piątek, 19 marca 2010

"Szafka" na Facebooku

Informuję, że "Szafka" doczekała się swojej strony na Facebooku. Zapraszam tu: można dołączać do fanklubu, komentować i dyskutować o książkach.

niedziela, 7 marca 2010

:: Aleje przydrożne :: Iwona Liżewska, Krzysztof A. Worobiec ::

Moja mama odwiedziła swoje rodzinną ziemię - Brasławszczyznę - po niemal 53 latach od wyjazdu. Od tamtego czasu często wraca do zdjęć, przegląda internetowe blogi czy też czyta książki pożyczone od znajomych - niskonakładowe pozycje, wydawane własnym sumptem przez pasjonatów. Mimo upływu tak dużej ilości czasu czuje się związana ze stronami, gdzie żyli jej przodkowie, a ona sama spędziła kilkanaście pierwszych lat swojego życia.

Dla mnie takim krajem jest Warmia. Moi przodkowie nie pochodzą stąd, nie jesteśmy tutejsi, nie mówimy twardą polszczyzną z bardzo wyraźnym "r" charakterystyczną dla mieszkańców tych stron. Mama pochodzi z Kresów, rodzina taty to z jednej strony Kaszubi od wieków mieszkający na terenie powiatu kartuskiego, z drugiej - Kujawiacy zmieszani ze starym kaszubskim rodem. Rodzice spotkali się na studiach w Gdańsku. Zamieszkali pod Olsztynem. Tutaj się urodziłam. Mój krajobraz dzieciństwa składa się ze starych domów z czerwonej licowej cegły i drewnianych stodół, falistej linii wzgórz na horyzoncie, alej wysmukłych lip i klonów ocieniających drogi, łanów zboża falujące w zachodzącym słońcu, zapachów letniej łąki czy wodorostów z jeziora, krzyku żurawi o świcie. Jeszcze tutaj bywam, jeszcze tęsknota nie jest tak silna, jeszcze raj nie jest rajem na zawsze i bezpowrotnie utraconym. Ale już zbieram książki, które organizują i porządkują moje wspomnienia, które przywodzą na myśl obrazy, które mam pod powiekami. Głównie publikacje Borussi, olsztyńskiego stowarzyszenia działającego na rzecz zachowania unikalnej kultury tych ziem, ale też albumy fotograficzne Mieczysława Wieliczko.

Najnowszym moim nabytkiem są "Aleje przydrożne", zbiór publikacji z konferencji poświęconej warmińsko-mazurskim alejom, ilustrowany licznymi zdjęciami. To właśnie tutaj aleje przydrożne są charakterystycznym elementem krajobrazu i to właśnie tutaj dzięki zmianie prawa w 2004 r. trwa najbardziej rzucająca się w oczy a nieuzasadniona niczym innym niż doraźną chęcią zysku, wycinka przydrożnych drzew. Mój tata za swojego życia wielokrotnie interweniował w sprawie nieuzasadnionej wycinki przydrożnych drzew w naszej najbliższej okolicy. Potrzebę działania zauważyli też założyciele stowarzyszenia Sadyba (jeden z wydawców albumu), którzy rozpoczęli zorganizowane działania na rzecz ochrony alei. Konferencja i związany z nią album prezentuje nie tylko ich działania, ale umiejscawia aleje drzewne w szerokim kontekście: symboliki związanej z drzewami, architektury krajobrazu, korzyści wynikających z sadzenia i pielęgnacji drzew, historii powstawania dróg na Warmii i Mazurach, debaty nad losem drzew w kontekście dynamicznego rozwoju transportu, zabytkowych domów szosowych i kamieni milowych czy żyjących w lipach i dębach, obowiązującego prawa i nieprawidłowości związanych z wycinką drzew czy praktyk stosowanych w innych krajach. Z albumu dowiedziałam się też, że wielki czarny żuk, który kiedyś spadł mi na głowę przy okazji spaceru, nazywa się pachnica dębowa i że szczególnie upodobał sobie moje rodzinne strony.

Jednak przede wszystkim w książce znajdują się zdjęcia alej - w różnych miejscowościach, o różnych porach roku, o różnych porach dnia, przy różnej pogodzie. A przed oczami mam drogi w okolicy mojej wioski...

