recenzje książkowe, nowości książkowe, literatura, kreatywne pisanie - i nie tylko.
wtorek, 29 stycznia 2013
Szafka kandyduje do Bloga Roku
Drodzy! Szafka z Książkami kandyduje w konkursie Blog Roku, więc jeśli lubicie moje pisanie - proszę o Wasz głos. Koszt SMS to 1,23 PLN. Dochód z SMS ma zostać przeznaczony na obozy dla dzieciaków, więc przy okazji można zrobić dobry uczynek :) Ślicznie Wam dziękuję!
niedziela, 27 stycznia 2013
Ciemno, prawie noc - Joanna Bator
Sposób pisania Joanny Bator podobał mi się już i w "Piaskowej Górze", i w "Chmurlandii". W przypadku powieści "Ciemno, prawie noc", przymierzałam się do kupna, ale gdy odkryłam, że jest w bibliotece, natychmiast ją wypożyczyłam. Muszę przyznać, że od dawna nie zdarzyło mi się, aby jakaś książka wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się oderwać. W "Ciemno, prawie noc" Joanna Bator przeszła samą siebie. Powieść czyta się tak, jak gdyby oglądało się dobry horror.
Zaczyna się dość niewinnie, od tajemniczych zniknięć trójki dzieci w Wałbrzychu, rodzinnym mieście Alicji Tabor. Dziennikarka wyrusza więc w podróż, aby zbadać sprawę. Jednak zniknięcia dzieci to nie wszystko, czym przyjdzie jej się zająć: ścigają ją demony własnej przeszłości - dziwne zachowania matki, niezrozumiała śmierć starszej siostry oraz mania poszukiwania skarbów pod zamkiem Książ, której namiętnie oddawał się ojciec. Tymczasem w Wałbrzychu atmosfera robi się coraz gęstsza i coraz bardziej duszna, narastają akty przemocy wśród zwierząt, pojawia się ludowy prorok Jan Kołek, twierdzący, że w biedaszybie przemówiła do niego wałbrzyska Matka Boska Bolesna, a po jego nagłej śmierci, samozwańczy "syn" Jerzy Łabędź. W opowieści to, co realne, przenika się z zaświatami, z których przybywają duchy i na pograniczu których żyją Kociary - swego rodzaju wiedźmy, które pomagają nie tylko kotom, ale również słabszym i cierpiącym.
Podobały mi się też liczne aluzje do bieżących wydarzeń - wątek działalności obu proroków nawiązuje do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wpisy na lokalnych wałbrzyskich forach brzmią trochę jak antyczny chór, a wielokrotne powtarzanie tych samych dialogów, swoista zdarta płyta, podkreśla i puentuje najbardziej powszechne w Polsce stereotypy. Widać też bardzo dobry warsztat autorki - z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, trudno jest porzucić książkę podczas lektury, a podczas rozwiązania akcji doświadczamy bardzo silnego katharsis.
Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.
Zaczyna się dość niewinnie, od tajemniczych zniknięć trójki dzieci w Wałbrzychu, rodzinnym mieście Alicji Tabor. Dziennikarka wyrusza więc w podróż, aby zbadać sprawę. Jednak zniknięcia dzieci to nie wszystko, czym przyjdzie jej się zająć: ścigają ją demony własnej przeszłości - dziwne zachowania matki, niezrozumiała śmierć starszej siostry oraz mania poszukiwania skarbów pod zamkiem Książ, której namiętnie oddawał się ojciec. Tymczasem w Wałbrzychu atmosfera robi się coraz gęstsza i coraz bardziej duszna, narastają akty przemocy wśród zwierząt, pojawia się ludowy prorok Jan Kołek, twierdzący, że w biedaszybie przemówiła do niego wałbrzyska Matka Boska Bolesna, a po jego nagłej śmierci, samozwańczy "syn" Jerzy Łabędź. W opowieści to, co realne, przenika się z zaświatami, z których przybywają duchy i na pograniczu których żyją Kociary - swego rodzaju wiedźmy, które pomagają nie tylko kotom, ale również słabszym i cierpiącym.
Podobały mi się też liczne aluzje do bieżących wydarzeń - wątek działalności obu proroków nawiązuje do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wpisy na lokalnych wałbrzyskich forach brzmią trochę jak antyczny chór, a wielokrotne powtarzanie tych samych dialogów, swoista zdarta płyta, podkreśla i puentuje najbardziej powszechne w Polsce stereotypy. Widać też bardzo dobry warsztat autorki - z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, trudno jest porzucić książkę podczas lektury, a podczas rozwiązania akcji doświadczamy bardzo silnego katharsis.
Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska
Pierwszy mój kontakt z "Sagą Sigrun" Elżbiety Cherezińskiej nie należał do udanych. Pamiętam jakieś fragmenty w Bluszczu, które nie zachęciły mnie do lektury; sprawiały wrażenie za bardzo pourywanych i za mało zrozumiałych. Skusiłam się dopiero, gdy robiłam przegląd nowości w katalogu biblioteki, a do tego zobaczyłam na okładce rekomendację samej Olgi Tokarczuk.
I zostałam miło zaskoczona. Powieść okazała się o wiele ciekawsza niż jej pojedyncze fragmenty. Rzecz dzieje się w średniowiecznej Norwegii u progu wielkich zmian: możne rody toczą walkę o władzę, a nowa religia - chrześcijaństwo - zaczyna rozprzestrzeniać się i w tym kraju. Tymczasem na norweskiej prowincji żyje sobie Sigrun, córka mężnego Apalvaldra, która zostaje wydana za mąż za Regina, nie ustępującego walecznością i odwagą jej ojcu. Podczas, gdy Regin rusza na kolejne łupieżcze wyprawy, Sigrun zajmuje się prowadzeniem dworu i wychowywaniem dzieci. I głównie o tym jest ta historia - o świecie wikingów widzianym oczami ich kobiet, o tym, że niezależnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć, ludzkie uczucia są uniwersalne. Do tego magiczna sceneria pełna złych i dobrych duchów, bogów i bogiń, czarów i uroków - przez co książka ma swój specyficzny klimat, przypominająca angielski serial o Robin Hoodzie (jeśli ktoś oglądał tak namiętnie jak ja, będzie wiedział, o co chodzi).
Przeczytałam "Sagę" jednym tchem, w jeden z zimowych wieczorów, z kubkiem herbaty w ręku, przykrywszy się ciepłym kocem. To dobra lektura na taki czas, gdy za oknem śnieżyca, a w domu ciepło i przytulnie. Wyobraźnia chętniej wyprawia się wtedy w dawne czasy i obce krainy. Bohaterowie "Sagi" i ich losy po prostu zaczynają się dziać. Postaci są psychologicznie wiarygodne, a sceneria i historia średniowiecznej Norwegii bardzo dokładnie i pieczołowicie zrekonstruowana (widać ogrom pracy bibliograficznej). Byłam wręcz zdziwiona, że tę książkę napisała polska, a nie norweska autorka. Zamierzam poszukać w bibliotece kolejnych tomów "Północnej Drogi", bo na stronie Elżbiety Cherezińskiej podejrzałam, że książek jest łącznie trzy.
Elżbieta Cherezińska, "Saga Sigrun", Zysk i S-ka, Poznań 2009.
sobota, 29 grudnia 2012
Mól książkowy na odwyku
czyli trochę o 2012, skoro czas podsumowań nadszedł.
Ten rok zdecydowanie upłynął mi pod znakiem książek pisanych. Jego pierwsza połowa oznaczała prace nad książką branżową nr 1, "Badania w public relations", napisaną w oparciu o materiały do mojego doktoratu i wydaną w kwietniu. Druga połowa to pisanie książki branżowej "Skuteczne social media" (o mierzeniu efektów komunikacji w social media), która ukaże się na początku przyszłego roku. Pisanie książek ma tę jedyną wadę, że skutecznie wyłącza z czytania tego, co się z nimi nie wiąże. Skoro pisałam książki branżowe, zaglądałam głównie do książek branżowych. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że ostatni raz w bibliotece byłam pół roku temu w każdym razie zmuszała mnie nieuchronnością terminu, do przeczytania książki, a co się z tym wiąże, napisania notki. Skutki: liczba odwiedzin na blogu spadła o 23%, notek było o połowę mniej niż w ubiegłych latach. Noworoczne postanowienie: czytać więcej książek, pisać więcej notek o nich :)
Drugi istotny wątek to była prywatna cyfryzacja. Od maja jestem posiadaczką czytnika książek, który znacząco przyczynił się do redukcji papieru w domu (zwłaszcza szybko dezaktualizujących się książek branżowych) i ułatwił zabieranie po kilka książek naraz w podróż. Od października dodatkowo mam tablet, który wyparł z domu papierowe wydania czasopism. Nie trzeba się już martwić, któremu współczytelnikowi ożenić egzemplarz pisma (bo szkoda wyrzucić).
Trzecia rzecz, z której zdałam sobie sprawę dopiero dzisiaj, to obcinanie wydatków na kulturę w Warszawie, widoczne też z perspektywy zwykłej mieszkanki miasta. Najpierw zredukowano bibliotekom budżety na nowości książkowe. Kiedyś moja biblioteka miała praktycznie wszystkie interesujące mnie nowości, a ja praktycznie nie kupowałam książek. Ale złote czasy się skończyły. Od października tego roku jest jeszcze gorzej: skrócono godziny pracy bibliotek o połowę. Źle się dzieje w moim mieście...
