środa, 10 kwietnia 2013

W jednej osobie - John Irving

W czasach licealnych zaczytywałam się w książkach Johna Irvinga. Siostra i szwagier mieli praktycznie wszystkie książki jego autorstwa, które były wydane w Polsce. Bardziej kojarzyłam nawet "Świat według Garpa" jako książkę, nie zaś jako film, którym zachwycały się bardziej wyrobione filmowo koleżanki z liceum. John Irving pisał zawsze odjechane, barwne książki, w których występowała kumulacja kolorowych, zabawnych, a czasem przerażających wątków. Jego pisarstwo kojarzy mi się nieco z filmami Pedro Almodovara, tak samo pokręconymi, kolorowymi i zaskakującymi. Obowiązkowym elementem każdej z książek Irvinga była jedna scena, bardzo humorystyczna, i tak kunsztownie skonstruowana pod kątem napięcia i jego rozładowania, że człowiek ryczał na całe gardło ze śmiechu i nie mógł przestać, nawet gdy do jego pokoju zbiegała się przerażona rodzina, wyrwana w środku nocy ze swoich łóżek.

Na to liczyłam sięgając po książkę "W jednej osobie". Że będzie to właśnie taki stary, dobry John Irving. A tu niespodzianka. Nic z tych rzeczy. Jest wprawdzie barwnie i kolorowo - główny bohater, Billy Abbott, jest pisarzem, a zarazem biseksualistą. Narodziny i rozwój jego tożsamości seksualnej to główny wątek tej książki. Mamy zatem historie z małego prowincjonalnego miasteczka z galerią nietuzinkowych lokalnych postaci - trupy aktorskiej z lokalnego teatru włącznie z dziadkiem Billy'ego, który uwielbiał odgrywać role kobiece, rówieśnicę Billy'ego "z głosem jak dzwon" czy tajemniczą bibliotekarkę, pannę Frost, jedną z młodzieńczych sympatii głównego bohatera. Są i koledzy ze szkolnej ławy, którzy również bywają źródłem nieoczekiwanych komplikacji. Potem - beztroski, barwny czas studiów, lat 60. z ich wolnością seksualną. I lata 80., z perspektywy których prowadzona jest narracja. Chociaż geje, lesbijki i biseksualiści cieszą się z o wiele większą tolerancją niż w czasach wczesnej młodości, krwawe żniwo wśród nich zaczyna zbierać AIDS. Billy patrzy na śmierć kolejnych osób - znajomych z rodzinnej miejscowości oraz przyjaciół z lat dorosłych - i dokonuje rozrachunku z własnym życiem.


Irving nadal pozostaje barwny, wielowątkowy i pisze w sposób pełen humoru, jednak to nie jest już takie samo pisanie, jakie pamiętam z najwcześniej wydanych książek. Duch dziadka Billy'ego straszący w łazience jest śmieszny, ale nie ma też takiej mocy, by wywołać huraganowy śmiech. Chociaż wcześniejsze książki też zawierały tragikomiczne elementy, w tej szala przechyla się stopniowo na rzecz tragedii - chorych na AIDS oraz ich rodzin. Do tego książka wydaje się przegadana nadmierną ilością wątków i przez to nużąca - wielokrotnie walczyłam ze sobą, aby ją jednak odłożyć w trakcie czytania, ale pragnienie dotarcia do kluczowej śmiesznej sceny zwyciężyło. Niestety, nigdzie jej nie znalazłam. Moja rada: jeśli jeszcze nie czytaliście nic Irvinga, zacznijcie od "Metody wodnej", "Modlitwy za Owena" lub "Regulaminu tłoczni win". A jeśli już znacie te książki, "W jednej osobie" możecie sobie spokojnie darować. 