Iwona Liżewska, Krzysztof A. Worobiec (red.), "Aleje przydrożne. Historia, znaczenie, zagrożenie, ochrona", Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur SADYBA, Wydawnictwo Borussia, Olsztyn 2009.

czwartek, 25 lutego 2010

Zabawa łańcuszkowa

Za zaproszenie do zabawy dziękuję Agnieszce - blog "Moje przeczytane książki". Poniżej moje odpowiedzi na jej pytania. Niestety, z przyczyn osobistych, jest mi teraz trudno pociągnąć zabawę dalej, wymyślić pytania, zaprosić kolejne osoby - ale obiecuję, że zrobię to przy następnej takiej okazji.

1. O jakich porach lubisz najczęściej sobie coś poczytać? Wieczorem do poduszki, czy może w autobusie przed pracą? A może weekendy, gdyż w ciągu tygodnia zazwyczaj nie masz na nic czasu? Czy celebrujesz czytanie książek? W sensie: kawa, herbata, kocyk, lampka wina, poduszka, fotel... Czy nie przykładasz wagi do nastroju pomieszczenia, w którym oddajesz się lekturze?
Czytam wieczorem do poduszki. Sporo czytam w weekendy, wtedy zazwyczaj siedzę po turecku na moim ulubionym fotelu, czasem robię sobie herbate i przykrywam się kocem. Nie czytam dojeżdżając do pracy, bo jadę raptem jeden przystanek. Za to czytam w pociągach/autobusach, jeśli tylko jeżdzę w dalekie trasy.

2. Za 5 minut ewakuacja. Wywożą Cię na bezludną wyspę, gdzie masz spędzić miesiąc czasu w samotności. Jakie książki ze sobą zabierasz? Możesz ograniczyć się do 5 pozycji książkowych. Jakie to będą książki i dlaczego akurat te tytuły?
Na pewno Biblia - można ją czytać ciągle na nowo i ciągle odkrywać nowe sensy. Być może listy Jordana z Saksonii do Diany Andalo. Powieść "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte - jedna z nielicznych książek, chociaż teraz mój odbiór jej znacząco się zmienił. Chyba też Isabel Allende i "Córkę Fortuny". Oraz cykl Ursuli K. Le Guin poświęcony Ziemiomorzu. Za to na pewno wzięłabym notatnik i pióro - wreszcie miałabym czas na swoje pisanie.

3. Dlaczego lubisz czytać? (Bo zakładam, że lubisz;) Co odnajdujesz w książkach, czego nie można odnaleźć w kolorowych gazetach, TV, Internecie?
Trudne pytanie. W mojej rodzinie się czytało - mama preferowała beletrystykę i jej zawdzięczam miłość do prozy (nawet jeśli mój gust czytelniczy jest inny), tacie z kolei wykorzystywanie książek do uczenia się (jeśli chcę dowiedzieć się czegoś nowego, zaczynam od teorii, czyli kupowania książek). To, co odnajduję, to jest inny świat, w który mogę się przenieść. W dzieciństwie sama takie światy tworzyłam, najpierw w wyobraźni, opowiadając historie na ich temat, gdy nauczyłam się pisać, spisywałam moje opowieści. Może właśnie dlatego chętnie sięgam po książki. Nie przepadam za kolorowymi gazetami, życie celebrytów jakoś niespecjalnie mnie fascynuje, jeśli już sięgam po jakieś czasopisma to są to tygodniki opinii lub czasopisma o tematyce psychologicznej. TV oglądam bardzo rzadko, raczej pożyczam pojedyncze filmy z wypożyczalni. W Internecie z kolei szukam newsów lub informacji związanych z moją pracą, a także rozrywki.

4. Jaki gatunek książki preferujesz szczególnie i jaka pozycja książkowa sprawiła, bądź zdarzenie wżyciu, że akurat połknęłaś/połknąłeś bakcyla w kierunku takiego gatunku, a nie innego? ;-)
Proza. Jest bliska życiu, a równocześnie daje możliwość poruszania się w wykreowanym świecie. Na to pytanie zdaje się odpowiedziałam już powyżej.

