Co przychodzi Wam na myśl, gdy słyszycie słowo "moda"? Moje pierwsze skojarzenia to modelki maszerujące po wybiegach, ekscentryczne kolekcje wielkich projektantów, ale też stylizacje w popularnych kobiecych magazynach czy na blogach szafiarek. Oraz frustracja, że w danym sezonie odzież w sklepach jest praktycznie szyta na jedno kopyto i jeśli akurat nie są modne nasze ulubione kroje czy kolory, no to lipa. Zmiana stereotypu w mojej głowie dokonała się, gdy na zajęciach w Fundacji Atelier zetknęłam się z licealistami startującymi na projektowanie ubioru, miałam okazje oglądać ich prace i zdjęcia. Wówczas przekonałam się, że moda może być też sztuką. Podobne odczucia towarzyszyły mi podczas lektury pisma AFF.
Magazyn AFF został wydany przez Stary Browar i Art Stations Foundation, jako wydawnictwo towarzyszące imprezie Art & Fashion Festival, organizowanej od pięciu lat w Starym Browarze. Pismo pokazuje modę w szerszym kontekście - poprzez pryzmat kultury, historii, socjologii i psychologii. Autorami tekstów i treści wizualnych są w większości osoby, które uczestniczyły w warsztatach festiwalowych w ciągu ostatnich kilku lat. Do współpracy przy tworzeniu pisma zaproszono również doktorantki badające modę. Czy wyobrażacie sobie, że moda istniała nawet w obozach koncentracyjnych? Tym tematem zajmuje się właśnie jedna z autorek prac doktorskich poświęconych modzie.
Magazyn prezentuje laureatów ubiegłorocznej edycji festiwalu (jak chociażby Dominikę Grzybek, autorkę "poszarpanej" sukienki czy Matrę Litarowicz-Migdal, twórczynię fascynującej biżuterii). Dokumentuje ono efekty ich uczestnictwa w festiwalu i pozwala im zaistnieć w środowisku modowym. Znajdziemy w nim również portrety interesujących przedstawicieli starszego pokolenia poznaniaków, takich jak jak bywalec poznańskich klubów, szatniarka z gejowskiego klubu czy małżeństwo kinomanów (byli już opisywani kiedyś przez "Politykę"). Ciekawy jest wywiad z Dominiką Roqueplo, autorką słynnej sukienki w grochy Magdy M. czy kostiumu noszonego przez głównego bohatera "Sali samobójców". Gdy aktor dobrze czuje się w kostiumie, to wiem, że prawidłowo wykonałam pracę. Kostium przestaje być mój, należy do aktora - mówi. Specjalne miejsce w magazynie ma jego inicjatorka - Grażyna Kulczyk, przedsiębiorca (m. in. właścicielka centrum Stary Browar) i mecenas sztuki. Do tego masa ilustracji i zdjęć (moją uwagę przykuł fotoreportaż o uczestnikach festiwalu i sesja mody w poznańskich plenerach), a także sporo cytatów o modzie, autorstwa pisarzy, poetów, filozofów i krytyków literackich.
Komu mogłabym je polecić? Tym, którzy interesują się modą - ale nie tyle najnowszymi trendami i nowinkami, co modą w szerszym kontekście kulturowym. Tym, którzy naukowo zajmują się modą. Osobom, które z modą chciałyby dopiero związać swoją karierę, szukają inspiracji i informacji o ciekawych wydarzeniach. To pismo dla nich.
Za egzemplarz recenzencki pisma dziękuję p. Grzegorzowi Bibro z Fortis Nowy Stary Browar.
Strony źródłowe:
recenzje książkowe, nowości książkowe, literatura, kreatywne pisanie - i nie tylko.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
wtorek, 12 czerwca 2012
Dom Elizabeth Gaskell
Udało mi się pojechać po pracy na zajęcia w centrum Warszawy i po zajęciach bezpiecznie wrócić do domu. Zważywszy na to, że po Foksalu rosyjscy kibole gonili się z polskimi, jeden z prowadzących zajęcia został uderzony na ulicy przez jakichś podejrzanych osobników, a na Chmielnej polscy kibole tłukli się z policją, powrót nie zapowiadał się łatwy. Na szczęście jestem już bezpieczna w swoich własnych czterech ścianach. Nie, nie oglądam meczu. Można się jednak zorientować w sytuacji po wrzaskach i rykach dobiegających z innych okien.
Wspominam moje niedawne podróże. Parę dni temu wróciłam z urlopu spędzonego w Wielkiej Brytanii. Zwiedziłam trzy miejsca, związane z literaturą i o nich chciałabym Wam opowiedzieć w kolejnych postach. Jednym z tych miejsc był dom Elizabeth Gaskell, angielskiej pisarki żyjącej w latach 1810-1865. Urodziła się ona w Chelsea na przedmieściach Londynu, większość dzieciństwa spędziła jednak u ciotki w Knutsford. W roku 1832 wyszła za mąż za unitariańskiego pastora, Williama Gaskella, który udzielał się również jako pisarz. Gaskellowie osiedlili się w Manchesterze, tutaj przyszły na świat ich dzieci i powstały kolejne książki pisarki - m. in opisywane przeze mnie "Północ i południe" oraz "Żony i córki". Kiedy moja siostra zapytała mnie, co chciałabym zwiedzić w okolicy jej domu, pomyślałam, że może warto by było poszukać śladów pani Gaskell w Manchesterze. Przez internet trafiłyśmy na stronę domu pisarki, okazało się, że podczas naszego pobytu w Anglii akurat będzie on otwarty dla zwiedzających! I tak w niedzielne deszczowe popołudnie trafiłyśmy na ulicę Plymouth Grove, pod numer 84.
Pod tym adresem znajduje się budynek, w którym pisarka mieszkała wraz ze swoją rodziną w latach 1850-1865. To tutaj napisała niemal wszystkie swoje powieści. Budynek obecnie stoi na małej parceli i jest otoczony typową miejską zabudową, lecz kiedyś przylegał do niego duży ogród, a okolica była pełna zieleni - półtora wieku temu były to już przedmieścia Manchesteru. Pisarka chętnie spędzała w nim czas, cieszyła się, że może przebywać na dworze, w otoczeniu zieleni, i nie musi wkładać czepca (czepiec, ówczesne nakrycie głowy, należało nosić wychodząc poza dom). Budynek miał wiele sypialni, zwłaszcza, że państwo Gaskellowie prowadzili bujne życie towarzyskie, obracali się w kręgach innych pisarzy, ale też innowierców i reformatorów społecznych. Zatrzymywali się u nich m.in. Charles Dickens, Harriet Beecher Stowe czy amerykański pisarz Charles Eliot Norton. Trzykrotnie gościła tutaj też Charlotte Bronte, z którą Elizabeth Gaskell była zaprzyjaźniona w ostatnich latach życia Charlotte. Po śmierci pisarki i jej męża, w domu nadal mieszkały ich córki, a po ich śmierci trafił w prywatne ręce. W drugiej połowie ubiegłego wieku wykupił go uniwersytet w Manchesterze i urządził tutaj akademik, co przyczyniło się do dalszej dewastacji obiektu. Jak wiadomo, imprezujący studenci do najłatwiejszych lokatorów nie należą.
Obecnie budynek jest własnością Funduszu Historycznych Budynków w Manchesterze (Manchester Historic Buildings Trust), który po kawałku odnawia wystrój wnętrza i stara się o dalsze dotacje na remonty oraz odtworzenie wystroju wnętrza z czasów Elizabeth Gaskell. Jak mówią kustoszki, nie będzie to łatwe zadanie, gdyż jedyne zachowane fotografie pokoi pochodzą z czasów, gdy w domu mieszkały córki pani Gaskell - a zatem sporo było już zmienione.