John Irving, W jednej osobie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012. 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Nasz mały PRL - Izabela Meyza, Witold Szabłowski

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ostatnie półtora miesiąca było ciężkie. Niekończąca się zima w moim przypadku spowodowała spadek formy i różne kłopoty zdrowotne. Resztkami sił ciągnęłam zaległe projekty, a na dodatkowe rzeczy brakowało mi już energii. Nawet na czytanie książek - zadowalałam się głównie prasą i przeglądaniem newsów w internecie. I tak samo jak większość internautów, z niecierpliwością oczekiwałam wiosny. Jak widać za oknem, nadzieje na razie próżne. Mój grudnik nawet ponownie zakwitł. W radiu zapowiadają właśnie kolejny gwałtowny atak zimy jutro.

W tak sprzyjających okolicznościach przyrody, nie pozostaje nic innego, jak zawinąć się w ciepły koc i poczytać. Pomaga mi w tym Woblink, na którym ostatnio zaopatruję się w książki - jest masa promocji, więc ciekawe nowości można kupić naprawdę tanio. Tak własnie trafił do mnie "Nasz mały PRL" Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego. O książce czytałam już wcześniej - para młodych dziennikarzy, rodzice kilkuletniej córeczki, postanawiają zrobić eksperyment - odtworzyć w swoim życiu na tyle, na ile się da, warunki panujące w poprzednim ustroju, a dokładniej - w latach 1981-82. Przeprowadzają się do blokowiska na warszawskim Ursynowie, wyłączają komórki i internet, zaczynają się poruszać komunikacją miejską lub Fiatem 126p, kupują te same kosmetyki, które były produkowane jeszcze za czasów PRL, zmieniają sposób ubierania się, na nowo dzielą się rolami w związku. Książka jest zapisem trwającego pół roku eksperymentu.

To, co w niej jak dla mnie było najciekawsze, to pokazanie zmiany, jaka dokonała się w polskiej mentalności od czasów mojego dzieciństwa (urodziłam się w drugiej połowie lat 70.) do chwili obecnej. Wraz z upadkiem dawnego ustroju sporo zyskaliśmy: dostęp do lepszych kosmetyków i ubrań, do środków czystości, które pozwalają łatwiej utrzymać porządek w domu, dostęp do technologii czy do światowych trendów. Okazuje się, że sporo jednak też straciliśmy. Trudniejsze ekonomicznie czasy powodowały, że ludzie byli bardziej otwarci i życzliwsi wobec siebie, nastawieni na nawiązywanie kontaktów (sieć kontaktów ułatwiała uzyskanie potrzebnych dóbr i ich wymianę), a z kolei brak nowoczesnych technologii przyczyniał się do tego, że więcej czasu spędzali razem. Jak zauważyli bohaterowie książki, obecnie bardzo trudno było im wpaść bez zapowiedzi do znajomych czy też nawiązać relacje z sąsiadami (chociaż w małych społecznościach, takich jak moja rodzinna wieś, tak jeszcze się dzieje). Większy jest też lęk rodziców o dzieci - obecnie są pilnowane w piaskownicy na każdym kroku, podczas, gdy kiedyś ich rodzice pozwalali im na większą samodzielność w zabawach. PRL zmuszał też do większej zapobiegliwości i zaradności - ludzie zbierali wszystkie przedmioty, które mogły im się kiedyś przydać (kiedy przypominam sobie zwyczaje pokolenia moich dziadków i moich rodziców, tak właśnie było - trzeba było być przygotowanym na każdą ewentualność). Na wsi mieli też przydomowe ogródki, w których uprawiali warzywa, miastowi zdaje się posiadali działki (ale ten aspekt został akurat pominięty, w książce jest tylko mowa o kupowaniu owoców i warzyw od rolników). Obecnie nawet w mojej rodzinnej wiosce niewiele osób ma jeszcze takie ogródki, podczas, gdy moje pokolenie było jeszcze do pracy w nich regularnie zaganiane.


