czwartek, 27 września 2012

Karolina Macios - Wdówki futbolowe

Niedawny mój urlop był czasem czytania rzeczy lekkich łatwych i przyjemnych, a także nadrabiania zaległości. Bo książka "Wdówki futbolowe" Karoliny Macios jest już zaległością. Ukazała się w maju, tuż przed mistrzostwami piłkarskimi i miała być zapewne pociechą dla wielu pań sfrustrowanych tym, co na czas mistrzostw porobiło się z ich mężami/chłopakami.

Główna bohaterka książki, jest Marta, mężatka, oczekującą swojego drugiego dziecka. Zajmuje się prowadzeniem domu i pisaniem książek. Jej mąż, Wojtek, pracuje w agencji reklamowej, więc zazwyczaj w domu go nie ma - ale kiedy już jest, nie oznacza to wcale, że jest obecny dla żony i syna Kacpra (a tym bardziej, że angażuje się w cokolwiek dotyczącego prowadzenia domu). Jest obecny przede wszystkim dla swojego wielkiego telewizora, w którym non stop ogląda transmisje meczy piłkarskich, wydając przy tym przekleństwa lub dzikie wrzaski. Bohaterka coraz bardziej nie poznaje swojego męża i coraz częściej zastanawia się nad rozwodem. Póki co postanawia zrobić sobie przerwę - zostawia syna pod opieką małżonka a sama rusza w trasę spotkań autorskich po całej Polsce...


Wprawdzie 'Wdówki..." wydają mi się słabsze od debiutu Karoliny Macios, czyli "Pieskiego życie mojego kota" - książka wygląda, jakby była pisana na "zamówienie" przed zbliżającymi się mistrzostwami, nieco na siłę. Niemniej jednak i z tego tematu udało się wykrzesać parę zabawnych sytuacji i gagów. Moja ulubiona scena to wędrówek bohaterki przez nocny pociąg z Warszawy do Szczecina, a zwłaszcza obserwacji zmieniającego się stanu upojenia alkoholowego niektórych współpasażerów. Po kraju szwendają się zresztą hordy pijanych mężczyzn porykujących kibicowskie piosenki. Teraz, po Euro 2012 wiemy już, że nie było aż tak źle. Ale pośmiać się można.

Karolina Macios, "Wdówki futbolowe", Znak, Kraków 2012.

sobota, 22 września 2012

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz - Zapraszamy do Trójki

To, co mnie najbardziej cieszy w chorowaniu lub pracy zdalnej z domu, to możliwość słuchania mojego radia przez cały dzień. Tak, jestem Trójkomaniaczką. Zaczęło się od listy przebojów, na którą trafiłam w pewien sobotni wieczór, dwadzieścia pięć lat temu, kręcąc gałką radia. Nie wiem, co przemówiło do mnie bardziej: sposób prowadzenia audycji przez Marka Niedźwieckiego, czy to, że było w niej mnóstwo fajnej muzyki. W piątej klasie słuchałam namiętnie "Powtórki z rozrywki". W szóstej klasie były długie jesienne wieczory po powrocie ze szkoły, w które słuchałam "Zapraszamy do Trójki" i byłam na bieżąco z wydarzeniami Jesieni Ludów w Europie. W ósmej były audycje Brzozowicza i Chmiela, nagrywanie płyt z Muzycznej Poczty UKF, a w sobotnie noce -  audycje Tomasza Beksińskiego (jaka to była kombinacja, aby postawić radio gdzieś przy łóżku i założyć sobie słuchawki na głowę, ale w taki sposób, żeby zaglądający do mojego pokoju rodzice nie zorientowali się, że nie śpię. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło: audycje w radiu wyznaczają rytm tygodnia. Wieczorami w tygodniu słucham Programu Alternatywnego i Klubu Trójki, czasem w poniedziałki trafiam też na audycję Jana Ptaszyna Wróblewskiego. W piątek jest obowiązkowo Lista Przebojów. Sobota to "Myśliwiecka 3/5/7" i "Lista osobista". I tydzień zaczyna się od nowa. Mogę się obyć bez telewizora, ale nie umiem bez radia.

