziale. To z jednej strony utrudnia lekturę, gdyż trzeba sobie przypomnieć daną postać (jak zwykle w książkach biograficznych czy autobiograficznych, brakuje mi rozrysowanego drzewa genealogicznego, które ułatwiałoby orientację w tekście), chociaż z drugiej strony jest ciekawe, bo właśnie nietypowe.


Książka Kroha to także portret odchodzącej warstwy ziemiańskiej. Nader wyrazistym symbolem jest odebrany rodzinie przez władzę ludową majątek w Serebryszczu na Lubelszczyźnie (włącznie ze zmianą nazwy wsi na Srebrzyszcze). Ale także wartości niematerialne - specyficzna kindersztuba czy zwyczaje językowe, o których utrzymanie walczyły kolejne pokolenia. Kroh nie stroni przy tym od dystansu do samego siebie (zabawnie opowiedziane perypetie z przekręcaniem pisowni nazwiska) czy typowo etnograficznych spostrzeżeń dotyczących zmian we współczesnej polszczyźnie (wspomniana historia przemianowania Serebryszcza na Srebrzyszcze) co dodatkowo ubarwia lekturę. Były takie momenty, że głośno śmiałam, a mama, czytająca artykuły w internecie, patrzyła na mnie z lekkim niepokojem.

Jeszcze jedno spostrzeżenie: sporo wydanych ostatnio wspomnień jest pisana przez osoby z pokolenia moich rodziców (urodzeni w latach 40. minionego wieku) - książki Marii Diatłowickiej, Andy Rottenberg, czy Antoniego Kroha właśnie. Czyżby czuli potrzebę zostawienia po sobie czegoś trwałego, namacalnego, jak swoje spisane i wydane wspomnienia?

Antoni Kroh, Starorzecza, Iskry, Warszawa 2010.

sobota, 7 sierpnia 2010

:: Bajki rozebrane :: Tatiana Cichocka, Katarzyna Miller

Tytułowa książka, "Bajki rozebrane", to zapis dyskusji Tatiany Cichockiej i Katarzyny Miller nad kilkoma najbardziej znanymi baśniami: Kopciuszkiem, Calineczką, Brzydkim Kaczątkiem itp. Autorki wyszły z założenia, że każda z bajek mówi tak naprawdę o emocjach, o relacjach, o stawaniu się sobą, a ulubione bajki stają się przez nas ulubione, bo mówią o czymś ważnym dla nas. Spróbowały przesłanie tych bajek odczytać. Jest zresztą taki nurt w psychologii, w którym proponuje się specjalne bajki dla dzieci omawiające różne sytuacje życiowe i pojawiające się w nich emocje - tak aby pomóc dzieciom się z nimi uporać.


Poza niektórymi z bajek wymienionych w książce, z dzieciństwa szczególnie zapamiętałam dwie opowieści. Pierwszą z tych bajek czytał mi Tata. "Kto pocieszy Maciupka", napisana przez Tove Jansson, opowiadanie luźno powiązane z Muminkami. Chyba musiałam tę bajkę bardzo lubić, bo Tata nazywał mnie długo imieniem głównego bohatera. Był to Maciupek - mały, mieszkający w pojedynkę troll. Dochodzące zza ścian domu dźwięki przyprawiały go o tak wielki strach, że w końcu uciekł z własnego domu. Błąkał się po lesie, nie mając odwagi ani przyłączyć się do imprezy organizowanej przez inne stworzonka, ale też drżąc przed groźną Buką, która pałętała się gdzieś po zaroślach. W końcu trafił na plażę, a tam odnalazł list od pewnej Drobinki, która również potrzebowała pocieszenia. Maciupek postanowił ją odnaleźć. Poczucie misji dało mu odwagę do rozmawiania z innymi stworzeniami, a także złość niezbędną do obrony przed Buką, gdy ta stanęła mu na drodze. Maciupek odnalazł Drobinkę. Nie umiejąc opowiedzieć jej o sobie, napisał do niej list. Gdy spotkali się ponownie, zostali przyjaciółmi. Gdy patrzę na tę bajkę z perspektywy dorosłego, widzę, jak samotność i odcinanie się od bliskich relacji z innymi, zamykanie się we własnej skorupie wyolbrzymia nasze lęki i trudne uczucia. Dopiero towarzystwo innych, możliwość podzielenia się sobą z nimi, ale też wyjście poza samego siebie i poza własne strachy, przynosi ulgę. To jest bajka o przezwyciężaniu lęku przed bliskością, ale też o nauczeniu się jak umiejętnie korzystać ze złości.


Z kolei jedną z pierwszych książek, które czytałam samodzielnie, i którą zapamiętałam, bo bardzo nad nią płakałam, to były "Przygody Filonka Bezogonka" Gosty Knutsson. Rzecz jest o małym kotku Filonku, którego krótko po urodzeniu zaatakował i dotkliwie pogryzł szczur - na skutek czego kocię nie ma ogona, a jedynie kikutek. Sam Filonek odczuwa dotkliwie ten brak - ogonek jest mu potrzebny do wyrażania złości. Wprawdzie starsze koty mówią mu to nieładnie się złościć, jednak Filonek czuje, że złość byłaby mu ona potrzebna, aby skutecznie bronić się przed agresją innych. A doświadcza jej sporo. Wyśmiewają się z niego koty w rodzinnej wsi, w mieście, gdzie Filonek zostanie przygarnięty przez miejską rodzinę, również nie jest lepiej. Domowy kot budzi zawiść kotów podwórkowych i mimo jego starań, nie udaje się mu nawiązać z nimi przyjaźni. Za to kotek dużo troski i wsparcia otrzymuje ze strony swojej ludzkiej rodziny, która docenia jego zasługi i troszczy się o niego. Przekonuje się też, że brak ogona w pewnych sytuacjach może być zaletą - kiedy Filonek się gubi, dzięki charakterystycznej cesze jest go łatwo odnaleźć. Czego można się nauczyć od Filonka? Tego, żeby nie szukać akceptacji wszystkich, tylko brać ją od tych, którym na nas rzeczywiście zależy. Znać swoją wewnętrzną wartość i akceptować swoje braki (w pewnych sytuacjach mogą stać się one naszymi zaletami). Być ciekawym i eksperymentować (bo nawet jeśli przy tym nieumyślnie wejdziemy komuś w drogę, to on nam o tym z pewnością powie). Pamiętać, że złość jest potrzebna, bo służy nam do obrony siebie i dbania o swoje potrzeby. Używać poczucia humoru - ono ułatwia kontakty z innymi. Mieć zaufanie do świata - nawet, jeśli się gubimy, zawsze pojawi się ktoś, kto wyciągnie do nas pomocną dłoń.


A jakie były Wasze ulubione bajki? Jak byście teraz je odczytali?

Tatiana Cichocka, Katarzyna Miller, Bajki rozebrane, Feeria, Łódź 2009;
Tove Jansson, Kto pocieszy Maciupka?, Nasza Księgarnia, Warszawa 1980;
Gosta Knutsson, Przygody Filonka Bezogonka, Nasza Księgarnia, Warszawa 2009.