Gdybyście kiedyś byli w Manchesterze w pierwszą niedzielę miesiąca, koniecznie wybierzcie się na Plymouth Grove, 84. Naprawdę warto! Panie kustoszki są bardzo dobrym źródłem informacji i potrafią ciekawie opowiadać. Były zaskoczone, skąd w dalekiej Polsce wiedzą o Elizabeth Gaskell - więc powiedziałam, że dzięki publikowanym u nas biografiom sióstr Bronte, w których pani Gaskell jest zarówno opisywana jako przyjaciółka Charlotte, jak też cytowana jako autorka pierwszej biografii Charlotte i jej rodzeństwa. Moja siostra zasugerowała wręcz, że dlatego może warto byłoby tutaj nawiązać współpracę z Towarzystwem Bronte i poprosić ich o upowszechnianie informacji w domu rodziny Bronte, jednym z najbardziej uczęszczanych muzeów literackich w Wielkiej Brytanii. Panie kustoszki ujęły mnie też swoją gościnnością. Gdy na chwilę oderwałyśmy się od podwieczorku, aby zwiedzić górę muzeum w większej grupie, po powrocie zastałyśmy ciasto zapakowane w folię i dostałyśmy ciepłą kawę zamiast tej, która zdążyła już wystygnąć.
Odnośniki:
1. Biogram Elizabeth Gaskell - Wikipedia
2. Oficjalna strona domu Elizabeth Gaskell
3. Strona domu Elizabeth Gaskell na Facebooku
Wspominam moje niedawne podróże. Parę dni temu wróciłam z urlopu spędzonego w Wielkiej Brytanii. Zwiedziłam trzy miejsca, związane z literaturą i o nich chciałabym Wam opowiedzieć w kolejnych postach. Jednym z tych miejsc był dom Elizabeth Gaskell, angielskiej pisarki żyjącej w latach 1810-1865. Urodziła się ona w Chelsea na przedmieściach Londynu, większość dzieciństwa spędziła jednak u ciotki w Knutsford. W roku 1832 wyszła za mąż za unitariańskiego pastora, Williama Gaskella, który udzielał się również jako pisarz. Gaskellowie osiedlili się w Manchesterze, tutaj przyszły na świat ich dzieci i powstały kolejne książki pisarki - m. in opisywane przeze mnie "Północ i południe" oraz "Żony i córki". Kiedy moja siostra zapytała mnie, co chciałabym zwiedzić w okolicy jej domu, pomyślałam, że może warto by było poszukać śladów pani Gaskell w Manchesterze. Przez internet trafiłyśmy na stronę domu pisarki, okazało się, że podczas naszego pobytu w Anglii akurat będzie on otwarty dla zwiedzających! I tak w niedzielne deszczowe popołudnie trafiłyśmy na ulicę Plymouth Grove, pod numer 84.
Pod tym adresem znajduje się budynek, w którym pisarka mieszkała wraz ze swoją rodziną w latach 1850-1865. To tutaj napisała niemal wszystkie swoje powieści. Budynek obecnie stoi na małej parceli i jest otoczony typową miejską zabudową, lecz kiedyś przylegał do niego duży ogród, a okolica była pełna zieleni - półtora wieku temu były to już przedmieścia Manchesteru. Pisarka chętnie spędzała w nim czas, cieszyła się, że może przebywać na dworze, w otoczeniu zieleni, i nie musi wkładać czepca (czepiec, ówczesne nakrycie głowy, należało nosić wychodząc poza dom). Budynek miał wiele sypialni, zwłaszcza, że państwo Gaskellowie prowadzili bujne życie towarzyskie, obracali się w kręgach innych pisarzy, ale też innowierców i reformatorów społecznych. Zatrzymywali się u nich m.in. Charles Dickens, Harriet Beecher Stowe czy amerykański pisarz Charles Eliot Norton. Trzykrotnie gościła tutaj też Charlotte Bronte, z którą Elizabeth Gaskell była zaprzyjaźniona w ostatnich latach życia Charlotte. Po śmierci pisarki i jej męża, w domu nadal mieszkały ich córki, a po ich śmierci trafił w prywatne ręce. W drugiej połowie ubiegłego wieku wykupił go uniwersytet w Manchesterze i urządził tutaj akademik, co przyczyniło się do dalszej dewastacji obiektu. Jak wiadomo, imprezujący studenci do najłatwiejszych lokatorów nie należą.
Obecnie budynek jest własnością Funduszu Historycznych Budynków w Manchesterze (Manchester Historic Buildings Trust), który po kawałku odnawia wystrój wnętrza i stara się o dalsze dotacje na remonty oraz odtworzenie wystroju wnętrza z czasów Elizabeth Gaskell. Jak mówią kustoszki, nie będzie to łatwe zadanie, gdyż jedyne zachowane fotografie pokoi pochodzą z czasów, gdy w domu mieszkały córki pani Gaskell - a zatem sporo było już zmienione.
Gdybyście kiedyś byli w Manchesterze w pierwszą niedzielę miesiąca, koniecznie wybierzcie się na Plymouth Grove, 84. Naprawdę warto! Panie kustoszki są bardzo dobrym źródłem informacji i potrafią ciekawie opowiadać. Były zaskoczone, skąd w dalekiej Polsce wiedzą o Elizabeth Gaskell - więc powiedziałam, że dzięki publikowanym u nas biografiom sióstr Bronte, w których pani Gaskell jest zarówno opisywana jako przyjaciółka Charlotte, jak też cytowana jako autorka pierwszej biografii Charlotte i jej rodzeństwa. Moja siostra zasugerowała wręcz, że dlatego może warto byłoby tutaj nawiązać współpracę z Towarzystwem Bronte i poprosić ich o upowszechnianie informacji w domu rodziny Bronte, jednym z najbardziej uczęszczanych muzeów literackich w Wielkiej Brytanii. Panie kustoszki ujęły mnie też swoją gościnnością. Gdy na chwilę oderwałyśmy się od podwieczorku, aby zwiedzić górę muzeum w większej grupie, po powrocie zastałyśmy ciasto zapakowane w folię i dostałyśmy ciepłą kawę zamiast tej, która zdążyła już wystygnąć.
Odnośniki:
1. Biogram Elizabeth Gaskell - Wikipedia
2. Oficjalna strona domu Elizabeth Gaskell
3. Strona domu Elizabeth Gaskell na Facebooku
czwartek, 24 maja 2012
Kupiłem czarny ciągnik...
Pisałam o planach kupienia czytnika na Targach Książki? No to kupiłam. Kindle Keyboard 3 G.
Powodów było kilka: za dużo papierowych książek i czasopism w domu. Pierwsze jeszcze jakoś wyglądają na półkach, z tymi drugimi nie ma co później robić. Wyborcza nadaje się jeszcze do wycierania pędzli z farby olejnej, ale taka Polityka, wydawana na śliskim papierze, czy W Drodze, które ma format małej książeczki? Do tego wygoda - już nie trzeba wozić ze sobą kilku książek w walizce, wybierając się w podróż. A także możliwość ściągania amerykańskich książek branżowych. Nie, nie potrzebuję ich zbierać na półkach - książki o nowych technologiach bardzo szybko się starzeją. Z drugiej strony, warto być na bieżąco. No i ostatecznie - spodziewany debiut Amazona w Polsce. Miał nastąpić już w kwietniu, ale źródła internetowe mówią o przełożeniu go na lipiec.
Kupiłam, zaczęłam czytać moje ulubione czasopisma, ściągnęłam dwie książki i trochę spostrzeżeń już mam. Wygoda używania. Zaprenumerowane gazety przychodzą same (kasa też się ściąga sama). Niektóre czasopisma - np. W Drodze - są nawet tańsze, niż w papierze. Kupowanie książek jest banalnie proste. Dobra kontrastowość ekranu, co miało dla mnie znaczenie - muszę czytać w okularach (dlatego wolałam czytnik niż np. iPada). Czytnik pamięta, w którym miejscu w danym pliku skończyliśmy czytanie, więc, gdy otwieramy plik ponownie, od razu wrzuca nas na odpowiednią stronę.