Masa wspomnień i osobistych porównań uruchomiła mi się podczas lektury tej książki. Podobnych refleksji, porównań i spostrzeżeń. Były też rzeczy, których mi brakowało. Porównanie dokonywane z perspektywy mieszkańca Warszawy nie zawiera na przykład tak ważnego elementu, jak relacje z poprzednimi mieszkańcami tych ziem. Tymczasem tam, gdzie mieszkałam, pojawiali się oni dość regularnie. Mówiło się na nich "Niemcy", bo przyjeżdżali z Niemiec, chociaż w rzeczywistości byli Warmiakami, którzy postanowili poszukać szczęścia na Zachodzie. Tęsknili (i nadal tęsknią, co widać chociażby na NK) za krajem swojego dzieciństwa i młodości, dlatego często przyjeżdżali. Przy okazji pomagali swoim krewnym i znajomym, przywożąc kawę, słodycze i inne produkty, których brakowało w Polsce. Byłam jeszcze zbyt mała, by rozumieć zawiłe relacje Warmiaków z polskością i niemieckością, jak to, że w moim domu mieszkał wcześniej ktoś o obco brzmiącym nazwisku, ale znajomym rodziców, którzy nam sporo pomagali, zawdzięczam masę dobrych wspomnień z dzieciństwa. Nadal zresztą lubię niemieckie słodycze i chętnie kupuję te, które jadłam w dzieciństwie...

Izabela Meyza, Witold Szabłowski, "Nasz mały PRL", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

piątek, 15 lutego 2013

Kuchnia Franceski - Peter Pezzelli

Nie jestem miłośniczką komedii romantycznych ani tzw. literatury kobiecej, tzn. że muszę obejrzeć/przeczytać wszystko nowe, co tylko się na świeżo pojawi. Nie znam się na reżyserach, aktorach, czy też autorach. Ale od czasu do czasu potrzebuję obejrzeć lub przeczytać coś bardzo lekkiego i przyjemnego. Aby odpocząć, oderwać się od codzienności i utwierdzić się w przekonaniu, że "wszystko będzie dobrze".

Książka Petera Pezzelliego, "Kuchnia Franceski" to właśnie taka książka. Franceska to starsza pani, wdowa. Mieszka sama. Jej dwie córki wyniosły się do innych miast w Stanach i choć często do matki dzwonią, Franceska najchętniej miałaby je gdzieś blisko siebie. Syn Franceski wprawdzie jest na miejscu, ale z młodym mężczyzną kontakt jest jakby trudniejszy. Do tego starsza pani martwi się o jego los - po zawodzie miłosnym do tej pory nie znalazł sobie partnerki. Dzielnica, w której mieszka starsza pani, to też nie ta sama dzielnica, w której z mężem kupowali dom. Włoskie rodziny wyprowadziły się, a ich miejsce zajęli azjatyccy przybysze.


Franceska czuje się więc wyrzucona poza nawias życia. Spowiednik doradza jej, aby znalazła sobie jakieś zajęcie, które pozwoli jej na bycie potrzebną i da poczucie sensu życia. Zainspirowana namową księdza, Franceska rozpoczyna pracę jako gospodyni domowa u Loretty, samotnej matki dwójki dzieci. Początki wydają się trudne - Loretta prowadzi dom zupełnie inaczej, niż robiłaby to Franceska, a dzieci są nieufna i niechetnie włączają się w prace domowe. Jednak tytułowa kuchnia Franceski, czyli włoskie potrawy przygotowywane przez nią z miłością i sercem, potrafią zdziałać prawdziwe cuda... Jakie? Sprawdźcie.

P. Pezzelli, Kuchnia Franceski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

wtorek, 12 lutego 2013

Trafny wybór - J. K. Rowling

J. K. Rowling miała chyba największą kampanię promocyjną ostatnich miesięcy. Pamiętam liczne mailingi, ale tez plakaty wiszące w metrze. Trudno się dziwić Znakowi, że postawił na znane nazwisko. W końcu mamy do czynienia z książką autorki serii książek o Harrym Potterze, która tym razem spróbowała napisać coś dla dorosłych czytelników. Ciekawe, czy potrafiła stworzyć coś równie fascynującego i trzymającego w napięciu - z taką myślą rezerwowałam książkę w bibliotece.