W tym roku Trójka świętuje 50. rocznicę powstania, dzisiaj był też dzień otwarty (byłam na takowym kilka lat temu). Ukazują się też kolejne książki. Przeczytałam autobiografię Niedźwiedzia kupioną w prezencie mojej siostrze - ale jej nie recenzowałam, żeby siostra mogła sobie wyrobić własne zdanie :P. Ostatnio natomiast przeczytałam "Zapraszamy do Trójki" Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza czyli historię stacji opowiedzianej ustami jej dziennikarzy, w formie krótkich urywków poświęconych poszczególnym okresom czasu. I chyba udało w niej się to, co najważniejsze: oddać niekonwencjonalny, a zarazem bardzo przyjazny charakter tej stacji. Mam wrażenie, że Trójka wprowadza taki domowy, spokojny klimat. To nie jest stacja, w której dziennikarze plują słowami niczym karabin maszynowy, czy mają entuzjastyczne głosy lektorów reklam. Nawet sposób mówienia redaktorów jest dość specyficzny - szukając jej między innymi stacjami, daje się ją łatwo rozpoznać właśnie po głosach. Czytając wywiady miałam wrażenie, jakby autorzy wypowiedzi, mówili do mnie, opowiadali historie w radiowym studiu. Taki zresztą jest podtytuł książki "radio mówi swoimi głosami". Całość jest ilustrowana zdjęciami poszczególnych osób związanych z Trójką, archiwalnych radiowych dokumentów, cytatami z dyżurów telefonicznych a także anegdotami z życia stacji. Piotr Stelmach przyznał się do bycia nagabywanym przez pewną słuchaczkę, która ubzdurała sobie, że dziennikarz mówi na antenie tylko do niej, a Tomasz Gorazdowski snuje opowieści o głupawce antenowej, która dopada redaktorów w najmniej oczekiwanym momencie. Rzecz obowiązkowa dla wszystkich fanów Trójki.

PS. Podczas pisania notki w tle leci "Lista osobista".

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, "Zapraszamy do Trójki", Agora/Wydawnictwo Obok, Warszawa 2012.

środa, 12 września 2012

E L James - Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ciekawość pierwszy stopień do piekła. Także czytelniczego.

Skoro jestem na urlopie, zachciało mi się przeczytać coś lekkiego, do tego sama książka została bardzo mocno rozpromowana w mediach, a na Woblinku trafiła się promocja. Co o niej wiedziałam, to to, że pierwotnie historia była fanfikiem (fan fiction, czyli ciąg dalszy lub wariacja na temat podstawowej opowieści napisana przez fankę/fana) do "Zmierzchu" i odpowiadała na zapotrzebowanie tych "zmierzchowiczów", którzy w relacji głównych bohaterów chcieli pogłębienia wątku erotycznego. Recenzje umieszczone w mediach dodatkowo przedstawiały książkę jako opowieść sado-maso, która urzekła gospodynie domowe w Stanach Zjednoczonych. "20 mln kobiet oszalało na punkcie pornoksiążki", pisze Katarzyna Wężyk w Wysokich Obcasach i dodaje: "wiele feministek uważa, że trylogia E.L. James przynosi kobietom więcej szkody niż pożytku, bo powiela niekorzystne dla nich stereotypy. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" ich zdaniem sugeruje, że wszystkie kobiety tak naprawdę marzą o poddaniu się mężczyźnie, który będzie całkowicie kontrolował ich życie i podejmował za nie wszystkie decyzje, a to iście XIX-wieczny koncept. Ponadto powiela szkodliwy mit, jakoby miłość dobrej dziewczyny mogła zmienić mężczyznę, co z kolei w prostej linii prowadzi do syndromu żony alkoholika". Skoro przedstawicielki feministycznego nurtu w krytyce literackiej tak się wypowiedziały, trzeba obaczyć i wyrobić sobie własny pogląd. Tym sposobem książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya" autorstwa niejakiej E L James trafiła do mojego czytnika. 

Historia jest banalnie prosta. Anastasia Steele, studentka literatury, w zastępstwie swojej chorej współlokatorki, przeprowadza wywiad z bajecznie bogatym Christianem Greyem do uczelnianego pisma (pan Grey jest darczyńcą uczelni). Christian Grey, poza tym, że jest bogaty, jest też niesamowicie przystojny i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy i niedostępności. Anastasia z miejsca się zakochuje, ale wydaje się, że również pan Grey uległ jej urokowi - następnego dnia pojawi się w sklepie dla majsterkowiczów, w którym dziewczyna pracuje i będzie jej składał również inne dowody zainteresowania. I żyli długo i szczęśliwie - nie, ta historia nie ma aż takiego happy endu. Przez całą opowieść pan Grey będzie starał się nakłonić Anastasię do zgodzenia się (w pisemny sposób, w formie umowy) na relację erotyczną z różnymi urozmaiceniami typu sado-maso, natomiast bohaterka, targana wątpliwościami, będzie je na różne sposoby wyrażać i stawiać opór. Z drugiej strony, fascynacja panem Greyem będzie tak silna, że na dowód jego bardziej czułuch uczuć Anastasia będzie na plus interpretować jego niektóre słowa i gesty czy próbować tłumaczyć go trudnym dzieciństwem i faktem bycia molestowanym (?) przez starszą od niego kobietę.