Minusem jest brak obrazków, przez co trudniej mi zapamiętać poszczególne teksty z czasopism. Jest mi też trudniej pamiętać poszczególne teksty, skoro wszystkie wyglądają dokładnie tak samo. Kolega z pracy się śmieje, że jesteśmy za starzy na czytniki ;) Kolejny minus to brak współpracy z niektórymi routerami - mój router domowy się na czytnik wypiął i ani koledzy informatycy, ani dostawca internetu nie są w stanie rozwiązać tej fascynującej zagadki. Na fabrycznym wifi wszystko działa. Na szczęście książki można też wgrywać na czytnik po kablu tak, jak pliki na pamięć USB. Problemem są faktury - książkę z Amazona mogę kupić tylko w Kindle Shop w Stanach, w Amazonach europejskich już nie, a w związku z tym nie dostanę za nią faktury (trzeba czekać na ich debiut w Polsce). Polscy wydawcy nie są też do czytników przekonani, a VAT jest wysoki - i tak ceny e-książek są zbliżone do książek papierowych. Mało jest też polskich książek specjalistycznych.
A Wy? Macie, używacie? Jak Wasze wrażenia? A jeśli nie - dlaczego nie?
wtorek, 22 maja 2012
Steve Jobs - Walter Isaacson
W branży internetowej tej książki nie wypadało nie kupić i nie przeczytać od razu, ledwo tylko się ukazała. Jednak ja, jako osoba chodząca własnymi ścieżkami, nie czułam tutaj stadnego pędu i przeczytałam ją w swoim czasie. Zapalenie gardła spowodowało, że kilka wieczorów pod rząd musiałam spędzić w domu, więc była to idealna lektura.
Jeśli chodzi o produkty Apple, to nie jestem fanatyczną wyznawczynią. Firma kojarzyła mi się z wieszającymi się Macami w redakcji, w której na studiach pracowałam. Komputery wieszały się zwłaszcza na słownikach, więc większość dziennikarzy omijała ten krok i liczyła na własny łut szczęścia oraz na czujność korekty. Do czasu, gdy jedna z koleżanek nie podpisała zdjęcia słowem "rzaden". Kierownika działu miejskiego trafił szlag i porozwieszał wszędzie pełno kartek z napisami "Jeśli nie wiesz, jak działa słownik, powie ci twój kierownik". Kazanie na kolegium też było. Wiele lat później, gdy już pracowałam, zapanował szał na iPody. Sama koło nich chodziłam. Były ładne, tylko ... drogie i ostatecznie się nie zdecydowałam. Potem były iPhony i iPady. Nie mam jeszcze żadnego, ale z uwagą słucham tego, co mówią ich użytkownicy o komforcie ich używania. Zwłaszcza, że wiele produktów w branży nowych technologii jest brzydkich, w myśl zasady, "nieważne, jak wygląda, ważne, że działa". To, co robi Apple, jest ładne. Przyciąga wzrok, zachęca do wzięcia do ręki. A do tego jest łatwe w obsłudze. Byłam zaskoczona, gdy nagle ogłoszono, że Steve Jobs odchodzi ze swojej firmy - nic nie wiedziałam o jego zdrowiu, ale pomyślałam, że nie zostawia się tak świetnie prosperującego biznesu bez bardzo ważnego powodu. I parę miesięcy później rozeszła się wieść o jego śmierci. Ciekawość spowodowała, że sięgnęłam po jego biografię, gdy okazało się, że jeden z kolegów może mi ją pożyczyć.
Sam rozmiar książki Waltera Isaacsona może odstraszać. Najlepiej zabrać się za nią w momencie choroby, gdy musimy kilka wieczorów pod rząd przesiedzieć w domu - najlepiej czyta się ją większymi partiami. Poznajemy tutaj życie Steve'a Jobsa od początku - historii związanej z jego adopcją i narodzinami - aż niemal po sam kres, który zostaje przez autora potraktowany z wyjątkową dyskrecją (bardzo puentą książki jest rozmowa z jej bohaterem na temat życia po śmierci). Widać solidną pracę biograficzną - dzięki niej historia jest bardzo realistyczna i szczegółowa, możemy też obejrzeć Steve'a Jobsa oczami innych ludzi. Widać też z jednej strony duży podziw autora dla swojego bohatera, z drugiej natomiast - chęć odmalowania go takim, jakim był, i w dobrym, i w złym. Łącznie z takimi szczegółami, że w młodych latach nie dbał o higienę osobistą na tyle, że wzbudzało to zgryźliwe komentarze jego otoczenia.
Większa część opowieści Isaacsona jest poświęcona, rzecz jasna, Jobsowi jako biznesmenowi - od czasów pierwszej firmy założonej w garażu po czas, w którym zarządzał międzynarodową firmą, którą znowu wyprowadził na prostą. Dużo mniej mówi się o jego relacjach z innymi ludźmi, ale tych prywatnych - gdzieś w tle przewijają się jedni i drudzy rodzice, przyrodnia siostra, żona i trójka dzieci. Sporo jest o zmaganiu się z chorobą. Wszystkie swoje najważniejsze produkty Jobs tworzył już po pierwszym ataku choroby i cofnięciu się jej. Z pasją i zaangażowaniem, dbałością o najdrobniejszy detal, zwracaniem uwagi na komfort obsługi i intuicyjność. Równocześnie były to produkty pierwsze w swoich kategoriach. Przed iPhone nikt nie pomyślał o tym, że telefon może mieć dotykowy ekran.
Jednak nowotwór tak łatwo nie odpuścił... Pomyślałam sobie, czytając tę dalszą część, że chociaż Jobsa było stać na najnowocześniejsze kuracje i najlepszych lekarzy, nie zatrzymało to postępów choroby. Tak, jakby każdy miał wyznaczony swój czas. Nie uchronił się też przed depresją, w którą bardzo często popadają osoby z nowotworami. Był rozdarty między świadomością nadchodzącego kresu, a nadzieją, że może to jeszcze nie koniec. Było mi też smutno, gdy opowieść się skończyła - przez te kilkaset stron zdążyłam polubić bohatera (choć zapewne trudno mi by było być podwładną takiej osoby).
Po lekturze jestem też bardziej skłonna sięgnąć po któryś produkt na "i"...
Walter Isaascon, Steve Jobs, Insignium, Warszawa 2011.
Jeśli chodzi o produkty Apple, to nie jestem fanatyczną wyznawczynią. Firma kojarzyła mi się z wieszającymi się Macami w redakcji, w której na studiach pracowałam. Komputery wieszały się zwłaszcza na słownikach, więc większość dziennikarzy omijała ten krok i liczyła na własny łut szczęścia oraz na czujność korekty. Do czasu, gdy jedna z koleżanek nie podpisała zdjęcia słowem "rzaden". Kierownika działu miejskiego trafił szlag i porozwieszał wszędzie pełno kartek z napisami "Jeśli nie wiesz, jak działa słownik, powie ci twój kierownik". Kazanie na kolegium też było. Wiele lat później, gdy już pracowałam, zapanował szał na iPody. Sama koło nich chodziłam. Były ładne, tylko ... drogie i ostatecznie się nie zdecydowałam. Potem były iPhony i iPady. Nie mam jeszcze żadnego, ale z uwagą słucham tego, co mówią ich użytkownicy o komforcie ich używania. Zwłaszcza, że wiele produktów w branży nowych technologii jest brzydkich, w myśl zasady, "nieważne, jak wygląda, ważne, że działa". To, co robi Apple, jest ładne. Przyciąga wzrok, zachęca do wzięcia do ręki. A do tego jest łatwe w obsłudze. Byłam zaskoczona, gdy nagle ogłoszono, że Steve Jobs odchodzi ze swojej firmy - nic nie wiedziałam o jego zdrowiu, ale pomyślałam, że nie zostawia się tak świetnie prosperującego biznesu bez bardzo ważnego powodu. I parę miesięcy później rozeszła się wieść o jego śmierci. Ciekawość spowodowała, że sięgnęłam po jego biografię, gdy okazało się, że jeden z kolegów może mi ją pożyczyć.