"Trafny wybór" J. K. Rowling opowiada historię kilku dni z życia miasteczka Pagford, położonego gdzieś na angielskiej prowincji. Zaczątek akcji stanowi śmierć Barry'ego Fairbrothera, radnego i społecznika, który umiera na wylew w drodze na kolację z żoną. Ta śmierć wprowadza wiele zamieszania w życiu wielu mieszkańców miasteczka. Dwie lokalne grupy interesu, dla których przysłowiową ością niezgody jest dzielnica biedoty, formalnie należąca do sąsiedniegoYarvil, ale terytorialnie bliższa Pagford, zaczynają rywalizację o wolne miejsce w radzie. Krystal, zbuntowana nastolatka z patologicznej rodziny, ze śmiercią Barry'ego, szefa jej osady wioślarskiej, traci jedyną osobę, która w nią wierzyła i dla której coś znaczyła. Nie wspominając już o rodzinie i przyjaciołach Barry'ego, którym zwyczajnie zabraknie życzliwego bliskiego człowieka. To będzie jednak dopiero początek - w miarę, jak będziemy wraz z narratorem obserwować rozwój wydarzeń, dowiemy się więcej na temat do tej pory skrzętnie skrywanych tajemnic...


Czytając, miałam mieszane uczucia. Po mniej więcej połowie książki powiedziałam koledze, że jest strasznie nudno i jestem zawiedziona. Wolne tempo akcji, natłok bohaterów i ich spraw, wielostronicowe niekończące się dyskusje, podane z dużą drobiazgowością  Zastanawiałam się, czy nie oddać książki do biblioteki nieprzeczytanej, skoro na moich półkach i w czytniku zalega tyle innych atrakcji. Postanowiłam jednak dać Rowling szansę i przeczytać choćby jeszcze jeden rozdział. I to było to miejsce, gdzie w książce coś faktycznie zaczęło się dziać. Bohaterowie byli już na tyle wyczerpująco scharakteryzowani i przez to - zrozumiali (weźmy chociażby Krystal, dziewczynę, która na pierwszych stronach jawi się jako dość wulgarna i prymitywna, jednak gdy coraz lepiej rozumiemy, w jakim otoczeniu przyszło jej żyć i jak została zostawiona sama sobie, budzi coraz większą sympatię) i na tyle czułam się do nich przywiązana, że chciałam się koniecznie dowiedzieć, co z nimi stanie się dalej.

Ciekawie też jest spojrzeć na książkę, mając za sobą lekturę powieści napisanych w tym samym państwie jakieś 150 lat wcześniej. Powieści Gaskell są jeszcze eleganckie i wykwintne, opisują życie sfer wyższej i średniej. Przełomem były "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, która wywołała kontrowersje portretując patologię i najniższe warstwy społeczne. W powieści Rowling mamy przekrój: i angielską klasę średnią, i doły społeczne (które posługują się językiem raczej mało eleganckim), brakuje jedynie angielskiej arystokracji. Równocześnie nieco gawędziarski styl pisania i ironiczny humor to coś, co wydaje się być wyróżnikiem angielskiej powieści mimo upływu czasu. Warto dokonać takiego porównania na własną rękę.

J. K. Rowling, Trafny wybór, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

niedziela, 3 lutego 2013

Elżbieta Cherezińska - Ja jestem Halderd, Pasja według Einara

Bardzo dziękuję Wam za udział w konkursie Blog Roku i za głosowanie na mojego bloga. Konkurencja była bardzo duża, więc nie będę walczyć o finał, ale za to przekonałam się, że są osoby, które doceniają to moje pisanie. I dlatego było warto. Dziękuję raz jeszcze!