Pytanie "zgodzi się, czy nie?" to pytanie, które napędza lekturę i powoduje, że książkę czyta się do końca. Właśnie to napięcie - widzimy, że pan Grey to toksyczny osobnik, ale podobnie jak Anastasia mamy ciągle nadzieję, że może jeszcze nie jest z nim tak źle, że może warto o niego zawalczyć. Druga rzecz - przełamanie tabu w literaturze erotycznej dla kobiet, jeśli wierzyć dziennikarce "WO", to czegoś takiego jeszcze nie było. Ale to jest właściwie wszystko. Książka nie jest literacko wyrafinowana. Nader szybko orientujemy się też, że mamy do czynienia z fikcją - bohaterowie są idealnie dopasowani, zawsze sprawni, pan Grey zawsze pamięta o prezerwatywach, Anastasia wciąż przygryza usta, co wciąż irytuje pana Greya. Książka jest też schematyczna - w każdym rozdziale obowiązkowo musi znaleźć się opis kolejnego efektownego zbliżenia. W którymś momencie jest już tego tyle, że zaczyna robić się nudno. Sado-maso jest z kolei tyle, ile mięsa w parówce. To raczej książkowa wersja filmików dla pań, które kiedyś były prezentowane przez Polsat w ramach erotycznych wieczorów - kolorowo i idealnie, a zarazem bardzo sztucznie. Bardziej fantazja niż rzeczywisty świat. Czemu okazała się atrakcyjna dla tak wielu (jak twierdzi wydawca w materiałach promocyjnych) z nich? To chyba to samo pytanie, czemu dwadzieścia lat temu panie tak fascynowały się książkami z serii Harlequin. Ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nie jestem w targecie.

E L James, "Pięćdziesiąt twarzy Greya", Sonia Draga, 2012.

piątek, 7 września 2012

Edward Cyfus - Moja Warmia

Sporo z Was wchodzi na mojego bloga przez wyszukiwarkę, szukając informacji na temat Edwarda Cyfusa. I oto daję Wam kolejny powód - jestem świeżo po lekturze jego najnowszej książki, "Moja Warmia" wydanej przez wydawnictwo Retman. Jak mówią księgarze z księgarni przy olsztyńskim dworcu, w toku są prace nad nowym wydaniem "A życie toczy się dalej", które w ładnej szacie edytorskiej i tym razem w jednym tomie, ma się ukazać również nakładem Wydawnictwa Retman i też w serii "Moja biblioteka mazurska" (którą bardzo polecam wszystkim miłośnikom historii Warmii i Mazur).

Póki co, dostajemy "Moją Warmię" - opis warmińskich obyczajów, ale nie naukowy (chociaż pojawiają się w książce cytaty z pracy naukowej Anny Szyfer - materiały do której były zbierane również w mojej rodzinnej miejscowości), ale bardzo subiektywny, zapamiętany przez autora z dzieciństwa u dziadków i krewnych na wsi, a także z opowieści rodzinnych. "Nic wokół nie przypomina czasów mojego dzieciństwa", stwierdza autor, i nietrudno przyznać mu rację. Nie ma już Warmiaków, a nieliczni, którzy pozostali, zmieszali się z ludnością napływową, utracili swój język i obyczaje. Gospodarstwa z czerwonej cegły wypierane są przez podmiejskie domki z obowiązkowymi kolumienkami przed wejściem, jakich pełno w całej Polsce, albo też tynkowane, drewnianą stolarkę okienną zastępują zaś plastikowe okna. Dawne tradycje są wskrzeszane raczej okazyjnie, przy okazji dużych publicznych uroczystości, niekiedy na lekcjach w szkole zdawkowo wspomina się o dawnej historii tych ziem. Nic więc dziwnego, że autor książki, reprezentant pokolenia moich rodziców, ostatniego, które pamięta miniony świat, podejmuje próbę ocalenia go za pomocą własnej opowieści.


"Moja Warmia" jest podzielona na pięć części. Pierwsza to opis gburstwa, czyli warmińskiego gospodarstwa. Dowiadujemy się, jak były stawiane warmińskie chałupy, jak wyglądało ich wnętrze, jak była zorganizowana kuchnia, prace domowe (mycie, pranie, prasowanie), jak wyglądał pokój dzienny, jakie funkcje pełnił przydomowy ogródek czy też w jaki sposób Warmiacy robili zakupy. Cztery kolejne rozdziały przedstawiają rok w warmińskim gospodarstwie, poczynając od zimy, przez wiosnę i lato, aż po jesień. Ta kolejność nie jest przypadkowa: początek grudnia to początek roku liturgicznego a warmińska obyczajowość była wypadkową chrześcijańskich (katolickich) tradycji i przedchrześcijańskich wierzeń. Rzeczowy, chłodny opis jest przerywany anegdotkami z życia rodziny autora, przez co książka nabiera bardziej osobistego i ciepłego charakteru (którego tak brakuje dziełom typowo naukowym). Nie brakuje opisów warmińskich dań. Teksty są ilustrowane zdjęciami warmińskich krajobrazów (dużo zdjęć jakże charakterystycznych dla Warmii kapliczek, większość zdjęć autorstwa Mieczysława Wieliczki, jednego z najbardziej "warmińskich" fotografów), starych przedmiotów z kolekcji Edwarda Cyfusa, zdjęciami rodzinnymi i archiwalnymi grafikami. Książka dla wszystkich, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o Warmii, ale wolą bardziej osobisty wymiar historii.