Sam rozmiar książki Waltera Isaacsona może odstraszać. Najlepiej zabrać się za nią w momencie choroby, gdy musimy kilka wieczorów pod rząd przesiedzieć w domu - najlepiej czyta się ją większymi partiami. Poznajemy tutaj życie Steve'a Jobsa od początku - historii związanej z jego adopcją i narodzinami - aż niemal po sam kres, który zostaje przez autora potraktowany z wyjątkową dyskrecją (bardzo puentą książki jest rozmowa z jej bohaterem na temat życia po śmierci). Widać solidną pracę biograficzną - dzięki niej historia jest bardzo realistyczna i szczegółowa, możemy też obejrzeć Steve'a Jobsa oczami innych ludzi. Widać też z jednej strony duży podziw autora dla swojego bohatera, z drugiej natomiast - chęć odmalowania go takim, jakim był, i w dobrym, i w złym. Łącznie z takimi szczegółami, że w młodych latach nie dbał o higienę osobistą na tyle, że wzbudzało to zgryźliwe komentarze jego otoczenia.
Większa część opowieści Isaacsona jest poświęcona, rzecz jasna, Jobsowi jako biznesmenowi - od czasów pierwszej firmy założonej w garażu po czas, w którym zarządzał międzynarodową firmą, którą znowu wyprowadził na prostą. Dużo mniej mówi się o jego relacjach z innymi ludźmi, ale tych prywatnych - gdzieś w tle przewijają się jedni i drudzy rodzice, przyrodnia siostra, żona i trójka dzieci. Sporo jest o zmaganiu się z chorobą. Wszystkie swoje najważniejsze produkty Jobs tworzył już po pierwszym ataku choroby i cofnięciu się jej. Z pasją i zaangażowaniem, dbałością o najdrobniejszy detal, zwracaniem uwagi na komfort obsługi i intuicyjność. Równocześnie były to produkty pierwsze w swoich kategoriach. Przed iPhone nikt nie pomyślał o tym, że telefon może mieć dotykowy ekran.
Jednak nowotwór tak łatwo nie odpuścił... Pomyślałam sobie, czytając tę dalszą część, że chociaż Jobsa było stać na najnowocześniejsze kuracje i najlepszych lekarzy, nie zatrzymało to postępów choroby. Tak, jakby każdy miał wyznaczony swój czas. Nie uchronił się też przed depresją, w którą bardzo często popadają osoby z nowotworami. Był rozdarty między świadomością nadchodzącego kresu, a nadzieją, że może to jeszcze nie koniec. Było mi też smutno, gdy opowieść się skończyła - przez te kilkaset stron zdążyłam polubić bohatera (choć zapewne trudno mi by było być podwładną takiej osoby).
Po lekturze jestem też bardziej skłonna sięgnąć po któryś produkt na "i"...
Walter Isaascon, Steve Jobs, Insignium, Warszawa 2011.
niedziela, 20 maja 2012
Oczami psa - Alexandra Horowitz
To skoro już jesteśmy przy klimatach dominikańskich, będzie w dalszym ciągu o psach. (Dla niewtajemniczonych: Dominicanes, czyli Domini canes to w dowolnym tłumaczeniu także "Psy Pańskie". Matka założyciela zakonu, czekając na narodziny swojego synka, też śniła o psie...)
Wróćmy do wątku głównego. Otóż przeczytałam ostatnio, chorując na zapalenie gardła, taką dość sympatyczną książkę popularnonaukową napisaną przez Alexandrę Horowitz. "Oczami psa. Co psy wiedzą, myślą i czują" to rzecz o naszych czworonożnych pupilach. Bardzo ciekawa jest historia, jak mogło wyglądać udomowienie psów przez ludzi - pewien z badaczy wykonał eksperyment na lisach, dobierając i krzyżując ze sobą te, które najmniej bały się ludzi. Ciekawe jest samo psie postrzeganie świata - dominującym zmysłem jest tutaj, całkiem inaczej, niż u człowieka, węch. Pies, liżąc swojego właściciela po twarzy, po rękach czy po stopach, po prostu go rozpoznaje. Upewnia się, że to ta sama osoba. Gubi się, gdy właściciel np. wsiada na rower i zaczyna się szybko poruszać. Dla psa to już nie jest jedna i ta sama osoba. Nie wiem, czy pamiętacie niedawną historię z Polski, kiedy to pies zaparł się, że nie wsiądzie do autobusu. Spostrzegł to kierowca i obudziło to jego czujność. I faktycznie, niedługo później kierowca zauważył ogień w okolicy silnika. Na szczęście udało się wszystkich ewakuować. To przykład czułości psiego węchu. Pies wywąchał, że coś jest nie tak, zanim jeszcze ludzie cokolwiek zauważyli.
Ale to, co w tych zwierzętach jest najbardziej fascynujące, jest umiejętność odczytywania ludzkich emocji. Ponieważ mamy oczy z ciemnymi źrenicami i widoczną białkówką, pies jest w stanie bardzo szybko się zorientować, na co kierujemy swój wzrok. Psy są też bardzo zainteresowane ludźmi. Być może właśnie dlatego je udomowiliśmy. Są one też bardzo towarzyskie. Mają swój własny język gestów i rytuałów - na przykład ukłon na dwóch przednich łapach oznacza zaproszenie do zabawy. Psy dokładnie wiedzą, jaka jest różnica między zabawą i atakowaniem się, a jeśli w zabawie któryś za bardzo skubnie współtowarzysza, "przeprasza" i zabawa toczy się dalej. Wiedzieliście? Ja nie. Nie wiedziałam również tego, że pies wybiera sobie jednego przywódcę stada, jest nieprawdziwa. Psy nie tworzą ściśle hierarchicznych stad, tak jak wilki. A zatem, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o psach - bardzo polecam.
Alexandra Horowitz, Oczami psa. Co psy wiedzą, myślą i czują, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.
Wróćmy do wątku głównego. Otóż przeczytałam ostatnio, chorując na zapalenie gardła, taką dość sympatyczną książkę popularnonaukową napisaną przez Alexandrę Horowitz. "Oczami psa. Co psy wiedzą, myślą i czują" to rzecz o naszych czworonożnych pupilach. Bardzo ciekawa jest historia, jak mogło wyglądać udomowienie psów przez ludzi - pewien z badaczy wykonał eksperyment na lisach, dobierając i krzyżując ze sobą te, które najmniej bały się ludzi. Ciekawe jest samo psie postrzeganie świata - dominującym zmysłem jest tutaj, całkiem inaczej, niż u człowieka, węch. Pies, liżąc swojego właściciela po twarzy, po rękach czy po stopach, po prostu go rozpoznaje. Upewnia się, że to ta sama osoba. Gubi się, gdy właściciel np. wsiada na rower i zaczyna się szybko poruszać. Dla psa to już nie jest jedna i ta sama osoba. Nie wiem, czy pamiętacie niedawną historię z Polski, kiedy to pies zaparł się, że nie wsiądzie do autobusu. Spostrzegł to kierowca i obudziło to jego czujność. I faktycznie, niedługo później kierowca zauważył ogień w okolicy silnika. Na szczęście udało się wszystkich ewakuować. To przykład czułości psiego węchu. Pies wywąchał, że coś jest nie tak, zanim jeszcze ludzie cokolwiek zauważyli.