5. Czy wolisz książki w twardych oprawkach (na własność?) czy nie ma dla Ciebie to żadnego znaczenia?
Jak już coś kupować, to oczywiście dobrej jakości, aby mogło służyć przez lata. Książki w miękkich oprawkach i o papierze kiepskiej jakości, nie wzbudzają mojego zaufania. No chyba, że jest to coś wyjątkowego, co zostało wydane tylko w taki sposób (jak wspomniane Ziemiomorze). Dużo książek wypożyczam z dzielnicowej biblioteki - jest tam dużo nowości.

poniedziałek, 15 lutego 2010

:: Droga do domu :: Jan Nowicki ::

Wywiady z celebrytami to duża część zawartości pism kolorowych - i tych ze średniej, i tych z górnej półki. W zależności od danego pisma, celebryta jest przedstawiany bądź ktoś, kto pławi się w oparach luksusu, bądź ktoś, kto posiadł głęboką mądrość. W tym drugim celuje zwłaszcza moje ulubione "Zwierciadło", które nawet stosunkowo młode aktorki z krótkim stażem zawodowym, potrafi przedstawić jako dojrzałe, pełne mądrych i głębokich przemyśleń, kobiety - tak, jakby sam fakt uprawiania zawodu aktora już predestynował do bycia nauczycielem życia, mędrcem, guru, kimś, kto posiada cudowną receptę na wszystko. Podobnie wydają się być konstruowane książkowe wywiady-rzeki: od początku do końca jest w nich widoczna nie tylko osobowość pytanego, ale główny zamysł, główna linia interpretacyjna twórcy, który swojego bohatera włożył już do odpowiedniej szufladki.

W książce Rafała Wojasińskiego, przedstawiającej Jana Nowickiego, tego nie ma. Autor towarzyszy aktorowi i po prostu rejestruje wszystko, co udaje mu się zaobserwować podczas bytności u Nowickiego, czy wspólnych z nim podróży. Zapisuje jego słowa (chociaż jest ich niewiele). Nie interpretuje, a wydaje się wręcz, że próbuje się z czytelnikiem podzielić tym, że nie jest w stanie dokonać prostej interpretacji, zakwalifikować Nowickiego do którejkolwiek z celebryckich ról pełnionych w kolorowych pismach, czy wywiadach-rzekach. Próbuje raczej pokazać, że Nowicki jest przede wszystkim człowiekiem, jaki inni pełnym pytań, zmagań, wątpliwości, niejednoznaczności, ale też milczenia i zadumy w obliczu nieuchronności przemijania.

Po pewnym czasie nabieram przekonania, pewności, że jest to wzrok człowieka z innego świata. On już tam jest, nie wiem gdzie, ale jest tam. Tam. Coś tu jeszcze robi, ale smakuje już inną rzeczywistość, wącha inne zapachy, grzeje się w innym słońcu.

Nie można nie wspomnieć o zdjęciach, budujących nastrój książki. Czarno-białe, oszczędne w wyrazie, a równocześnie budujące pewien nastrój. Nowicki na peronie stacji Czerniewice, skąd wielokrotnie wyjeżdżał z rodzinnego domu i wielokrotnie do niego wracał. Pies, śpiący w smudze słonecznego światła w przedpokoju. Lodówka obwieszona zdjęciami, zarówno prywatnymi, jak też fotosami z filmów. Aktor palący papierosa w stajni. Plik gazet i łapka na muchy. Okno starej werandy. Nowicki odchodzący w dal leśną ścieżką...

Rafał Wojasiński, "Jan Nowicki. Droga do domu", fotografie Krzysztof Opaliński, Wydawnictwo Nowy Świat, 2009

środa, 3 lutego 2010

Bibliopata

Jest w mojej bibliotece czytelnik, który aktywnie polemizuje z treścią czytanych przez siebie książek. Ponieważ gust mamy dość podobny, często dostaję książki czytane wcześniej przez niego i opatrzone licznymi komentarzami (ołówek, staranny, nieco staroświecki charakter pisma, obfitość wykrzykników). Autor zapisków najbardziej emocjonalnie reaguje na wszelkie uproszczenia dotyczące Kościoła katolickiego - o ile dobrze pamiętam, najbardziej dostało się bodajże Tomaszowi Piątkowi za niektóre stwierdzenia z jego ostatniej powieści. Parę razy nosiłam się już z myślą, aby zapytać bibliotekarzy, kim może być ta zagadkowa postać, jednak ciągle wypada mi to z głowy. Zagadka byłaby z pewnością prosta do rozwiązania, wystarczyłoby sprawdzić, kto przede mną wypożyczał zakomentowane książki (a niektóre z nich były przecież zupełnie nowe - więc krąg podejrzanych znacząco by się zawęził). Ale czy upomnienia ze strony bibliotekarzy by cokolwiek dały? Czy bibliopatia jest możliwa do wyleczenia?