Edward Cyfus, Moja Warmia, Retman, Dąbrówno 2012.

niedziela, 2 września 2012

Lechosław Herz - Wardęga, Klangor i fanfary

Dawno mnie tu nie było. Druga książka branżowa zabrała mi na dwa miesiące praktycznie cały czas spędzany przed komputerem. Tempo zaiste wariackie - dwie książki w ciągu jednego roku. Ale skoro wydawca na tę drugą praktycznie sam się zgłosił, do tego jest to wydawnictwo, z którym właśnie chciałam wydać książkę na ten temat, to przysiadłam i napisałam. Nie było łatwo. Moje zdrowie w ostatnich miesiącach nie było najlepsze, do tego 100% obłożenia sprawami w pracy, które nie sprzyjało twórczym wieczorom przed komputerem - ale jakoś to przetrwałam. Książka powinna  jutro wyjść do wydawnictwa.

A dzisiaj chciałabym Wam polecić lekturę w sam raz na ostatni miesiąc lata (bo jesień przychodzi przecież dopiero w trzeciej dekadzie września). Książki są dwie, bo stanowią swego rodzaju cykl. Pierwsza to "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi", która zafascynowała mnie swoją okładką. Rosnąca na poboczu drogi cykoria, łan zboża, niebo z obłokami w tle. A w środku zapiski autora z dalszych i bliższych wędrówek po Polsce. Tu garstka faktów historycznych lub lokalnych ciekawostek, tutaj luźne osobiste dygresje, do tego okraszone zdjęciami z wycieczek.


Druga część, pod tytułem "Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza" jest jeszcze lepsza, niż pierwsza. Autor postanowił się skupić wyłącznie na Mazowszu i w formie krótkich miniatur spisał opowieści zasłyszane podczas różnych wycieczek, swoje własne przygody i spotkania z ciekawymi ludźmi, a także ciekawostki  wyczytane w lokalnych przewodnikach i książkach historycznych. Całość jest ilustrowana zdjęciami wykonanymi przez autora. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że za czasów PRL cenzurowano nawet mapy krajoznawcze (ale autorzy map znaleźli sprytny sposób na obejście cenzury) czy też, że określenie "bdźiel" jeszcze parę wieków nie kojarzyło się z niczym nieprzyzwoitym a oznaczało po prostu... Sprawdźcie sami. 

Niektóre historie zdradzają niezwykłą wrażliwość na piękno przyrody - tytułowa opowieść o żurawiach, które zwiastują początek wiosny, a potem koniec lata, budzi nostalgię, jeśli tylko słyszało się kiedyś głosy żurawi. Inne pokazują szacunek do mazowieckiej historii, obyczajowości, krajobrazu. Książka, podobnie jak poprzedniczka, kończy się relacją z letniego leśnego domu autora. Wydaje się, że spędzamy ten czas razem z nim i razem z nim z zachwytem patrzymy na to, co dzieje się wokół. 

Lechosław Herz, "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi" (2011), "Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza" (2012), Wydawnictwo Iskry

poniedziałek, 2 lipca 2012

Śladami sióstr Bronte

Piszę kolejną książkę branżową, więc znowu cierpi na tym moja działalność blogowa (i prywatna, i branżowa). Nie będę pewnie pisała przez najbliższe dwa miesiące często, ale postaram się bloga nie zaniedbać. Dzisiaj znowu garść wspomnień sprzed miesiąca, z podróży do Wielkiej Brytanii.

Bo skoro Wielka Brytania i okolice Manchesteru, to nie mogłyśmy sobie odmówić podróży do Haworth, rodzinnej miejscowości sióstr Bronte. Muzeum i miejscowość zwiedzałyśmy już jakiś czas temu, biografię utalentowanego rodzeństwa wszystkie (mama, siostra, ja) znamy zaś na pamięć. Książka Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej to lektura, którą każda z nas czytała chyba po kilka razy (a jak wiecie, ja nie za bardzo lubię wracać do książek). Kolejne pokolenie zaczęło się już fascynować - moja siostrzenica trzyma w Pinterest w ulubionych książkach także wiersze Emily Jane Bronte.