Ale to, co w tych zwierzętach jest najbardziej fascynujące, jest umiejętność odczytywania ludzkich emocji. Ponieważ mamy oczy z ciemnymi źrenicami i widoczną białkówką, pies jest w stanie bardzo szybko się zorientować, na co kierujemy swój wzrok. Psy są też bardzo zainteresowane ludźmi. Być może właśnie dlatego je udomowiliśmy. Są one też bardzo towarzyskie. Mają swój własny język gestów i rytuałów - na przykład ukłon na dwóch przednich łapach oznacza zaproszenie do zabawy. Psy dokładnie wiedzą, jaka jest różnica między zabawą i atakowaniem się, a jeśli w zabawie któryś za bardzo skubnie współtowarzysza, "przeprasza" i zabawa toczy się dalej. Wiedzieliście? Ja nie. Nie wiedziałam również tego, że pies wybiera sobie jednego przywódcę stada, jest nieprawdziwa. Psy nie tworzą ściśle hierarchicznych stad, tak jak wilki. A zatem, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o psach - bardzo polecam.
Alexandra Horowitz, Oczami psa. Co psy wiedzą, myślą i czują, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.
sobota, 12 maja 2012
III Warszawskie Targi Książki
W tym roku postanowiłam przezwyciężyć swoją awersję do bardzo zatłoczonych miejsc i wybrałam się na III Warszawskie Targi Książki. Motywacji miałam kilka: spotkanie znajomych autorów, kupienie książek młodzieżowych dla mojej chrześniaczki no i oczywiście książki, książki, książki... Tak swoją drogą: Marlow, przekonałaś mnie ;)
Warszawskie Targi Książki odbywają się w Pałacu Kultury i Nauki. Atutem tego miejsca jest łatwy dojazd z każdego punktu Warszawy (i z Dworca Centralnego), jednak jako centrum targowe ma ono wiele minusów: jest ciasno i duszno, do tego nawigacja po obiekcie nie jest łatwa. Chociaż mam dobrą orientację przestrzenną, chwilę zajęło mi połapanie się w rozkładzie sal i stoisk. Dobrym wyborem jest z pewnością pójście na targi zaraz po otwarciu czyli po 10:00, bo wtedy można jeszcze w miarę swobodnie przeciskać się między stoiskami. Około 11:30 zaczyna się już większy ruch, a ok. 14:00, kiedy wychodziłam, działy się już sceny dantejskie. Tak wyglądało wejście...
No i to, co jest w targach fajne, to możliwość spotkania autorów książek na żywo. Jeśli ktoś lubi zbierać autografy, może ustawiać się po nie w kolejkach. Jeśli autor/ka nie jest oblegany, można nawet zamienić sobie parę słów. To zawsze jest frajda, zobaczyć na żywo kogoś, kto napisał naszą ulubioną książkę. Usłyszeć, jak mówi i co mówi. W końcu komunikacja werbalna - książki - to niewielki ułamek naszej komunikacji ;)
Targi miały także swoje liczne minusy:
Warszawskie Targi Książki odbywają się w Pałacu Kultury i Nauki. Atutem tego miejsca jest łatwy dojazd z każdego punktu Warszawy (i z Dworca Centralnego), jednak jako centrum targowe ma ono wiele minusów: jest ciasno i duszno, do tego nawigacja po obiekcie nie jest łatwa. Chociaż mam dobrą orientację przestrzenną, chwilę zajęło mi połapanie się w rozkładzie sal i stoisk. Dobrym wyborem jest z pewnością pójście na targi zaraz po otwarciu czyli po 10:00, bo wtedy można jeszcze w miarę swobodnie przeciskać się między stoiskami. Około 11:30 zaczyna się już większy ruch, a ok. 14:00, kiedy wychodziłam, działy się już sceny dantejskie. Tak wyglądało wejście...
Dużym atutem udziału w Targach są oczywiście książki. Dużo książek i wydawnictw w jednym miejscu, można chodzić i oglądać, oglądać, oglądać... A także kupić w dobrej cenie (nawet nieco taniej niż w najtańszych księgarniach internetowych). Opuściłam dzisiaj targi z dwoma książkami Lechosława Herza, "Wardęga. Opowieści z pobocza drogi" i "Klangor i fanfary" za 66 PLN obie (po cenach rynkowych byłoby 94 PLN). Jeśli ma się chwilę szczęścia, można nawet porozmawiać z ludźmi z wydawnictw. Do tego człowiek widzi podobnych sobie maniaków stojących z nosami w książkach (niektórzy je wąchają!), rozglądających się po półkach, a w końcu - dźwigających ciężkie siatki - i ma świadomość, że nie jest jedynym zwariowanym książkowym molem na świecie. To bardzo miłe uczucie.
No i to, co jest w targach fajne, to możliwość spotkania autorów książek na żywo. Jeśli ktoś lubi zbierać autografy, może ustawiać się po nie w kolejkach. Jeśli autor/ka nie jest oblegany, można nawet zamienić sobie parę słów. To zawsze jest frajda, zobaczyć na żywo kogoś, kto napisał naszą ulubioną książkę. Usłyszeć, jak mówi i co mówi. W końcu komunikacja werbalna - książki - to niewielki ułamek naszej komunikacji ;)
Spotkanie z pisarzami - od lewej Kasia Enerlich, Krzysiek Beśka, ja. Moja legendarna niepamięć do twarzy dała o sobie znać, bo na pierwszy rzut oka nie poznałam Krzyśka i jeszcze pytałam o niego Kasię ;-)
Jolanta Kwaśniewska. Ma bardzo ekspresyjna mimikę, trudno było zrobić jej ostre zdjęcie (zwłaszcza komórką).
Ksiądz Adam Boniecki podpisuje swój zbiór felietonów na stoisku Tygodnika Powszechnego. Na zdjęciu tego nie widać, ale kolejka była dłuuuuuga...
Olga Tokarczuk, w swojej nowej fryzurze, którą sama określiła jako "plica polonica" (niektóre formy kołtuna były protoplastą dredów). W przerwie w podpisywaniu książek udzielała wywiadu.
- O PKiN jako miejscu niezbyt nadającym się na targi, już napisałam.
- Dziki tłum. Nie da się w spokoju oglądać książek, bo co chwila ktoś cię potrąca albo na ciebie wchodzi. Dla mnie, jak na introwertyka przystało, jest to prawdziwe nieszczęście. Po dwóch-trzech godzinach w takim miejscu czuję się jakbym cały dzień kopała rowy. Dlatego o wiele bardziej wolę kontakt z książkami w miejscach typu księgarnia Traffic - dużo przestrzeni, dobrze zaprojektowane meble na książki, mogę tam błądzić godzinami (i często z czymś wychodzę, a moje samopoczucie pozostaje dobre). Przez to nie da się też dokładnie obejrzeć oferty wszystkich wydawnictw, i większych, i mniejszych. Niestety, trzeba wybierać.
- Wiele stoisk jest za małych, książki są za ladami, nie da się do nich podejść i samodzielnie oglądać. Tymczasem obsługa tak naprawdę jest mi potrzebna wtedy, kiedy mam dodatkowe pytania: chcę sama brać książki w ręki, oglądać i decydować, co dalej.
- Rodzice z bardzo małymi dziećmi. Ciągle trzeba patrzyć pod nogi, aby nie rozdeptać jakiegoś małego człowieka. Do tego stoiska z książkami dziecięcymi są porozrzucane - tak, jakby nie można było zrobić jednego kącika tematycznego, a do tego jakiegoś miejsca, gdzie rodzice z dziećmi mogą na chwilę usiąść i odpocząć oraz kąta, gdzie dzieci mogą bawić się pod opieką jakiegoś dorosłego, a rodzice w tym czasie ruszyć w obchód po stoiskach. Absolutnym kuriozum był jednak koleś, który władował się z wielkim wózkiem dziecięcym do sal wystawowych i jeszcze miał pretensje, że wszyscy inni ludzie za wolno chodzą! Rozumiem, że jakoś trzeba przekazać dzieciom miłość do książek, ale targi to nienajlepsze miejsce dla małych ludzi. Sama po raz pierwszy byłam na targach książkowych mając lat 25, a molem książkowym zostałam dużo, dużo wcześniej...