I pięć - jak dla mnie - książek 2012, czyli prywatny ranking:
A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam książkowego Nowego Roku!
Ten rok zdecydowanie upłynął mi pod znakiem książek pisanych. Jego pierwsza połowa oznaczała prace nad książką branżową nr 1, "Badania w public relations", napisaną w oparciu o materiały do mojego doktoratu i wydaną w kwietniu. Druga połowa to pisanie książki branżowej "Skuteczne social media" (o mierzeniu efektów komunikacji w social media), która ukaże się na początku przyszłego roku. Pisanie książek ma tę jedyną wadę, że skutecznie wyłącza z czytania tego, co się z nimi nie wiąże. Skoro pisałam książki branżowe, zaglądałam głównie do książek branżowych. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że ostatni raz w bibliotece byłam pół roku temu w każdym razie zmuszała mnie nieuchronnością terminu, do przeczytania książki, a co się z tym wiąże, napisania notki. Skutki: liczba odwiedzin na blogu spadła o 23%, notek było o połowę mniej niż w ubiegłych latach. Noworoczne postanowienie: czytać więcej książek, pisać więcej notek o nich :)
Drugi istotny wątek to była prywatna cyfryzacja. Od maja jestem posiadaczką czytnika książek, który znacząco przyczynił się do redukcji papieru w domu (zwłaszcza szybko dezaktualizujących się książek branżowych) i ułatwił zabieranie po kilka książek naraz w podróż. Od października dodatkowo mam tablet, który wyparł z domu papierowe wydania czasopism. Nie trzeba się już martwić, któremu współczytelnikowi ożenić egzemplarz pisma (bo szkoda wyrzucić).
Trzecia rzecz, z której zdałam sobie sprawę dopiero dzisiaj, to obcinanie wydatków na kulturę w Warszawie, widoczne też z perspektywy zwykłej mieszkanki miasta. Najpierw zredukowano bibliotekom budżety na nowości książkowe. Kiedyś moja biblioteka miała praktycznie wszystkie interesujące mnie nowości, a ja praktycznie nie kupowałam książek. Ale złote czasy się skończyły. Od października tego roku jest jeszcze gorzej: skrócono godziny pracy bibliotek o połowę. Źle się dzieje w moim mieście...
I pięć - jak dla mnie - książek 2012, czyli prywatny ranking:
- Dzienniki kołymskie - Jacek Hugo-Bader - poruszający reportaż o Kołymie, odpowiadający na pytanie jak można żyć na tej nieludzkiej ziemi;
- Żony i córki - Elisabeth Gaskell - książka nienowa, ale pierwszy raz w Polsce wydana, trafna panorama obyczajowa wiktoriańskiej Anglii;
- Edward Cyfus - Moja Warmia - zdecydowanie najlepsza tegoroczna książka o Warmii;
- Lechosław Herz - Wardęga, Klangor i fanfary - ubiegłoroczna "Wardęga" w tym roku doczekała się kontynuacji w postaci "Klangoru i fanfar". Za wciągający sposób opowiadania o dalszych i bliższych wędrówkach;
- Ludzie 8 dnia - Krzysztof Pałys OP - za ciekawy dziennik z podróży a równocześnie nienarzucający się sposób mówienia o wierze.
A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam książkowego Nowego Roku!
niedziela, 11 listopada 2012
Cranford - Elisabeth Gaskell
Za sprawa pani Kasi Kwiatkowskiej, tłumaczki książek Elisabeth Gaskell, trafiło do mnie kolejne spolszczenie. Tym razem jest to "Cranford", zbiór szkiców, które układają się w chronologiczną opowieść - choć powieścią nie są - na temat fikcyjnego miasteczka Cranford. Materiałem wyjściowym, podobnie jak w przypadku innych powieści pani Gaskell, było życie XIX-wiecznej angielskiej prowincji. I podobnie, jak we wcześniej recenzowanych przeze mnie "Północ i południe" czy "Żony i córki", "Cranford" przejawia wszelkie charakterystyczne cechy stylu autorki - wykwintny, staranny język, angielska ironia oraz dar szczegółowej obserwacji.