Tym razem naszym celem była droga, którą siostry regularnie chadzały na spacery za wieś. Po wsi poruszały się raczej niechętnie, nie tylko ze względu na swoją introwersję, ale też brud. Schludna i urokliwa dziś miejscowość w tamtych czasach nie była tak czysta - główną ulicą rwał rynsztok. Siostry Bronte kochały też przyrodę, a zwłaszcza rozległe krajobrazy brunatnych wrzosowisk, rozpościerające się za ich domem - wielokrotnie powracają one w ich książkach. Chodziły ścieżką wijącą się wśród nieużytków i wrzosowisk, wśród których z rzadka porozrzucane są samotne farmy, aż do strumienia, który spiętrza się, tworząc mały wodospad. Obecnie nazywa się go Wodospadem Bronte. Anne i Emily często się przy nim zatrzymywały. Siedząc na kamieniach mogły w spokoju oddawać się obmyślaniu kolejnych wydarzeń w tajemniczych królestwach powoływanych siłą ich wyobraźni. Legenda głosi też, że czasem zapuszczały się nieco dalej, do zrujnowanej farmy Top Withens, w których lokalizacji (ale nie budynku) umieściła Emily Wichrowe Wzgórza. Tam już nie dotarłyśmy, ale kto wie, może następnym razem?














poniedziałek, 18 czerwca 2012

AFF - o modzie inaczej

Co przychodzi Wam na myśl, gdy słyszycie słowo "moda"? Moje pierwsze skojarzenia to modelki maszerujące po wybiegach, ekscentryczne kolekcje wielkich projektantów, ale też stylizacje w popularnych kobiecych magazynach czy na blogach szafiarek. Oraz frustracja, że w danym sezonie odzież w sklepach jest praktycznie szyta na jedno kopyto i jeśli akurat nie są modne nasze ulubione kroje czy kolory, no to lipa. Zmiana stereotypu w mojej głowie dokonała się, gdy na zajęciach w Fundacji Atelier zetknęłam się z licealistami startującymi na projektowanie ubioru, miałam okazje oglądać ich prace i zdjęcia. Wówczas przekonałam się, że moda może być też sztuką. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas lektury pisma AFF.

Magazyn AFF został wydany przez Stary Browar i Art Stations Foundation, jako wydawnictwo towarzyszące imprezie Art & Fashion Festival, organizowanej od pięciu lat w Starym Browarze. Pismo pokazuje modę w szerszym kontekście - poprzez pryzmat kultury, historii, socjologii i psychologii. Autorami tekstów i treści wizualnych są w większości osoby, które uczestniczyły w warsztatach festiwalowych w ciągu ostatnich kilku lat. Do współpracy przy tworzeniu pisma zaproszono również doktorantki badające modę. Czy wyobrażacie sobie, że moda istniała nawet w obozach koncentracyjnych? Tym tematem zajmuje się właśnie jedna z autorek prac doktorskich poświęconych modzie. 






Magazyn prezentuje laureatów ubiegłorocznej edycji festiwalu (jak chociażby Dominikę Grzybek, autorkę "poszarpanej" sukienki czy Matrę Litarowicz-Migdal, twórczynię fascynującej biżuterii). Dokumentuje ono efekty ich uczestnictwa w festiwalu i pozwala im zaistnieć w środowisku modowym. Znajdziemy w nim również portrety interesujących przedstawicieli starszego pokolenia poznaniaków, takich jak jak bywalec poznańskich klubów, szatniarka z gejowskiego klubu czy małżeństwo kinomanów (byli już opisywani kiedyś przez "Politykę"). Ciekawy jest wywiad z Dominiką Roqueplo, autorką słynnej sukienki w grochy Magdy M. czy kostiumu noszonego przez głównego bohatera "Sali samobójców". Gdy aktor dobrze czuje się w kostiumie, to wiem, że prawidłowo wykonałam pracę. Kostium przestaje być mój, należy do aktora - mówi. Specjalne miejsce w magazynie ma jego inicjatorka - Grażyna Kulczyk, przedsiębiorca (m. in. właścicielka centrum Stary Browar) i mecenas sztuki. Do tego masa ilustracji i zdjęć (moją uwagę przykuł fotoreportaż o uczestnikach festiwalu i sesja mody w poznańskich plenerach), a także sporo cytatów o modzie, autorstwa pisarzy, poetów, filozofów i krytyków literackich. 


Komu mogłabym je polecić? Tym, którzy interesują się modą - ale nie tyle najnowszymi trendami i nowinkami, co modą w szerszym kontekście kulturowym. Tym, którzy naukowo zajmują się modą. Osobom, które z modą chciałyby dopiero związać swoją karierę, szukają inspiracji i informacji o ciekawych wydarzeniach. To pismo dla nich.