A teraz wracam do tego, co lubię najbardziej, czyli książek. Udało mi się dostać w bibliotece dwie kolejne części sagi "Północna Droga" Elżbiety Cherezińskiej. O pierwszej części pisałam w notce "Saga Sigrun". Część druga, "Ja jestem Halderd" opowiada o losach Halderd, pani włości sąsiadujących z posiadłościami Sigrun. Nie ma ona tak łatwego życia, jak jej sąsiadka. Zaaranżowane przez rodziców małżeństwo Halderd nie jest szczęśliwe, mąż okazuje się być opojem i prostakiem. Dla Halderd trwanie w tym związku jest jedyną drogą do awansu społecznego, dlatego decyduje się w nim trwać i znosić liczne upokorzenia. Nieco ułatwia jej to tryb życia norweskich wojów, którzy ciepłą porę roku spędzają głównie na łupieżczych wyprawach, a dopiero na zimę ściągają do domu. Dziewięć miesięcy później, gdy jeszcze wojują poza domem, na świat przychodzą dzieci. Halderd jest zresztą matką pięciorga synów. Nie jest jednak do końca sama - ma wokół siebie przyjaznych ludzi: oddaną służącą Szczurę, wiernego zarządcę domu czy wuja Hrafna, do którego zawsze może zwrócić się o radę. Wkrótce pojawi się też i miłość, pod postacią Einara. Halderd zachodzi w kolejną w ciążę, jednak zanim wyda się, że dziecko nie może być dzieckiem jej męża, Helgi zginie na polowaniu. Śmierć męża przynosi jej upragnioną wolność i możliwość samostanowienia o sobie. Halderd okaże się być niezłym politykiem, a równocześnie ma zmysł do interesów, odziedziczony po Hrafnie.


"Pasja według Einara" to z kolei historia ukochanego Halderd. Jego losy poznajemy z jego własnej perspektywy. Einar opisuje lata spędzone ze swoim ojcem - godim (kapłanem pogańskich norweskich bogów) aż do jego zabójstwa, swojej potajemnej ucieczce do Anglii sponsorowanej przez norweskiego króla Hakona (przyjaciela ojca), latach spędzonych w angielskim klasztorze, a także czasie dyplomatycznych misji. Einar jest typem średniowiecznego szpiega-dyplomaty, który sporo czasu spędza na różnych europejskich dworach, wykonując zlecenia swoich możnych mocodawców. Często bywa również w swoim rodzinnym kraju. Tam pozna Halderd, swoją największą miłość. Równocześnie wciąż będzie pełen wątpliwości i rozterk - zostać chrześcijańskim kapłanem i chrystianizować Norwegię, czy prowadzić świeckie życie (nie umie do końca wybrać ani jednego, ani drugiego), prowadzić własną misję, czy funkcjonować w roli dyplomaty imającego się różnych zleceń. I właśnie to niezdecydowanie będzie powodowało kolejne komplikacje w jego życiu. To Halderd, bardziej wiedząca czego chce, bardziej zdecydowana, będzie mu najlepszym oparciem i drogowskazem... Do czasu.


Mogę o tych dwóch książkach napisać to samo, co o poprzedniej. Wartka akcja, szybko zmieniające się okoliczności, realistyczny rysunek postaci i świata, w którym przyszło im żyć. Bohaterowie, których można polubić - wyniosła Halderd z pierwszej części "Północnej Drogi" okazuje się być bardziej zrozumiała, ale też i ludzka. Bardzo dużą sympatię budzi jej służąca, Szczura. Imię może niezbyt sympatyczne, ale szczur to niezwykle inteligentne zwierzę - i taka też jest Szczura. Dobra obserwatorka, bez trudu odczytująca ludzkie uczucia, lojalna wobec swojej pani, a zarazem ciepła i serdeczna. Najbardziej irytował mnie Einar, i jego niezdecydowanie i miotanie się między skrajnościami. Magdalenka ukuła na takich gości dobre określenie, ale przez delikatność go nie zdradzę ;)

PS. Na rynku jest już czwarta część "Północnej Drogi", "Trzy młode pieśni". Mam nadzieję, że biblioteka ją rychło zakupi.