W tytułowym Cranford żyją głównie wdowy i stare panny. "Królestwo Amazonek", "kobiecy patrycjat" - nie zawaha się o nich powiedzieć narratorka, bywająca w Cranford z wizytami i skrzętnie zapisująca lokalne opowieści. Mężczyzn w Cranford prawie nie ma - prawie, bo sporadycznie się zdarzają: miejscowy lekarz, kapitan, który osiada w miasteczku aby spokojnie dożyć swoich dni, sztukmistrz czy służący. Panie spędzają jednak czas głównie we własnym gronie, wizytując się i rewizytując w dokładnie określonych porach - kodeks towarzyski w miasteczku jest bardzo ściśle przestrzegany. Mała społeczność, mówiąc socjologicznie, posiada silną kontrolę społeczną, i nie inaczej jest w przypadku Cranford. Sprowadza się to do tego, że wszyscy wszystko o sobie wiedzą, i każdy każdemu patrzy na ręce. Nawet drobny nietakt potrafi - jak to w małych miejscowościach bywa - urosnąć do rangi skandalu. Cnotą szczególnie pielęgnowaną w miasteczku - skoro składa się ono z niebogatych samotnych kobiet - jest "wykwintna oszczędność". Cranford pozostaje też nieco z tyłu za najnowszymi trendami mody - do tego stopnia, że stelaż do krynoliny, czyli najnowszego krzyku mody, przez kranfordzkie panie zostaje wzięty za dziwaczną klatkę dla papugi.
Mimo, że stereotyp starej panny lub wdowy w czasach Gaskell był jeszcze mniej przychylny tym dwóm stanom, niż jest teraz, bohaterki Gaskell budzą sympatię. Zarówno zasadnicza panna Jenkyns, jak i jej łagodna, młodsza siostra Matty, córki kapitana Browna, lady Glenmire, panna Pole - żeby wspomnieć tylko kilka z postaci. Nie ma się wrażenia papierowości i sztuczności - z kart książki wyłaniają się żywe, pełne dobra, ale też i zwyczajnych słabostek, kobiety. Chce się w Cranford pozostać na dłużej, bo całe to oryginalne towarzystwo wydaje się po prostu sympatyczne. Miłośniczkom i miłośnikom XIX-wiecznej powieści angielskiej gorąco polecam.
czwartek, 27 września 2012
Karolina Macios - Wdówki futbolowe
Niedawny mój urlop był czasem czytania rzeczy lekkich łatwych i przyjemnych, a także nadrabiania zaległości. Bo książka "Wdówki futbolowe" Karoliny Macios jest już zaległością. Ukazała się w maju, tuż przed mistrzostwami piłkarskimi i miała być zapewne pociechą dla wielu pań sfrustrowanych tym, co na czas mistrzostw porobiło się z ich mężami/chłopakami.
Główna bohaterka książki, jest Marta, mężatka, oczekującą swojego drugiego dziecka. Zajmuje się prowadzeniem domu i pisaniem książek. Jej mąż, Wojtek, pracuje w agencji reklamowej, więc zazwyczaj w domu go nie ma - ale kiedy już jest, nie oznacza to wcale, że jest obecny dla żony i syna Kacpra (a tym bardziej, że angażuje się w cokolwiek dotyczącego prowadzenia domu). Jest obecny przede wszystkim dla swojego wielkiego telewizora, w którym non stop ogląda transmisje meczy piłkarskich, wydając przy tym przekleństwa lub dzikie wrzaski. Bohaterka coraz bardziej nie poznaje swojego męża i coraz częściej zastanawia się nad rozwodem. Póki co postanawia zrobić sobie przerwę - zostawia syna pod opieką małżonka a sama rusza w trasę spotkań autorskich po całej Polsce...
Główna bohaterka książki, jest Marta, mężatka, oczekującą swojego drugiego dziecka. Zajmuje się prowadzeniem domu i pisaniem książek. Jej mąż, Wojtek, pracuje w agencji reklamowej, więc zazwyczaj w domu go nie ma - ale kiedy już jest, nie oznacza to wcale, że jest obecny dla żony i syna Kacpra (a tym bardziej, że angażuje się w cokolwiek dotyczącego prowadzenia domu). Jest obecny przede wszystkim dla swojego wielkiego telewizora, w którym non stop ogląda transmisje meczy piłkarskich, wydając przy tym przekleństwa lub dzikie wrzaski. Bohaterka coraz bardziej nie poznaje swojego męża i coraz częściej zastanawia się nad rozwodem. Póki co postanawia zrobić sobie przerwę - zostawia syna pod opieką małżonka a sama rusza w trasę spotkań autorskich po całej Polsce...
Wprawdzie 'Wdówki..." wydają mi się słabsze od debiutu Karoliny Macios, czyli "Pieskiego życie mojego kota" - książka wygląda, jakby była pisana na "zamówienie" przed zbliżającymi się mistrzostwami, nieco na siłę. Niemniej jednak i z tego tematu udało się wykrzesać parę zabawnych sytuacji i gagów. Moja ulubiona scena to wędrówek bohaterki przez nocny pociąg z Warszawy do Szczecina, a zwłaszcza obserwacji zmieniającego się stanu upojenia alkoholowego niektórych współpasażerów. Po kraju szwendają się zresztą hordy pijanych mężczyzn porykujących kibicowskie piosenki. Teraz, po Euro 2012 wiemy już, że nie było aż tak źle. Ale pośmiać się można.