Za egzemplarz recenzencki pisma dziękuję p. Grzegorzowi Bibro z Fortis Nowy Stary Browar.

Strony źródłowe:

  1. Strona czasopisma z plikiem pdf do pobrania
  2. Strona Art & Fashion Festival

wtorek, 12 czerwca 2012

Dom Elizabeth Gaskell

Udało mi się pojechać po pracy na zajęcia w centrum Warszawy i po zajęciach bezpiecznie wrócić do domu. Zważywszy na to, że po Foksalu rosyjscy kibole gonili się z polskimi, jeden z prowadzących zajęcia został uderzony na ulicy przez jakichś podejrzanych osobników, a na Chmielnej polscy kibole tłukli się z policją, powrót nie zapowiadał się łatwy. Na szczęście jestem już bezpieczna w swoich własnych czterech ścianach. Nie, nie oglądam meczu. Można się jednak zorientować w sytuacji po wrzaskach i rykach dobiegających z innych okien.

Wspominam moje niedawne podróże. Parę dni temu wróciłam z urlopu spędzonego w Wielkiej Brytanii. Zwiedziłam trzy miejsca, związane z literaturą i o nich chciałabym Wam opowiedzieć w kolejnych postach. Jednym z tych miejsc był dom Elizabeth Gaskell, angielskiej pisarki żyjącej w latach 1810-1865. Urodziła się ona w Chelsea na przedmieściach Londynu, większość dzieciństwa spędziła jednak u ciotki w Knutsford. W roku 1832 wyszła za mąż za unitariańskiego pastora, Williama Gaskella, który udzielał się również jako pisarz. Gaskellowie osiedlili się w Manchesterze, tutaj przyszły na świat ich dzieci i powstały kolejne książki pisarki - m. in opisywane przeze mnie "Północ i południe" oraz "Żony i córki". Kiedy moja siostra zapytała mnie, co chciałabym zwiedzić w okolicy jej domu, pomyślałam, że może warto by było poszukać śladów pani Gaskell w Manchesterze. Przez internet trafiłyśmy na stronę domu pisarki, okazało się, że podczas naszego pobytu w Anglii akurat będzie on otwarty dla zwiedzających! I tak w niedzielne deszczowe popołudnie trafiłyśmy na ulicę Plymouth Grove, pod numer 84.

Pod tym adresem znajduje się budynek, w którym pisarka mieszkała wraz ze swoją rodziną w latach 1850-1865. To tutaj napisała niemal wszystkie swoje powieści. Budynek obecnie stoi na małej parceli i jest otoczony typową miejską zabudową, lecz kiedyś przylegał do niego duży ogród, a okolica była pełna zieleni - półtora wieku temu były to już przedmieścia Manchesteru. Pisarka chętnie spędzała w nim czas, cieszyła się, że może przebywać na dworze, w otoczeniu zieleni, i nie musi wkładać czepca (czepiec, ówczesne nakrycie głowy, należało nosić wychodząc poza dom). Budynek miał wiele sypialni, zwłaszcza, że państwo Gaskellowie prowadzili bujne życie towarzyskie, obracali się w kręgach innych pisarzy, ale też innowierców i reformatorów społecznych. Zatrzymywali się u nich m.in. Charles Dickens, Harriet Beecher Stowe czy amerykański pisarz Charles Eliot Norton. Trzykrotnie gościła tutaj też Charlotte Bronte, z którą Elizabeth Gaskell była zaprzyjaźniona w ostatnich latach życia Charlotte. Po śmierci pisarki i jej męża, w domu nadal mieszkały ich córki, a po ich śmierci trafił w prywatne ręce. W drugiej połowie ubiegłego wieku wykupił go uniwersytet w Manchesterze i urządził tutaj akademik, co przyczyniło się do dalszej dewastacji obiektu. Jak wiadomo, imprezujący studenci do najłatwiejszych lokatorów nie należą.

Obecnie budynek jest własnością Funduszu Historycznych Budynków w Manchesterze (Manchester Historic Buildings Trust), który po kawałku odnawia wystrój wnętrza i stara się o dalsze dotacje na remonty oraz odtworzenie wystroju wnętrza z czasów Elizabeth Gaskell. Jak mówią kustoszki, nie będzie to łatwe zadanie, gdyż jedyne zachowane fotografie pokoi pochodzą z czasów, gdy w domu mieszkały córki pani Gaskell - a zatem sporo było już zmienione.