W krakowskiej Biblioteki Wojewódzkiej z tą groźną chorobą przestano właśnie walczyć. Gdyby nasz komentator był krakusem, jego niespożyta energia mogłaby tam znaleźć odpowiednie ujście. Komentator mógłby oznaczać książki kolorowymi karteczkami, które wyrażałyby jego opinię na temat danej lektury (skala: zielona kartka - bardzo ciekawa pozycja, czerwona - gniot, żółta - książka nie jest arcyciekawa, ale też nie beznadziejna) czy nawet wypowiedzieć się na forum (o ile korzysta z internetu). Mógłby zabrać książkę, która mu się bardzo podoba, do domu, ale w zamian musiałby przynieść inną. Mógłby w bibliotecznej kawiarence porozmawiać o książkach z innymi czytelnikami. Może ołówek poszedłby w ten sposób na bok...

Bibliopaci grasują w bibliotece przy ulicy Rajskiej, rozmawiała Małgorzata Skowrońska, Gazeta Wyborcza Kraków, 2010-02-03.

wtorek, 26 stycznia 2010

:: The life of Charlotte Bronte :: Elizabeth Gaskell

Elizabeth Gaskell nie jest znana polskiemu odbiorcy. Z tego, co czytałam w styczniowym numerze "Bluszcza", na polskim rynku po raz pierwszy ma się ukazać wydanie jej powieści "Północ i południe". Nie tłumaczono na polski także książki, która uczyniła sławnym jej nazwisko: pierwszej biografii Charlotte Bronte, z którą Gaskell była zaprzyjaźniona. Książka ta jest uznawana za ważną także dlatego, że przyczyniła się do wykreowania legendy czwórki uzdolnionego literacko i artystycznie rodzeństwa wychowującego wśród odludnych wrzosowisk.

W świątecznym prezencie (wszakże dla mola książkowego książka najlepszym prezentem jest) otrzymałam angielski oryginał. Ponieważ niegdyś pilnie uczyłam się angielskiego, czytanie w tym języku nie sprawia mi najmniejszego problemu. Książka okazała się fascynująca. Przede wszystkim ze względu na literacką wyobraźnię Gaskell, która, opierając się na licznych źródłach (przede wszystkim korespondencji Charlotte) i relacjach ustnych, nie stroni od fabularyzacji. Kluczowe momenty jesteśmy w stanie odtworzyć w wyobraźni tak, jakbyśmy czytali powieść, nie biografię. Do tego umiejętnie podkreślone cechy krajobrazu Haworth i cechy zamieszkującej go społeczności. Gdzieś zupełnie umyka, że była to duża, mocno rozbudowująca się i uprzemysłowiona miejscowość, położona dość blisko większego Keighley. W pamięci pozostają odludne wrzosowiska i zawodzący na nich ponury wiatr, które pamięta się także z powieści Emily Bronte czy samej Charlotte.

Gdybym nie zwiedziła Haworth w minione wakacje, być może nadal bym w to wierzyła. Pierwsza biografia Charlotte Bronte, pióra jej przyjaciółki Elisabeth Gaskell, stworzyła legendę ponurych i odludnych wrzosowisk wokół Haworth, a także legendę rodzeństwa Bronte. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy ujrzałam sielankowy, pogodny krajobraz, miejscowości przechodzące jedne w drugie (bez tablic trudno było się zorientować, gdzie kończy się Haworth, a zaczyna Oxenhope), z Keighley majaczącym wyraźnie na horyzoncie. Gdy przekonałam się, że plebania nie stoi aż na takim odludziu, a na uboczu wioski, a ponadto, gdy uświadomiłam sobie, że rodzina pastora, nawet jeśli żyjąca w XIX wieku, ze względu na funkcję pełnioną przez ojca w lokalnej społeczności, jest dość mocno eksponowana społecznie (nawet jeśli aspiracje intelektualne dzieci powodują, że wolą one przebywać we własnym towarzystwie, niż bawić się z innymi rówieśnikami). Że owszem, bronteańska legenda, do której powstania bez wątpienia przyczyniła się Elizabeth Gaskell, zawiera jakiś element prawdy - ale jak w każdej legendzie, jest to tylko element.