Karolina Macios, "Wdówki futbolowe", Znak, Kraków 2012.
sobota, 22 września 2012
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz - Zapraszamy do Trójki
To, co mnie najbardziej cieszy w chorowaniu lub pracy zdalnej z domu, to możliwość słuchania mojego radia przez cały dzień. Tak, jestem Trójkomaniaczką. Zaczęło się od listy przebojów, na którą trafiłam w pewien sobotni wieczór, dwadzieścia pięć lat temu, kręcąc gałką radia. Nie wiem, co przemówiło do mnie bardziej: sposób prowadzenia audycji przez Marka Niedźwieckiego, czy to, że było w niej mnóstwo fajnej muzyki. W piątej klasie słuchałam namiętnie "Powtórki z rozrywki". W szóstej klasie były długie jesienne wieczory po powrocie ze szkoły, w które słuchałam "Zapraszamy do Trójki" i byłam na bieżąco z wydarzeniami Jesieni Ludów w Europie. W ósmej były audycje Brzozowicza i Chmiela, nagrywanie płyt z Muzycznej Poczty UKF, a w sobotnie noce -
audycje Tomasza Beksińskiego (jaka to była kombinacja, aby postawić radio gdzieś przy łóżku i założyć sobie słuchawki na głowę, ale w taki sposób, żeby zaglądający do mojego pokoju rodzice nie zorientowali się, że nie śpię. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło: audycje w radiu wyznaczają rytm tygodnia. Wieczorami w tygodniu słucham Programu Alternatywnego i Klubu Trójki, czasem w poniedziałki trafiam też na audycję Jana Ptaszyna Wróblewskiego. W piątek jest obowiązkowo Lista Przebojów. Sobota to "Myśliwiecka 3/5/7" i "Lista osobista". I tydzień zaczyna się od nowa. Mogę się obyć bez telewizora, ale nie umiem bez radia.
W tym roku Trójka świętuje 50. rocznicę powstania, dzisiaj był też dzień otwarty (byłam na takowym kilka lat temu). Ukazują się też kolejne książki. Przeczytałam autobiografię Niedźwiedzia kupioną w prezencie mojej siostrze - ale jej nie recenzowałam, żeby siostra mogła sobie wyrobić własne zdanie :P. Ostatnio natomiast przeczytałam "Zapraszamy do Trójki" Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza czyli historię stacji opowiedzianej ustami jej dziennikarzy, w formie krótkich urywków poświęconych poszczególnym okresom czasu. I chyba udało w niej się to, co najważniejsze: oddać niekonwencjonalny, a zarazem bardzo przyjazny charakter tej stacji. Mam wrażenie, że Trójka wprowadza taki domowy, spokojny klimat. To nie jest stacja, w której dziennikarze plują słowami niczym karabin maszynowy, czy mają entuzjastyczne głosy lektorów reklam. Nawet sposób mówienia redaktorów jest dość specyficzny - szukając jej między innymi stacjami, daje się ją łatwo rozpoznać właśnie po głosach. Czytając wywiady miałam wrażenie, jakby autorzy wypowiedzi, mówili do mnie, opowiadali historie w radiowym studiu. Taki zresztą jest podtytuł książki "radio mówi swoimi głosami". Całość jest ilustrowana zdjęciami poszczególnych osób związanych z Trójką, archiwalnych radiowych dokumentów, cytatami z dyżurów telefonicznych a także anegdotami z życia stacji. Piotr Stelmach przyznał się do bycia nagabywanym przez pewną słuchaczkę, która ubzdurała sobie, że dziennikarz mówi na antenie tylko do niej, a Tomasz Gorazdowski snuje opowieści o głupawce antenowej, która dopada redaktorów w najmniej oczekiwanym momencie. Rzecz obowiązkowa dla wszystkich fanów Trójki.
PS. Podczas pisania notki w tle leci "Lista osobista".
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, "Zapraszamy do Trójki", Agora/Wydawnictwo Obok, Warszawa 2012.
Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, "Zapraszamy do Trójki", Agora/Wydawnictwo Obok, Warszawa 2012.
środa, 12 września 2012
E L James - Pięćdziesiąt twarzy Greya
Ciekawość pierwszy stopień do piekła. Także czytelniczego.