Elżbieta Cherezińska, "Ja jestem Halderd", "Pasja według Einara", Zysk i S-ka, Poznań 2010-2011.

czwartek, 31 stycznia 2013

Podróż do miasta świateł - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Ostatnio ze względu na mnogość obowiązków zawodowych, sięgam głównie po lżejsze lektury. Takie, które  całodniowej pracy z komputerem, analizie dużej ilości danych czy tworzenia specjalistycznych opracowań, dadzą mi odpoczynek i wytchnienie, a równocześnie pozwolą oderwać się od codzienności. Dobrze napisana powieść popularna może i nie otrzyma literackiej Nagrody Nobla, ale docenią ją rzesze wiernych czytelników, którzy poszukują dobrej rozrywki. Chociaż będą też i tacy, dla których czytanie nawet powieści popularnych będzie sporym wysiłkiem.

Jeśli chodzi o mnie, to gdy chcę odpocząć i spędzić czas w innym, barwnym świecie, sięgam po książki Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Urzekła mnie "Cukiernia pod Amorem", dlatego sięgnęłam po kolejną książkę autorki, która z wątków pobocznych "Cukierni" utkała właśnie początek nowego cyklu, zatytułowanego "Podróż do miasta świateł". "Róża z Wolskich" to pierwszy tom cyklu, poświęcony Róży Wolskiej - utalentowanej malarce polskiego pochodzenia, która podbijała Paryż jako Rose de Vallenord. Pretekstem do przywołania postaci Róży są sprawy współczesne - oto z galerii na całym świecie nieznany sprawca kradnie obrazy malarki. Budzi to obawy Igi Toroszyn, właścicielki pałacu-hotelu, która posiada obraz hrabiego Tomasza Zajezierskiego, prawdopodobnie namalowany przez Różę. Iga prosi o pomoc w ustaleniu autorstwa obrazu Ninę, historyk sztuki z Warszawy. Również losy samej Niny są dość skomplikowane - odnosi sukcesy zawodowe. Równocześnie nie umie uwolnić się od dominacji swojej matki, która jest w stanie posunąć się nawet do wyjątkowo perfidnego kłamstwa, aby zniszczyć rodzący si,ę związek Niny...
Małgorzata Gutowska-Adamczyk i tutaj ujawnia najlepsze cechy swojej literatury: umiejętność tworzenia wielowątkowych fabuł i realistycznego portretowania zwłaszcza damskich bohaterek, tak, że mamy wrażenie, że jest to postać historyczna, a nie literacka. Ciekawa jestem, czy niektórzy z Was przyszli tutaj, bo szukali w wyszukiwarce frazy Rose de Vallenord, chcąc sprawdzić czy była rzeczywistą postacią. Ja sama miałam takie wątpliwości w przypadku Giny Weylen, jednej z bohaterek cyklu "Cukiernia pod Amorem". Do tego umiejętność prowadzenia opowieści w kilku planach czasowych równolegle. Może to rodzić zarzuty, że autorka wypracowała już sobie pewien schemat, który powiela. Jednak ma to i swoje dobre strony - jeśli lubicie wiedzieć, czego się spodziewać i po prostu chcecie odpocząć, warto raz jeszcze zajrzeć do Gutowa.

Fankom i fanom cyklu "Cukiernia pod Amorem" nieustająco polecam blog "Cukiernia pod Amorem".