- Brak terminali płatniczych na wielu stoiskach, i to dużych wydawnictw (co ciekawsze, te mniejsze miały). Gdyby nie brak terminala, kupiłabym dzisiaj czytnik, za którym już od jakiegoś czasu chodzę. To jest porażka, że w XXI wieku na targach książki płaci się gotówką!
Po targach chciałam się jeszcze wybrać na konferencję blogerów Ugotuj.to, ale infekcja, która prześladowała mnie w poniedziałek i z którą wydawałoby się, mam już spokój, nieoczekiwanie wróciła. Z powodu narastającego bólu gardła musiałam jechać do domu :(
środa, 9 maja 2012
Moment niedźwiedzia - Olga Tokarczuk
Rozczarowały mnie marketingowe zapowiedzi tej książki. Była mowa o tym, że będzie to książka nowa, tymczasem okazała się ona zbiorem tekstów drukowanych już wcześniej w różnych innych miejscach - książkach innych autorów i czasopismach.
"Moment niedźwiedzia" to zresztą zbiór tekstów dość nierówny. Niektóre nie pozostawiły we mnie śladu, a inne z kolei bardzo zmusiły do myślenia. Tak jak otwierający zbiór tekst "Jak wymyślić heterotopię. Gra towarzyska". Moja pani promotor ze studiów magisterskich, która miała z nami fakultet o utopiach, byłaby zapewne nim zachwycona (aż chyba skseruję i jej podeślę). Heterotopia, w tłumaczeniu pisarki to bowiem miejsce inne niż świat, który znamy. Z kolei atopia oznacza tutaj świat nietypowy (mi bardziej kojarzy się z chorobą skóry). I Tokarczuk pokazuje tutaj swoją wizję takiego innego świata - bez granic i paszportów, z partnerskimi relacjami z innymi żywymi istotami, ludzie dobierają się we wspólnoty, nie zaś rodziny, płeć nie jest opozycją "męskie" i "żeńskie" ale kontinuum (cechy biologiczne nie są łączone z psychologicznymi), możliwość rozmnażania się jest zaszczytem a nie powszechnym prawem, wyznawana religia jest takim samym tabu jak wysokość pensji, itd. Czytając to, myślałam z jednej strony o naszych ograniczeniach - bo sami dopiero odkrywamy, że fakt bycia kobietą lub mężczyzną nie oznacza automatycznie, że będziemy wyposażeni w takie to a takie cechy charakteru. A z drugiej - o tym, że faktycznie posiadanie dzieci jest rzeczą tak wyjątkową, że dopiero takie abstrakcyjne zanegowanie powszechnego prawa do rozmnażania się pokazuje, jaka jest to ogromna odpowiedzialność i wysiłek, wychowanie nowego człowieka. Przyszło mi w tym miejscu na myśl, że książka Michaela O'Briena, "Dziennik zarazy", która pokazuje świat od całkiem innej strony - taki, w którym lewicowy światopogląd przerodził się w totalitarną ideologię, też dobrze wpisuje się w ten nurt.
"Moment niedźwiedzia" to zresztą zbiór tekstów dość nierówny. Niektóre nie pozostawiły we mnie śladu, a inne z kolei bardzo zmusiły do myślenia. Tak jak otwierający zbiór tekst "Jak wymyślić heterotopię. Gra towarzyska". Moja pani promotor ze studiów magisterskich, która miała z nami fakultet o utopiach, byłaby zapewne nim zachwycona (aż chyba skseruję i jej podeślę). Heterotopia, w tłumaczeniu pisarki to bowiem miejsce inne niż świat, który znamy. Z kolei atopia oznacza tutaj świat nietypowy (mi bardziej kojarzy się z chorobą skóry). I Tokarczuk pokazuje tutaj swoją wizję takiego innego świata - bez granic i paszportów, z partnerskimi relacjami z innymi żywymi istotami, ludzie dobierają się we wspólnoty, nie zaś rodziny, płeć nie jest opozycją "męskie" i "żeńskie" ale kontinuum (cechy biologiczne nie są łączone z psychologicznymi), możliwość rozmnażania się jest zaszczytem a nie powszechnym prawem, wyznawana religia jest takim samym tabu jak wysokość pensji, itd. Czytając to, myślałam z jednej strony o naszych ograniczeniach - bo sami dopiero odkrywamy, że fakt bycia kobietą lub mężczyzną nie oznacza automatycznie, że będziemy wyposażeni w takie to a takie cechy charakteru. A z drugiej - o tym, że faktycznie posiadanie dzieci jest rzeczą tak wyjątkową, że dopiero takie abstrakcyjne zanegowanie powszechnego prawa do rozmnażania się pokazuje, jaka jest to ogromna odpowiedzialność i wysiłek, wychowanie nowego człowieka. Przyszło mi w tym miejscu na myśl, że książka Michaela O'Briena, "Dziennik zarazy", która pokazuje świat od całkiem innej strony - taki, w którym lewicowy światopogląd przerodził się w totalitarną ideologię, też dobrze wpisuje się w ten nurt.
Dwoma dla mnie ciekawymi tekstami są "Nieskończenie wielkie pogranicze" oraz "Dwanaście obrazków z Wałbrzycha, Nowej Rudy i okolic. 1996". Olga Tokarczuk opisuje w nich Krajanów, wieś w okolicach Nowej Rudy, w której obecnie mieszka. Wyznaje, że książka "Dom dzienny, dom nocny" była próbą stworzenia własnego mitu założycielskiego miejsca, w którym przyszło jej żyć. I muszę przyznać, że ten mit ma swój urok. Byłam pod takim wpływem tej książki, że z jej powodu chciałam zobaczyć Krajanów, choćby przejazdem. Niestety, byliśmy tam w ciepły letni dzień, zachodzące słońce i bujna zieleń drzew w niczym nie przypominały ponurych zimowych dni, z którymi kojarzyła mi się sama książka. Podobnie zresztą było w Haworth, do którego również trafiłam w pogodny letni dzień - miejscowość swoim klimatem w niczym nie przypominała ponurej atmosfery nakreślonej przez Elisabeth Gaskell, a potem powtarzanej przez kolejnych biografów sióstr Bronte.
Śmiałam się też z "Małego stronniczego przewodnika po Polsce dla Niemców z racji wstąpienia do Unii Europejskiej". Wiele obserwacji pokrywa się z tym, co o Polakach pisał Steffen Moller. Religijność, nauka, ponure i indywidualistyczne usposobienie czy skłonność do tworzenia mitów (na przykład w postaci mesjanizmu narodowego).
Za to oberwało się od pisarki Kościołowi katolickiemu. Za stosunek do zwierząt. W tekście o heterotopiach jest też mowa o świecie, w którym zwierzęta traktowane są jak równoprawne istoty, z szacunkiem. Z kolei powieść "Prowadź swój pług przez kości umarłych" pokazuje symbiozę lokalnego kółka łowieckiego i miejscowego proboszcza - w tej powieści dobrze widać absurd całego zjawiska. Chociaż Tokarczuk przywołuje też świętych, którzy upominali się o zwierzęta, jak chociażby św. Franciszek, zwraca uwagę, że nie był to pogląd dominujący, obowiązywało raczej dosłowne rozumienie słów "czyńcie sobie ziemię poddaną". Na szczęście, to się też zmienia, chociaż może jeszcze zbyt wolno...