Pytanie "zgodzi się, czy nie?" to pytanie, które napędza lekturę i powoduje, że książkę czyta się do końca. Właśnie to napięcie - widzimy, że pan Grey to toksyczny osobnik, ale podobnie jak Anastasia mamy ciągle nadzieję, że może jeszcze nie jest z nim tak źle, że może warto o niego zawalczyć. Druga rzecz - przełamanie tabu w literaturze erotycznej dla kobiet, jeśli wierzyć dziennikarce "WO", to czegoś takiego jeszcze nie było. Ale to jest właściwie wszystko. Książka nie jest literacko wyrafinowana. Nader szybko orientujemy się też, że mamy do czynienia z fikcją - bohaterowie są idealnie dopasowani, zawsze sprawni, pan Grey zawsze pamięta o prezerwatywach, Anastasia wciąż przygryza usta, co wciąż irytuje pana Greya. Książka jest też schematyczna - w każdym rozdziale obowiązkowo musi znaleźć się opis kolejnego efektownego zbliżenia. W którymś momencie jest już tego tyle, że zaczyna robić się nudno. Sado-maso jest z kolei tyle, ile mięsa w parówce. To raczej książkowa wersja filmików dla pań, które kiedyś były prezentowane przez Polsat w ramach erotycznych wieczorów - kolorowo i idealnie, a zarazem bardzo sztucznie. Bardziej fantazja niż rzeczywisty świat. Czemu okazała się atrakcyjna dla tak wielu (jak twierdzi wydawca w materiałach promocyjnych) z nich? To chyba to samo pytanie, czemu dwadzieścia lat temu panie tak fascynowały się książkami z serii Harlequin. Ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nie jestem w targecie.
E L James, "Pięćdziesiąt twarzy Greya", Sonia Draga, 2012.
Skoro jestem na urlopie, zachciało mi się przeczytać coś lekkiego, do tego sama książka została bardzo mocno rozpromowana w mediach, a na Woblinku trafiła się promocja. Co o niej wiedziałam, to to, że pierwotnie historia była fanfikiem (fan fiction, czyli ciąg dalszy lub wariacja na temat podstawowej opowieści napisana przez fankę/fana) do "Zmierzchu" i odpowiadała na zapotrzebowanie tych "zmierzchowiczów", którzy w relacji głównych bohaterów chcieli pogłębienia wątku erotycznego. Recenzje umieszczone w mediach dodatkowo przedstawiały książkę jako opowieść sado-maso, która urzekła gospodynie domowe w Stanach Zjednoczonych. "20 mln kobiet oszalało na punkcie pornoksiążki", pisze Katarzyna Wężyk w Wysokich Obcasach i dodaje: "wiele feministek uważa, że trylogia E.L. James przynosi kobietom więcej
szkody niż pożytku, bo powiela niekorzystne dla nich stereotypy.
"Pięćdziesiąt twarzy Greya" ich zdaniem sugeruje, że wszystkie kobiety
tak naprawdę marzą o poddaniu się mężczyźnie, który będzie całkowicie
kontrolował ich życie i podejmował za nie wszystkie decyzje, a to iście
XIX-wieczny koncept. Ponadto powiela szkodliwy mit, jakoby miłość dobrej
dziewczyny mogła zmienić mężczyznę, co z kolei w prostej linii prowadzi
do syndromu żony alkoholika". Skoro przedstawicielki feministycznego nurtu w krytyce literackiej tak się wypowiedziały, trzeba obaczyć i wyrobić sobie własny pogląd. Tym sposobem książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya" autorstwa niejakiej E L James trafiła do mojego czytnika.
Historia jest banalnie prosta. Anastasia Steele, studentka literatury, w zastępstwie swojej chorej współlokatorki, przeprowadza wywiad z bajecznie bogatym Christianem Greyem do uczelnianego pisma (pan Grey jest darczyńcą uczelni). Christian Grey, poza tym, że jest bogaty, jest też niesamowicie przystojny i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy i niedostępności. Anastasia z miejsca się zakochuje, ale wydaje się, że również pan Grey uległ jej urokowi - następnego dnia pojawi się w sklepie dla majsterkowiczów, w którym dziewczyna pracuje i będzie jej składał również inne dowody zainteresowania. I żyli długo i szczęśliwie - nie, ta historia nie ma aż takiego happy endu. Przez całą opowieść pan Grey będzie starał się nakłonić Anastasię do zgodzenia się (w pisemny sposób, w formie umowy) na relację erotyczną z różnymi urozmaiceniami typu sado-maso, natomiast bohaterka, targana wątpliwościami, będzie je na różne sposoby wyrażać i stawiać opór. Z drugiej strony, fascynacja panem Greyem będzie tak silna, że na dowód jego bardziej czułuch uczuć Anastasia będzie na plus interpretować jego niektóre słowa i gesty czy próbować tłumaczyć go trudnym dzieciństwem i faktem bycia molestowanym (?) przez starszą od niego kobietę.