Gdybyście kiedyś byli w Manchesterze w pierwszą niedzielę miesiąca, koniecznie wybierzcie się na Plymouth Grove, 84. Naprawdę warto! Panie kustoszki są bardzo dobrym źródłem informacji i potrafią ciekawie opowiadać. Były zaskoczone, skąd w dalekiej Polsce wiedzą o Elizabeth Gaskell - więc powiedziałam, że dzięki publikowanym u nas biografiom sióstr Bronte, w których pani Gaskell jest zarówno opisywana jako przyjaciółka Charlotte, jak też cytowana jako autorka pierwszej biografii Charlotte i jej rodzeństwa. Moja siostra zasugerowała wręcz, że dlatego może warto byłoby tutaj nawiązać współpracę z Towarzystwem Bronte i poprosić ich o upowszechnianie informacji w domu rodziny Bronte, jednym z najbardziej uczęszczanych muzeów literackich w Wielkiej Brytanii. Panie kustoszki ujęły mnie też swoją gościnnością. Gdy na chwilę oderwałyśmy się od podwieczorku, aby zwiedzić górę muzeum w większej grupie, po powrocie zastałyśmy ciasto zapakowane w folię i dostałyśmy ciepłą kawę zamiast tej, która zdążyła już wystygnąć.

Odnośniki:
1. Biogram Elizabeth Gaskell - Wikipedia
2. Oficjalna strona domu Elizabeth Gaskell
3. Strona domu Elizabeth Gaskell na Facebooku

czwartek, 24 maja 2012

Kupiłem czarny ciągnik...

Pisałam  o planach kupienia czytnika na Targach Książki? No to kupiłam. Kindle Keyboard 3 G. 

Powodów było kilka: za dużo papierowych książek i czasopism w domu. Pierwsze jeszcze jakoś wyglądają na półkach, z tymi drugimi nie ma co później robić. Wyborcza nadaje się jeszcze do wycierania pędzli z farby olejnej, ale taka Polityka, wydawana na śliskim papierze, czy W Drodze, które ma format małej książeczki? Do tego wygoda - już nie trzeba wozić ze sobą kilku książek w walizce, wybierając się w podróż. A także możliwość ściągania amerykańskich książek branżowych. Nie, nie potrzebuję ich zbierać na półkach - książki o nowych technologiach bardzo szybko się starzeją. Z drugiej strony, warto być na bieżąco. No i ostatecznie - spodziewany debiut Amazona w Polsce. Miał nastąpić już w kwietniu, ale źródła internetowe mówią o przełożeniu go na lipiec.  

Kupiłam, zaczęłam czytać moje ulubione czasopisma, ściągnęłam dwie książki i trochę spostrzeżeń już mam. Wygoda używania. Zaprenumerowane gazety przychodzą same (kasa też się ściąga sama). Niektóre czasopisma - np. W Drodze - są nawet tańsze, niż w papierze. Kupowanie książek jest banalnie proste. Dobra kontrastowość ekranu, co miało dla mnie znaczenie - muszę czytać w okularach (dlatego wolałam czytnik niż np. iPada). Czytnik pamięta, w którym miejscu w danym pliku skończyliśmy czytanie, więc, gdy otwieramy plik ponownie, od razu wrzuca nas na odpowiednią stronę.


Minusem jest brak obrazków, przez co trudniej mi zapamiętać poszczególne teksty z czasopism. Jest mi też trudniej pamiętać poszczególne teksty, skoro wszystkie wyglądają dokładnie tak samo. Kolega z pracy się śmieje, że jesteśmy za starzy na czytniki ;) Kolejny minus to brak współpracy z niektórymi routerami - mój router domowy się na czytnik wypiął i ani koledzy informatycy, ani dostawca internetu nie są w stanie rozwiązać tej fascynującej zagadki. Na fabrycznym wifi wszystko działa. Na szczęście książki można też wgrywać na czytnik po kablu tak, jak pliki na pamięć USB. Problemem są faktury - książkę z Amazona mogę kupić tylko w Kindle Shop w Stanach, w Amazonach europejskich już nie, a w związku z tym nie dostanę za nią faktury (trzeba czekać na ich debiut w Polsce). Polscy wydawcy nie są też do czytników przekonani, a VAT jest wysoki - i tak ceny e-książek są zbliżone do książek papierowych. Mało jest też polskich książek specjalistycznych. 

A Wy? Macie, używacie? Jak Wasze wrażenia? A jeśli nie - dlaczego nie?

wtorek, 22 maja 2012

Steve Jobs - Walter Isaacson

W branży internetowej tej książki nie wypadało nie kupić i nie przeczytać od razu, ledwo tylko się ukazała. Jednak ja, jako osoba chodząca własnymi ścieżkami, nie czułam tutaj stadnego pędu i przeczytałam ją w swoim czasie. Zapalenie gardła spowodowało, że kilka wieczorów pod rząd musiałam spędzić w domu, więc była to idealna lektura.