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich", Nasza Księgarnia, 2012.

wtorek, 29 stycznia 2013

Szafka kandyduje do Bloga Roku

Drodzy! Szafka z Książkami kandyduje w konkursie Blog Roku, więc jeśli lubicie moje pisanie - proszę o Wasz głos. Koszt SMS to 1,23 PLN. Dochód z SMS ma zostać przeznaczony na obozy dla dzieciaków, więc przy okazji można zrobić dobry uczynek :) Ślicznie Wam dziękuję!


niedziela, 27 stycznia 2013

Ciemno, prawie noc - Joanna Bator

Sposób pisania Joanny Bator podobał mi się już i w "Piaskowej Górze", i w "Chmurlandii". W przypadku powieści "Ciemno, prawie noc", przymierzałam się do kupna, ale gdy odkryłam, że jest w bibliotece, natychmiast ją wypożyczyłam. Muszę przyznać, że od dawna nie zdarzyło mi się, aby jakaś książka wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się oderwać. W "Ciemno, prawie noc" Joanna Bator przeszła samą siebie. Powieść czyta się tak, jak gdyby oglądało się dobry horror.

Zaczyna się dość niewinnie, od tajemniczych zniknięć trójki dzieci w Wałbrzychu, rodzinnym mieście Alicji Tabor. Dziennikarka wyrusza więc w podróż, aby zbadać sprawę. Jednak zniknięcia dzieci to nie wszystko, czym przyjdzie jej się zająć: ścigają ją demony własnej przeszłości - dziwne zachowania matki, niezrozumiała śmierć starszej siostry oraz mania poszukiwania skarbów pod zamkiem Książ, której namiętnie oddawał się ojciec. Tymczasem w Wałbrzychu atmosfera robi się coraz gęstsza i coraz bardziej duszna, narastają akty przemocy wśród zwierząt, pojawia się ludowy  prorok Jan Kołek, twierdzący, że w biedaszybie przemówiła do niego wałbrzyska Matka Boska Bolesna, a po jego nagłej śmierci, samozwańczy "syn" Jerzy Łabędź. W opowieści to, co realne, przenika się z zaświatami, z których przybywają duchy i na pograniczu których żyją Kociary - swego rodzaju wiedźmy, które pomagają nie tylko kotom, ale również słabszym i cierpiącym.

Podobały mi się też liczne aluzje do bieżących wydarzeń - wątek działalności obu proroków nawiązuje do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wpisy na lokalnych wałbrzyskich forach brzmią trochę jak antyczny chór, a wielokrotne powtarzanie tych samych dialogów, swoista zdarta płyta, podkreśla i puentuje najbardziej powszechne w Polsce stereotypy. Widać też bardzo dobry warsztat autorki - z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, trudno jest porzucić książkę podczas lektury, a podczas rozwiązania akcji doświadczamy bardzo silnego katharsis.

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012. 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Saga Sigrun - Elżbieta Cherezińska

Pierwszy mój kontakt z "Sagą Sigrun" Elżbiety Cherezińskiej nie należał do udanych. Pamiętam jakieś fragmenty w Bluszczu, które nie zachęciły mnie do lektury; sprawiały wrażenie za bardzo pourywanych i za mało zrozumiałych. Skusiłam się dopiero, gdy robiłam przegląd nowości w katalogu biblioteki, a do tego zobaczyłam na okładce rekomendację samej Olgi Tokarczuk. 

I zostałam miło zaskoczona. Powieść okazała się o wiele ciekawsza niż jej pojedyncze fragmenty. Rzecz dzieje się w średniowiecznej Norwegii u progu wielkich zmian: możne rody toczą walkę o władzę, a nowa religia - chrześcijaństwo - zaczyna rozprzestrzeniać się i w tym kraju. Tymczasem na norweskiej prowincji żyje sobie Sigrun, córka mężnego Apalvaldra, która zostaje wydana za mąż za Regina, nie ustępującego walecznością i odwagą jej ojcu. Podczas, gdy Regin rusza na kolejne łupieżcze wyprawy, Sigrun zajmuje się prowadzeniem dworu i wychowywaniem dzieci. I głównie o tym jest ta historia - o świecie wikingów widzianym oczami ich kobiet, o tym, że niezależnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć, ludzkie uczucia są uniwersalne. Do tego magiczna sceneria pełna złych i dobrych duchów, bogów i bogiń, czarów i uroków - przez co książka ma swój specyficzny klimat, przypominająca angielski serial o Robin Hoodzie (jeśli ktoś oglądał tak namiętnie jak ja, będzie wiedział, o co chodzi). 