Pytanie "zgodzi się, czy nie?" to pytanie, które napędza lekturę i powoduje, że książkę czyta się do końca. Właśnie to napięcie - widzimy, że pan Grey to toksyczny osobnik, ale podobnie jak Anastasia mamy ciągle nadzieję, że może jeszcze nie jest z nim tak źle, że może warto o niego zawalczyć. Druga rzecz - przełamanie tabu w literaturze erotycznej dla kobiet, jeśli wierzyć dziennikarce "WO", to czegoś takiego jeszcze nie było. Ale to jest właściwie wszystko. Książka nie jest literacko wyrafinowana. Nader szybko orientujemy się też, że mamy do czynienia z fikcją - bohaterowie są idealnie dopasowani, zawsze sprawni, pan Grey zawsze pamięta o prezerwatywach, Anastasia wciąż przygryza usta, co wciąż irytuje pana Greya. Książka jest też schematyczna - w każdym rozdziale obowiązkowo musi znaleźć się opis kolejnego efektownego zbliżenia. W którymś momencie jest już tego tyle, że zaczyna robić się nudno. Sado-maso jest z kolei tyle, ile mięsa w parówce. To raczej książkowa wersja filmików dla pań, które kiedyś były prezentowane przez Polsat w ramach erotycznych wieczorów - kolorowo i idealnie, a zarazem bardzo sztucznie. Bardziej fantazja niż rzeczywisty świat. Czemu okazała się atrakcyjna dla tak wielu (jak twierdzi wydawca w materiałach promocyjnych) z nich? To chyba to samo pytanie, czemu dwadzieścia lat temu panie tak fascynowały się książkami z serii Harlequin. Ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nie jestem w targecie.
E L James, "Pięćdziesiąt twarzy Greya", Sonia Draga, 2012.
piątek, 7 września 2012
Edward Cyfus - Moja Warmia
Póki co, dostajemy "Moją Warmię" - opis warmińskich obyczajów, ale nie naukowy (chociaż pojawiają się w książce cytaty z pracy naukowej Anny Szyfer - materiały do której były zbierane również w mojej rodzinnej miejscowości), ale bardzo subiektywny, zapamiętany przez autora z dzieciństwa u dziadków i krewnych na wsi, a także z opowieści rodzinnych. "Nic wokół nie przypomina czasów mojego dzieciństwa", stwierdza autor, i nietrudno przyznać mu rację. Nie ma już Warmiaków, a nieliczni, którzy pozostali, zmieszali się z ludnością napływową, utracili swój język i obyczaje. Gospodarstwa z czerwonej cegły wypierane są przez podmiejskie domki z obowiązkowymi kolumienkami przed wejściem, jakich pełno w całej Polsce, albo też tynkowane, drewnianą stolarkę okienną zastępują zaś plastikowe okna. Dawne tradycje są wskrzeszane raczej okazyjnie, przy okazji dużych publicznych uroczystości, niekiedy na lekcjach w szkole zdawkowo wspomina się o dawnej historii tych ziem. Nic więc dziwnego, że autor książki, reprezentant pokolenia moich rodziców, ostatniego, które pamięta miniony świat, podejmuje próbę ocalenia go za pomocą własnej opowieści.
"Moja Warmia" jest podzielona na pięć części. Pierwsza to opis gburstwa, czyli warmińskiego gospodarstwa. Dowiadujemy się, jak były stawiane warmińskie chałupy, jak wyglądało ich wnętrze, jak była zorganizowana kuchnia, prace domowe (mycie, pranie, prasowanie), jak wyglądał pokój dzienny, jakie funkcje pełnił przydomowy ogródek czy też w jaki sposób Warmiacy robili zakupy. Cztery kolejne rozdziały przedstawiają rok w warmińskim gospodarstwie, poczynając od zimy, przez wiosnę i lato, aż po jesień. Ta kolejność nie jest przypadkowa: początek grudnia to początek roku liturgicznego a warmińska obyczajowość była wypadkową chrześcijańskich (katolickich) tradycji i przedchrześcijańskich wierzeń. Rzeczowy, chłodny opis jest przerywany anegdotkami z życia rodziny autora, przez co książka nabiera bardziej osobistego i ciepłego charakteru (którego tak brakuje dziełom typowo naukowym). Nie brakuje opisów warmińskich dań. Teksty są ilustrowane zdjęciami warmińskich krajobrazów (dużo zdjęć jakże charakterystycznych dla Warmii kapliczek, większość zdjęć autorstwa Mieczysława Wieliczki, jednego z najbardziej "warmińskich" fotografów), starych przedmiotów z kolekcji Edwarda Cyfusa, zdjęciami rodzinnymi i archiwalnymi grafikami. Książka dla wszystkich, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o Warmii, ale wolą bardziej osobisty wymiar historii.