***
W sobotę Targi Książki. Wybrałam się raz, kilka lat temu. W mediach było przedstawiane jako wielkie wydarzenie, zawsze o tym marzyłam, po przyjeździe do Warszawy postanowiłam to marzenie zrealizować. I doszłam do wniosku, że to nie dla mnie: za duży ścisk, za dużo ludzi, po paru godzinach kręcenia się po PKiN wyszłam stamtąd jak wypuszczona przez wyżymaczkę, a promocji jakichś rewelacyjnych nie było. Moja introwertyczna natura preferuje jednak spokojniejsze formy kontaktu z książkami ;)
Olga Tokarczuk, Moment niedźwiedzia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.
poniedziałek, 7 maja 2012
Ludzie 8 dnia - Krzysztof Pałys OP
Skoro już zeszło na tematy podróżnicze, oto kolejna opowieść z drogi. Sam pomysł jest dość niekonwencjonalny - oto dwóch młodych dominikanów wyrusza z Krakowa autostopem do Macedonii, do Skopje, miejscowości, w której urodziła się Matka Teresa, potem zaś w ten sam sposób do Krakowa wraca. Zakonnicy obserwacje spisują w formie notatek w telefonie komórkowym, a po powrocie nadają im dłuższą, bardziej literacką formę. Tak powstała ta niewielka książeczka, zapis 8-dniowej podróży.
To, podobnie jak w przypadku Jacka Hugo-Badera, zapisy spotkań z ludźmi napotkanymi na trasie. Jednak zakonnicy nie starają się być reporterami - nie przygotowują się do podróży chłonąc informacje o poszczególnych krajach, nie biorą przewodników, nie nastawiają się na zwiedzanie. Ważny jest dla nich cel - chcą dotrzeć do Skopje i stamtąd wrócić, ale też ważni są dla nich ludzie, którzy staną na ich drodze. Ich nierzadko poplątane historie, wręcz takie, które katolickim księżom mogą postawić włosy na głowie, jak chociażby opowieści wyznawcy reiki. Czy spotkanie z polskimi dresiarzami, którzy okazują się mimo groźnego dość przyjaźnie do księży nastawieni. Ta podróż jest dla nich przede wszystkim nauką otwartości - aby spotkać się z ludzi, jakimi są, aby nie próbować na siłę wygłaszać pouczeń czy moralizować (autor przyznaje, że parę razy gryzł się w język), a tylko gdzieś przy okazji dać proste świadectwo wiary - zapewnić o modlitwie, wręczyć obrazek, powiedzieć coś bardzo osobistego. Jednak do niczego nie zmuszać ani nie nakłaniać. Krzysztof Pałys pisze otwarcie o sytuacjach, które wzbudzały w nim lęk czy niepewność i o tym, jak powodowały, że jeszcze bardziej wierzył, że jednak Ktoś nad tym czuwa.
I poza tym, że ta książka jak najbardziej jest zapisem podróży, można też odczytywać ją jako metaforę naszego życia. Podróży, która ma swój początek i koniec. W której wydarzy się niejedna zmiana planów, niejednokrotnie będziemy musieli zmienić trasę, a nawet jeśli się zgubimy, będzie to miało też i swoje dobre strony. W której spotkamy mnóstwo ludzi, przeważnie życzliwych - jeśli sami potraktujemy ich z otwartością, ale też i w której doświadczymy niszczycielskiej siły zła (bohaterowie Krzysztofa Pałysa wciąż zmagają się ze skutkami ostatniej wojny na Bałkanach, chociaż minęło już 20 lat). I w której - jeśli jesteśmy wierzący - będziemy uczyć się, aby jeszcze bardziej wierzyć, jeśli zaś nie wierzymy - będziemy zapraszani do tego, aby uwierzyć. A wszystko to podane w lekkiej, przystępnej formie (dobry odpoczynek po cięższej gatunkowo książce Jacka Hugo-Badera). Bardzo podobał mi się też pomysł okraszenia książki rysunkami na podstawie zdjęć - pomyślałam sobie, że tak rzadko spotyka się jakąkolwiek grafikę w książkach dla dorosłych, a szkoda.
Jeszcze taka ciekawostka dotycząca autora. Prowadzi on całkiem ciekawą stronę dotyczącą duchowości. Znajduje się tam też dział lżejszy, z zabawnymi filmikami o dominikanach. Nad "Szopką" zdarzyło mi się popłakać ze śmiechu, zwłaszcza, że znam niektóre występujące w niej osoby. To zestawienie w każdym razie mówi sporo o samych dominikanach jako zakonie - poważnie podchodzą do tego, co robią (o czym świadczy to, że starannie odprawiana liturgia w mojej dominikańskiej parafii powoduje przepływy wiernych z innych okolicznych parafii i czarną rozpacz proboszczów), ale równocześnie mają poczucie humoru i dystans do samych siebie. Taka jest też właśnie książka "Ludzie 8 dnia" - znajdziecie w niej sporą garść poważnej refleksji, nawiązań do innych autorów, namysłu autora nad światem, wiarą i sobą, ale również lekkie i śmieszne fragmenty.
Krzysztof Pałys OP, Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy, W Drodze, Poznań 2012
To, podobnie jak w przypadku Jacka Hugo-Badera, zapisy spotkań z ludźmi napotkanymi na trasie. Jednak zakonnicy nie starają się być reporterami - nie przygotowują się do podróży chłonąc informacje o poszczególnych krajach, nie biorą przewodników, nie nastawiają się na zwiedzanie. Ważny jest dla nich cel - chcą dotrzeć do Skopje i stamtąd wrócić, ale też ważni są dla nich ludzie, którzy staną na ich drodze. Ich nierzadko poplątane historie, wręcz takie, które katolickim księżom mogą postawić włosy na głowie, jak chociażby opowieści wyznawcy reiki. Czy spotkanie z polskimi dresiarzami, którzy okazują się mimo groźnego dość przyjaźnie do księży nastawieni. Ta podróż jest dla nich przede wszystkim nauką otwartości - aby spotkać się z ludzi, jakimi są, aby nie próbować na siłę wygłaszać pouczeń czy moralizować (autor przyznaje, że parę razy gryzł się w język), a tylko gdzieś przy okazji dać proste świadectwo wiary - zapewnić o modlitwie, wręczyć obrazek, powiedzieć coś bardzo osobistego. Jednak do niczego nie zmuszać ani nie nakłaniać. Krzysztof Pałys pisze otwarcie o sytuacjach, które wzbudzały w nim lęk czy niepewność i o tym, jak powodowały, że jeszcze bardziej wierzył, że jednak Ktoś nad tym czuwa.
I poza tym, że ta książka jak najbardziej jest zapisem podróży, można też odczytywać ją jako metaforę naszego życia. Podróży, która ma swój początek i koniec. W której wydarzy się niejedna zmiana planów, niejednokrotnie będziemy musieli zmienić trasę, a nawet jeśli się zgubimy, będzie to miało też i swoje dobre strony. W której spotkamy mnóstwo ludzi, przeważnie życzliwych - jeśli sami potraktujemy ich z otwartością, ale też i w której doświadczymy niszczycielskiej siły zła (bohaterowie Krzysztofa Pałysa wciąż zmagają się ze skutkami ostatniej wojny na Bałkanach, chociaż minęło już 20 lat). I w której - jeśli jesteśmy wierzący - będziemy uczyć się, aby jeszcze bardziej wierzyć, jeśli zaś nie wierzymy - będziemy zapraszani do tego, aby uwierzyć. A wszystko to podane w lekkiej, przystępnej formie (dobry odpoczynek po cięższej gatunkowo książce Jacka Hugo-Badera). Bardzo podobał mi się też pomysł okraszenia książki rysunkami na podstawie zdjęć - pomyślałam sobie, że tak rzadko spotyka się jakąkolwiek grafikę w książkach dla dorosłych, a szkoda.
Jeszcze taka ciekawostka dotycząca autora. Prowadzi on całkiem ciekawą stronę dotyczącą duchowości. Znajduje się tam też dział lżejszy, z zabawnymi filmikami o dominikanach. Nad "Szopką" zdarzyło mi się popłakać ze śmiechu, zwłaszcza, że znam niektóre występujące w niej osoby. To zestawienie w każdym razie mówi sporo o samych dominikanach jako zakonie - poważnie podchodzą do tego, co robią (o czym świadczy to, że starannie odprawiana liturgia w mojej dominikańskiej parafii powoduje przepływy wiernych z innych okolicznych parafii i czarną rozpacz proboszczów), ale równocześnie mają poczucie humoru i dystans do samych siebie. Taka jest też właśnie książka "Ludzie 8 dnia" - znajdziecie w niej sporą garść poważnej refleksji, nawiązań do innych autorów, namysłu autora nad światem, wiarą i sobą, ale również lekkie i śmieszne fragmenty.