Elizabeth Gaskell, The life of Charlotte Bronte, Penguin Books, 1998

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Gawędziarze

Mniej ostatnio czytałam prozy, z racji tego, że skupiałam się na książkach zawodowych oraz literaturze psychologicznej. Poza tym czas na książki miałam dopiero w pociągu, w drodze na szkolenie, które wcześniej pieczołowicie przygotowałam. Sięgnęłam po jedną z zaległości ze stosiku w sypialni, "Gawędziarza" Mario Vargasa Llosy. Tutaj fabuła, w porównaniu z innymi książkami Llosy, jest dość prosta - pewien mężczyzna opowiada z kilku perspektyw historię swojego przyjaciela ze studiów, który, zafascynowany jednym ze szczepów peruwiańskich Indian, staje się jednym z nich. W plemieniu pełni funkcję gawędziarza, kogoś, czyje opowieści stanowią czynnik integrujący rozproszone terytorialnie plemię.

I zaraz przyszła mi na myśl inna, niedawno przeczytana książka. "Hakawati, mistrz opowieści" Rabiha Alameddine. Narrator, amerykański programista, opowiada zagmatwane dzieje swojej rodziny, a tym samym sytuując się w rodzinnej linii hakawatich, wędrownych gawędziarzy zarabiających na życie opowiadaniem historii. Baśniowe opowieści hakawatich przeplatają się z historiami rodzinnymi, a także wydarzeniami z historii najnowszej. Gawędziarz w tym przypadku ktoś, kto łączy rozproszone wątki i próbuje przekazać je dalej.

Dwie książki, chociaż powstałe w dwóch odległych kulturach, jednak podobne. Indiański gawędziarz czy libański hakawati to z jednej strony nośnik zbiorowej pamięci, z drugiej skrupulatny kronikarz dziejów zbiorowości, z trzeciej twórca obdarzony bogatą wyobraźnią, mieszający fakty z elementami fantastycznymi, prawdę ze zmyśleniem. Obydwie postaci mogą być też odczytywane jako metafory sztuki literackiej, która nie jest niczym innym, jak właśnie opowiadaniem historii innym. Nawet, jeśli pisarz, inaczej niż hakawati czy gawędziarz, posługuje się słowem pisanym - i tak ma moc wpływania na innych, czarowania ich, sprawiania, by oderwali się od rzeczywistości i zanurzyli w wykreowany przez niego świat.

Gawędziarz, Mario Vargas Llosa, Wydawnictwo Znak, 2009.
Hakawati, mistrz opowieści, Rabih Alameddine, Wydawnictwo Znak, 2009.

środa, 6 stycznia 2010

:: Szymon Hołownia :: Monopol na zbawienie ::

"Monopol na zbawienie", najnowsza książka Szymona Hołowni, bije rekordy sprzedaży. Niewątpliwy udział w tym ma popularność autora, zbudowana dzięki prowadzeniu programu "Mam Talent", ale też atrakcyjne podanie tematu, w formie książki i towarzyszącej jej gry. Przyjaciółka opowiadała, że ostatnio na imprezie ze znajomymi rozegrali partię tej gry, czemu towarzyszyło mnóstwo śmiechu.

Do rzeczy jednak. "Monopol na zbawienie" to książka popularyzatorska, pisana przez autora nie dla głęboko wierzących i mocno intelektualnie zorientowanych katolików, ale dla tych, którzy stoją na progu Kościoła katolickiego, i których z jednej strony mogą odstraszać obiegowe treści i opinie, a z drugiej strony, coś nie pozwala im się ostatecznie wycofać. To właśnie im Hołownia tłumaczy sens różnych obrzędów i obyczajów kościelnych, sposób rozumienia przykazań, pokazuje przykłady życiowych wyborów innych ludzi. Czasem przyznaje się do własnej bezradności - na przykład w sprawie in vitro, gdy nauczanie Kościoła każe mu przyjmować określone poglądy, a on widzi szczęśliwe rodziny z dziećmi "z probówki". Z tego względu książka jest warta uwagi, jako takie właśnie proste i łatwe "wprowadzenie do religii katolickiej". Jednak dla tych, którzy chcą pogłębić swoją podstawową wiedzę religijną, potrzeba już bardziej zaawansowanych lektur, niż "Monopol". Autor jest zresztą tego świadomy, gdyż w przypisach do poszczególnych rozdziałów podaje dodatkowe źródła na dany temat.