Przeczytałam "Sagę" jednym tchem, w jeden z zimowych wieczorów, z kubkiem herbaty w ręku, przykrywszy się ciepłym kocem. To dobra lektura na taki czas, gdy za oknem śnieżyca, a w domu ciepło i przytulnie. Wyobraźnia chętniej wyprawia się wtedy w dawne czasy i obce krainy. Bohaterowie "Sagi" i ich losy po prostu zaczynają się dziać. Postaci są psychologicznie wiarygodne, a sceneria i historia średniowiecznej Norwegii bardzo dokładnie i pieczołowicie zrekonstruowana (widać ogrom pracy bibliograficznej). Byłam wręcz zdziwiona, że tę książkę napisała polska, a nie norweska autorka. Zamierzam poszukać w bibliotece kolejnych tomów "Północnej Drogi", bo na stronie Elżbiety Cherezińskiej podejrzałam, że książek jest łącznie trzy.

Elżbieta Cherezińska, "Saga Sigrun", Zysk i S-ka, Poznań 2009.

sobota, 29 grudnia 2012

Mól książkowy na odwyku

czyli trochę o 2012, skoro czas podsumowań nadszedł.

Ten rok zdecydowanie upłynął mi pod znakiem książek pisanych. Jego pierwsza połowa oznaczała prace nad książką branżową nr 1, "Badania w public relations", napisaną w oparciu o materiały do mojego doktoratu i wydaną w kwietniu. Druga połowa to pisanie książki branżowej "Skuteczne social media" (o mierzeniu efektów komunikacji w social media), która ukaże się na początku przyszłego roku. Pisanie książek ma tę jedyną wadę, że skutecznie wyłącza z czytania tego, co się z nimi nie wiąże. Skoro pisałam książki branżowe, zaglądałam głównie do książek branżowych. Dzisiaj uświadomiłam sobie, że ostatni raz w bibliotece byłam pół roku temu w każdym razie zmuszała mnie nieuchronnością terminu, do przeczytania książki, a co się z tym wiąże, napisania notki. Skutki: liczba odwiedzin na blogu spadła o 23%, notek było o połowę mniej niż w ubiegłych latach. Noworoczne postanowienie: czytać więcej książek, pisać więcej notek o nich :)

Drugi istotny wątek to była prywatna cyfryzacja. Od maja jestem posiadaczką czytnika książek, który znacząco przyczynił się do redukcji papieru w domu (zwłaszcza szybko dezaktualizujących się książek branżowych) i ułatwił zabieranie po kilka książek naraz w podróż. Od października dodatkowo mam tablet, który wyparł z domu papierowe wydania czasopism. Nie trzeba się już martwić, któremu współczytelnikowi ożenić egzemplarz pisma (bo szkoda wyrzucić).

Trzecia rzecz, z której zdałam sobie sprawę dopiero dzisiaj, to obcinanie wydatków na kulturę w Warszawie, widoczne też z perspektywy zwykłej mieszkanki miasta. Najpierw zredukowano bibliotekom budżety na nowości książkowe. Kiedyś moja biblioteka miała praktycznie wszystkie interesujące mnie nowości, a ja praktycznie nie kupowałam książek. Ale złote czasy się skończyły. Od października tego roku jest jeszcze gorzej: skrócono godziny pracy bibliotek o połowę. Źle się dzieje w moim mieście...

I pięć - jak dla mnie - książek 2012, czyli prywatny ranking:


A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam książkowego Nowego Roku!