Jeśli chodzi o produkty Apple, to nie jestem fanatyczną wyznawczynią. Firma kojarzyła mi się  z wieszającymi się Macami w redakcji, w której na studiach pracowałam. Komputery wieszały się zwłaszcza na słownikach, więc większość dziennikarzy omijała ten krok i liczyła na własny łut szczęścia oraz na czujność korekty. Do czasu, gdy jedna z koleżanek nie podpisała zdjęcia słowem "rzaden". Kierownika działu miejskiego trafił szlag i porozwieszał wszędzie pełno kartek z napisami "Jeśli nie wiesz, jak działa słownik, powie ci twój kierownik". Kazanie na kolegium też było. Wiele lat później, gdy już pracowałam,  zapanował szał na iPody. Sama koło nich chodziłam. Były ładne, tylko ... drogie i ostatecznie się nie zdecydowałam. Potem były iPhony i iPady. Nie mam jeszcze żadnego, ale z uwagą słucham tego, co mówią ich użytkownicy o komforcie ich używania. Zwłaszcza, że wiele produktów w branży nowych technologii jest brzydkich, w myśl zasady, "nieważne, jak wygląda, ważne, że działa". To, co robi Apple, jest ładne. Przyciąga wzrok, zachęca do wzięcia do ręki. A do tego jest łatwe w obsłudze. Byłam zaskoczona, gdy nagle ogłoszono, że Steve Jobs odchodzi ze swojej firmy - nic nie wiedziałam o jego zdrowiu, ale pomyślałam, że nie zostawia się tak świetnie prosperującego biznesu bez bardzo ważnego powodu. I parę miesięcy później rozeszła się wieść o jego śmierci. Ciekawość spowodowała, że sięgnęłam po jego biografię, gdy okazało się, że jeden z kolegów może mi ją pożyczyć.

Sam rozmiar książki Waltera Isaacsona może odstraszać. Najlepiej zabrać się za nią w momencie choroby, gdy musimy kilka wieczorów pod rząd przesiedzieć w domu - najlepiej czyta się ją większymi partiami. Poznajemy tutaj życie Steve'a Jobsa od początku - historii związanej z jego adopcją i narodzinami - aż niemal po sam kres, który zostaje przez autora potraktowany z wyjątkową dyskrecją (bardzo puentą książki jest rozmowa z jej bohaterem na temat życia po śmierci). Widać solidną pracę biograficzną - dzięki niej historia jest bardzo realistyczna i szczegółowa, możemy też obejrzeć Steve'a Jobsa oczami innych ludzi. Widać też z jednej strony duży podziw autora dla swojego bohatera, z drugiej natomiast - chęć odmalowania go takim, jakim był, i w dobrym, i w złym. Łącznie z takimi szczegółami, że w młodych latach nie dbał o higienę osobistą na tyle, że wzbudzało to zgryźliwe komentarze jego otoczenia.

Większa część opowieści Isaacsona jest poświęcona, rzecz jasna, Jobsowi jako biznesmenowi - od czasów pierwszej firmy założonej w garażu po czas, w którym zarządzał międzynarodową firmą, którą znowu wyprowadził na prostą. Dużo mniej mówi się o jego relacjach z innymi ludźmi, ale tych prywatnych - gdzieś w tle przewijają się jedni i drudzy rodzice, przyrodnia siostra, żona i trójka dzieci. Sporo jest o zmaganiu się z chorobą. Wszystkie swoje najważniejsze produkty Jobs tworzył już po pierwszym ataku choroby i cofnięciu się jej. Z pasją i zaangażowaniem, dbałością o najdrobniejszy detal, zwracaniem uwagi na komfort obsługi i intuicyjność. Równocześnie były to produkty pierwsze w swoich kategoriach. Przed iPhone nikt nie pomyślał o tym, że telefon może mieć dotykowy ekran.

Jednak nowotwór tak łatwo nie odpuścił... Pomyślałam sobie, czytając tę dalszą część, że chociaż Jobsa było stać na najnowocześniejsze kuracje i najlepszych lekarzy, nie zatrzymało to postępów choroby. Tak, jakby każdy miał wyznaczony swój czas. Nie uchronił się też przed depresją, w którą bardzo często popadają osoby z nowotworami. Był rozdarty między świadomością nadchodzącego kresu, a nadzieją, że może to jeszcze nie koniec. Było mi też smutno, gdy opowieść się skończyła - przez te kilkaset stron zdążyłam polubić bohatera (choć zapewne trudno mi by było być podwładną takiej osoby).

Po lekturze jestem też bardziej skłonna sięgnąć po któryś produkt na "i"...

Walter Isaascon, Steve Jobs, Insignium, Warszawa 2011.