Szymon Hołownia, Monopol na zbawienie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

:: Olga Tokarczuk :: Prowadź swój pług przez kości umarłych ::

Nowa książka Olgi Tokarczuk jest inna, niż poprzednie, utkane z fragmentów przenikających się opowieści - to jedna historia opowiedziana od początku do końca. Rzecz dzieje się w Kotlinie Kłodzkiej. Bohaterką jest Janina Duszejko, emerytowana nauczycielka, obrończyni zwieżąt i pasjonatka astrologii. Duszejko z zapałem próbuje rozwiązać zagadkę kolejnych tajemniczych morderstw dokonywanych na mieszkańcach jej okolicy. Okazuje się, że wszystkich pomordowanych łączyło złe traktowanie zwierząt - a to znęcali się nad swoim inwentarzem domowym, a to brali udział w polowaniach lub nawoływali do kultywowania tej niezbyt chlubnej tradycji. I wtedy już bliscy jesteśmy dowiedzenia się, kto zabił. Jednak nie wątek kryminalny ma w książce największe znaczenie, a tematyka ekologiczna właśnie, pokazana poprzez kontrast pomiędzy uważaną za pomyloną emerytką, a społecznością podchodzącą do zabijania zwierząt w sposób uświęcony wielowiekową tradycją. Jak również to, że nurt New Age (który Duszejko reprezentuje), chociaż może być odbierany jako dziwaczny zlepek wielu teorii i prądów, zwrócił uwagę współczesnych na sposób traktowania naszych "braci mniejszych", głosząc szacunek do wszystkiego, co żyje. Tyle, że w New Age można się też nieźle zgubić. Bo czy zło może być odpowiedzią na zło, a śmierć - na śmierć? Czy zabójstwo może ujść bezkarnie, nie rodząc nawet cienia poczucia winy w mordercy? Z tymi pytaniami zostałam po lekturze.

Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2009.

niedziela, 3 stycznia 2010

:: Michael O'Brien :: Dom Sophii

Po tym, jak spodobał mi się "Dziennik zarazy", sięgnęłam po kolejną książkę O'Briena wydaną przez Znak, "Dom Sophii". Podobnie, jak w przypadku poprzedniej, mam mieszane odczucia. Fabuła książki to zapis drogi życiowej Pawła Tarnowskiego, prowadzącego antykwariat odziedziczony po wujku, czyli tytułowy Dom Sophii. Paweł nie może się odnaleźć - ani wśród swoich bliskich (na co wpływ mają traumatyczne zdarzenia z dzieciństwa), ani w Paryżu, dokąd jedzie szukać szczęścia w zawodzie artysty, ani w Warszawie lat okupacji, gdzie wraca i podejmuje się prowadzenia rodzinnego interesu. Dręczą go pytania o sens własnego istnienia, brak poczucia własnej wartości, o istnienie Boga. Do tego dochodzi problem identyfikacji seksualnej - chociaż Paweł platonicznie kocha się w kobietach, stopniowo uświadamia sobie, że podoba się mężczyznom i że oni dla również są niego pociągający, jednak - ze względu na wyznawane wartości - decyduje się nie realizować swoich pragnień. Jest to dla niego wyjątkowo trudne, od kiedy coraz bardziej zaprzyjaźnia się z Dawidem, młodym zbiegiem z getta, ukrywanym przez Pawła na poddaszu antykwariatu. Czy tak słaby i pełen rozterk Paweł będzie w stanie raz jeszcze opowiedzieć się po stronie wartości, w które tak chce wierzyć, w momencie najtrudniejszej próby? Nie powiem, sprawdźcie sami.

Michael D. O'Brien, Dom Sophii, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.