Krzysztof Pałys OP, Ludzie 8 dnia. Autostopem do Matki Teresy, W Drodze, Poznań 2012
piątek, 4 maja 2012
Dzienniki kołymskie - Jacek Hugo-Bader
Tutaj z kolei zadziałał na mnie marketing "Gazety Wyborczej", bo zdjęcia i fragmenty tej książki były wcześniej publikowane na jej łamach. Były tak sugestywne, że zechciałam zajrzeć do książki. I zerknęłam - niewiele brakowało, aby nasze spotkanie z kolegą we "Wrzeniu Świata" przerodziło się w spotkanie czytelnicze, on zaczytał się w książeczce Mariusza Szczygła, ja nie mogłam się oderwać od reportaży Jacka Hugo-Badera.
Kołyma. Tak, wszyscy macie zapewne to samo skojarzenie. Obozy niewolniczej pracy w ZSSR, z których rzadko komu udawało się wyjść żywym. I pytanie: jak teraz można żyć na tej nieludzkiej ziemi? Czy fakt, że były tam obozy, zginęły tam tysiące ludzi, które w tej ziemi ma swoje groby, ma obecnie jakiś wpływ na obecnych mieszkańców Kołymy? To były punkty wyjściowe do podjęcia przez reportera podróży. Książka jest zapisem ze spotkań z ludźmi, którzy pojawili się na jego drodze. To oni opowiadają Jackowi Hugo-Baderowi historię Kołymy - ale nie fakty z książek, tylko historie o jej innych mieszkańcach (nie tylko ludzkich, ale też zwierzęcych), zasłyszane od wcześniejszych pokoleń. Reporter, towarzysząc swoim bohaterom, obserwuje i rejestruje ich codzienne życie. Szuka odpowiedzi.
Próbuję sobie przypomnieć, które postaci najbardziej zapadły mi w pamięć. Szamanka Dora, która przepowiedziała, że okładka powstającej książki będzie zielona, ze złotymi literami (autor nie wiedział jeszcze, że otrzyma taką propozycję od grafika). Natalia, córka komisarza bezpieki Nikołaja Jeżowa, która po śmierci ojca trafiła do domu dziecka, a w życiu dorosłym próbowała uciec od tego, kim był jej ojciec, osiedlając się aż na Kołymie. Miejscowy bogacz, Aleksandr Basanski. Major Jurij Sałatin, obecnie złomiarz - ten, którego zdjęcie znalazło się na okładce. I wielu innych. Każdy z nich na swój sposób próbuje uporać się z własną przeszłością, ale też ze świadomością, że żyje w takim miejscu.
Do tego obserwacje przyrodnicze. O "szatunach", legendarnych, wyjątkowo silnych i nienawidzących ludzi niedźwiedziach opowiadają reporterowi mieszkańcy Kołymy. Na własne oczy autor książki może rozpoznać nadchodzącą zimę - oznajmia ją krzew "stłannik", który przed początkiem największych mrozów ściele się płasko przy ziemi i prostuje się dopiero w marcu, gdy mrozy zaczynają ustępować. Ma też okazję poczuć dreszczyk emocji, przeprawiając się łódką przez zamarzającą rzekę Ałdan (ostatni prom przed zamarźnięciem wody zdążył odpłynąć, ale rzeką na własną rękę próbują się jeszcze przeprawiać właściciele małych łódek).
Ta książka to kawałek świetnej, reporterskiej roboty. Zmusza do zatrzymywania się, odkładania jej i namysłu. Nie da się jej przeczytać od razu całej. Może dlatego, że temat nie jest łatwy, ale też dlatego, że jest podzielona na króciutkie części (zawiera dziennik z wyprawy, publikowany na portalu Wyborczej, i rozwinięcie książkowe danego fragmentu dziennika). Dlatego, aby postaci i wątki się nie pomieszały, a historie mogły dobrze wybrzmieć, po prostu trzeba robić sobie przerwy. Tak w ogóle takie zmuszanie do namysłu, refleksji nad tekstem, to moje prywatne kryterium tego, że książka jest czymś więcej niż dobrym kawałkiem literackiego rzemiosła.
Jacek Hugo-Bader, Dzienniki kołymskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
środa, 2 maja 2012
333 popkultowe rzeczy... lata 90 - Bartek Koziczyński
Czasem mam tak, że wezmę jakąś książkę w księgarni w łapki, a potem nie mogę się oderwać od czytania. Tak właśnie było z "333 popkultowymi rzeczami... lata 90.", leksykonem przygotowanym przez Bartka Koziczyńskiego. A że czas na czytanie w księgarni się kończył, to stwierdziłam, że książkę nabędę i doczytam w domu.
Tak się też stało. Czytałam i podróżowałam w czasie. Ostatnie klasy szkoły podstawowej. Wieczorne wspólne oglądanie "Dynastii", która w naszej rodzinie była traktowana jako najlepsza komedia. Niezapomniane "Polskie ZOO". "Miasteczko Twin Peaks", które oglądałam sama, bo reszta rodziny za nim nie przepadała. Dyskoteki w rodzinnej wiosce, na których królowało Eurodance i kierowca PKS-u, który katował płytę Dr. Albana (a i tak był to u niego przejaw muzycznego gustu, bo zazwyczaj raczył nas disco polo). Moja flanelowa koszula i nigdy niespełnione marzenie o martensach (i chyba nie odważę się go spełnić, mogę nosić tylko buty z miękkiej skóry). Na studiach odkrycie, że potrafię śpiewać drugim głosem, a jak się dobrze przyłożę, to i nawet falsetem - męczyłyśmy z koleżanką w akademiku na zmianę "Maksi Kaza" i "Czerwone korale". I wiele, wiele innych historii, które przypomniały się w trakcie lektury...
Bartek Koziczyński, 333 popkultowe rzeczy... lata 90., Vesper, Poznań 2011
Tak się też stało. Czytałam i podróżowałam w czasie. Ostatnie klasy szkoły podstawowej. Wieczorne wspólne oglądanie "Dynastii", która w naszej rodzinie była traktowana jako najlepsza komedia. Niezapomniane "Polskie ZOO". "Miasteczko Twin Peaks", które oglądałam sama, bo reszta rodziny za nim nie przepadała. Dyskoteki w rodzinnej wiosce, na których królowało Eurodance i kierowca PKS-u, który katował płytę Dr. Albana (a i tak był to u niego przejaw muzycznego gustu, bo zazwyczaj raczył nas disco polo). Moja flanelowa koszula i nigdy niespełnione marzenie o martensach (i chyba nie odważę się go spełnić, mogę nosić tylko buty z miękkiej skóry). Na studiach odkrycie, że potrafię śpiewać drugim głosem, a jak się dobrze przyłożę, to i nawet falsetem - męczyłyśmy z koleżanką w akademiku na zmianę "Maksi Kaza" i "Czerwone korale". I wiele, wiele innych historii, które przypomniały się w trakcie lektury...
Sama książka jest ciekawie i lekko napisana. Teksty są ilustrowane zdjęciami lub grafikami (szkoda, że czarno-białe, no ale wtedy ta książka kosztowałaby pewnie dużo więcej). Jak każdy leksykon, jest może subiektywna - pewnych haseł mi zabrakło. Ale i tak wciągnęła mnie na tyle, że sięgnę po część pierwszą - w trakcie lektury zorientowałam się, że autor napisał też "333 popkultowe rzeczy PRL".
Bartek Koziczyński, 333 popkultowe rzeczy... lata 90., Vesper, Poznań 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