Edward Cyfus, Moja Warmia, Retman, Dąbrówno 2012.
niedziela, 2 września 2012
Lechosław Herz - Wardęga, Klangor i fanfary
Dawno mnie tu nie było. Druga książka branżowa zabrała mi na dwa miesiące praktycznie cały czas spędzany przed komputerem. Tempo zaiste wariackie - dwie książki w ciągu jednego roku. Ale skoro wydawca na tę drugą praktycznie sam się zgłosił, do tego jest to wydawnictwo, z którym właśnie chciałam wydać książkę na ten temat, to przysiadłam i napisałam. Nie było łatwo. Moje zdrowie w ostatnich miesiącach nie było najlepsze, do tego 100% obłożenia sprawami w pracy, które nie sprzyjało twórczym wieczorom przed komputerem - ale jakoś to przetrwałam. Książka powinna jutro wyjść do wydawnictwa.
A dzisiaj chciałabym Wam polecić lekturę w sam raz na ostatni miesiąc lata (bo jesień przychodzi przecież dopiero w trzeciej dekadzie września). Książki są dwie, bo stanowią swego rodzaju cykl. Pierwsza to "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi", która zafascynowała mnie swoją okładką. Rosnąca na poboczu drogi cykoria, łan zboża, niebo z obłokami w tle. A w środku zapiski autora z dalszych i bliższych wędrówek po Polsce. Tu garstka faktów historycznych lub lokalnych ciekawostek, tutaj luźne osobiste dygresje, do tego okraszone zdjęciami z wycieczek.
Niektóre historie zdradzają niezwykłą wrażliwość na piękno przyrody - tytułowa opowieść o żurawiach, które zwiastują początek wiosny, a potem koniec lata, budzi nostalgię, jeśli tylko słyszało się kiedyś głosy żurawi. Inne pokazują szacunek do mazowieckiej historii, obyczajowości, krajobrazu. Książka, podobnie jak poprzedniczka, kończy się relacją z letniego leśnego domu autora. Wydaje się, że spędzamy ten czas razem z nim i razem z nim z zachwytem patrzymy na to, co dzieje się wokół.
Lechosław Herz, "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi" (2011), "Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza" (2012), Wydawnictwo Iskry
A dzisiaj chciałabym Wam polecić lekturę w sam raz na ostatni miesiąc lata (bo jesień przychodzi przecież dopiero w trzeciej dekadzie września). Książki są dwie, bo stanowią swego rodzaju cykl. Pierwsza to "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi", która zafascynowała mnie swoją okładką. Rosnąca na poboczu drogi cykoria, łan zboża, niebo z obłokami w tle. A w środku zapiski autora z dalszych i bliższych wędrówek po Polsce. Tu garstka faktów historycznych lub lokalnych ciekawostek, tutaj luźne osobiste dygresje, do tego okraszone zdjęciami z wycieczek.
Druga część, pod tytułem "Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza" jest jeszcze lepsza, niż pierwsza. Autor postanowił się skupić wyłącznie na Mazowszu i w formie krótkich miniatur spisał opowieści zasłyszane podczas różnych wycieczek, swoje własne przygody i spotkania z ciekawymi ludźmi, a także ciekawostki wyczytane w lokalnych przewodnikach i książkach historycznych. Całość jest ilustrowana zdjęciami wykonanymi przez autora. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że za czasów PRL cenzurowano nawet mapy krajoznawcze (ale autorzy map znaleźli sprytny sposób na obejście cenzury) czy też, że określenie "bdźiel" jeszcze parę wieków nie kojarzyło się z niczym nieprzyzwoitym a oznaczało po prostu... Sprawdźcie sami.
Niektóre historie zdradzają niezwykłą wrażliwość na piękno przyrody - tytułowa opowieść o żurawiach, które zwiastują początek wiosny, a potem koniec lata, budzi nostalgię, jeśli tylko słyszało się kiedyś głosy żurawi. Inne pokazują szacunek do mazowieckiej historii, obyczajowości, krajobrazu. Książka, podobnie jak poprzedniczka, kończy się relacją z letniego leśnego domu autora. Wydaje się, że spędzamy ten czas razem z nim i razem z nim z zachwytem patrzymy na to, co dzieje się wokół.
Lechosław Herz, "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi" (2011), "Klangor i fanfary. Opowieści z Mazowsza" (2012), Wydawnictwo Iskry
Subskrybuj:
Posty (Atom)









